• Moje podwórko Śr, 19 sierpnia 2009 Komentarzy: 28

    fot. tracy madden

    fot. tracy madden

    Pamiętam jedną z moich pierwszych wypraw na wakacje. Dobrze pamiętam, bo za łóżko służyła mi podłoga wagonowego korytarza. Przygoda i brak miejscówek! Dobrze, że stojące dostałem – krzyczał tata, wymachując biletami tuż przed odjazdem. Ta.. to nie były czasy ani wolnej komunikacji lądowo-powietrznej, internetu, w którym załatwia się wszystko, łącznie ze sprawami fizjologicznymi, nie podnosząc tyłka, ani nawet czasy jakiejkolwiek telefonii (na dostęp do kabla telefonicznego musieliśmy czekać jeszcze dobrych parę lat). Wakacji nie można było nazwać udanymi bez całego wachlarza przedziwnych wrażeń, a te bardziej brutalne doskonale uodparniały, zwłaszcza dzieci.

    Zapakowaliśmy się z tobołami do jednego z przeludnionych wagonów. Nie było najmniejszej szansy na miejsce w przedziale. Ba! Wyjmowane ze ścianek siedzenia były pozajmowane, a ci, którzy jak my nie dostali miejscówek, obwarowali już otwierające się okna. Przycupnęliśmy przy drzwiach do wagonu, dalej nie dało się wejść. Wisiałam dość długo na klamce okna, otworzonego do połowy. Łapałam wiatr we włosy a robaki w otwarte z radości usta, liczyłam słupy i semafory, obserwowałam, jak tory zbiegają się i rozjeżdżają w nieznane. Zaczęło się ściemniać, a ja mogłam tak przestać całą noc. Moja siostra, jeszcze całkiem mała, płakała, była śpiąca. Przed nami przynajmniej 8 godzin jazdy. Dziś chyba żaden troskliwy rodzic nie wyruszyłby w podróż z dzieckiem w tak niekomfortowych warunkach. Myślę, że wtedy było jednak bezpieczniej, a każdy miał mniej więcej po równo. Moja miejscówka przypominała wóz z gnojem: kołysało, potwornie śmierdziało z nieprzepchniętej toalety i od nałogowych palaczy, i potwornie skrzypiało za sprawą zbyt ruchliwych, wahadłowych drzwi. Próbowałam zasnąć, ale kilka par butów podeptało mi kończyny. Stałam wiec, przyglądając się egzotycznemu widokowi jednego z przedziałów. Niedługo wcześniej jedna z babć, może mam, widząc na korytarzu płaczące dziecko, wciągnęła moją siostrę na swoje pulchne kolana. Mała od razu ożywiła się częstowana kiełbasą i chlebem (jakbyśmy nie mieli w reklamówkach swoich jajek na twardo i kanapek z serem!). Może się nie zatruje – szepnęła z niepokojem mama. Jak popije samogonu z krążącego po przedziale blaszanego kubeczka, to na pewno nic jej nie będzie – pomyślałam. Ludzie w przedziale byli Rosjanami i taki obraz ich, jako narodu towarzyszył mi przez wszystkie lata, w których uczyłam się języka rosyjskiego. Ogólna wesołość, natarczywe zachęcanie do picia i jedzenia, chamskie krzyki i śpiewy, a przede wszystkim ohydny smród. Mieszanka była niezwykła – cebula i czosnek (podejrzewam, że brany od razu na ząb z ząbka, czy główki), wody różanej, potu, na wpół przetrawionego alkoholu i samodzielnie skręcanych papierosów. Ojciec nie był w stanie określić, co to za tytoniowe paskudztwo, ale jako nałogowiec za nic nie wziąłby świństwa do ust (i tak mu nie wierzyłam!). Raz na jakiś czas otwierane drzwi utrzymywały mnie w postanowieniu, że za żadne skarby nie zamienię mojego wozu z gnojem na miejscówkę w takiej spelunce. Na szczęście byłam już za duża, żeby mnie ktoś bez podejrzeń wziął na kolana. Mojej siostrze ciężka atmosfera nie przeszkadzała, jakby jej na przekór, wkrótce usnęła. Czyżby małe dzieci były bardziej odporne?
    W kolejnych przedziałach było podobnie. Noc nikomu nie przeszkadzała w dzieleniu się cukierkami, domowymi ciasteczkami, w dyskusjach, czy paplaniu niby bez sensu. Dzięki tym rozmowom udało mi się przetrwać smród i nie usnąć na okiennej klamce.

    Dziś jest inaczej. Skuleni podróżni czekają w milczeniu końca podróży. Mają swoje zabawki – gazety, laptopy, komórki, kupione w pośpiechu drożdżówki… Milczą, boją się…

    Przydałby się nam Sokrates, nie z powodu słynnego „wiem, że nic nie wiem”, ani jego słowom przytoczonym (podobno wiernie) przez Platona, ale dlatego, że wiedział, co w życiu jest najważniejsze: rozmowa z drugim człowiekiem. Nikt przed nim ani po nim nie umiał tak zadawać pytań, by rozmówca dostrzegł błędy w swym sposobie myślenia, by rozróżnił, co jest prawdziwe, a co nie. Bo my już nie rozmawiamy, my najwyżej coś sobie komunikujemy albo przekazujemy słowa-szyfry lub te puste, bez treści. Prawie już nie rozmawiamy, tak by podczas rozmowy, my lub ktoś, mógł zmienić zdanie, a zmianę zdania uważamy za wielką słabość. A Sokrates całymi dniami rozmawiał i rozmawiał i słuchał uważnie, co mówią inni, oczekując, że rozmówcy też go usłyszą. Dziś, nawet podczas rozmowy i tak siebie nawzajem nie słyszymy. Słuchamy tylko swojego głosu i swoich myśli. Może gdybyśmy naprawdę rozmawiali, pamiętali, jak się to robi, nie mielibyśmy czasu na wojny, przestępstwa, na krzywdzenie innych? Nie balibyśmy się. Gdybyśmy chcieli się zrozumieć…

  • Moje podwórko Pn, 10 sierpnia 2009 Komentarzy: 14

    fot. Afroditi M.

    Trawiąc życie na powszechnie monotonnych czynnościach: śniadanie, samochód/autobus, praca, zakupy, obiad (dużo spóźniony), rachunki, TV, kolacja, łóżko, etc., gubię się labiryncie rezygnacji. Wśród tej szarości są i poważne sprawy, które najczęściej rozwiązuje się dość szybko, ale jest kilka, które wloką się za człowiekiem od paru, parunastu lat. W tym miejscu umieszczam jakby sygnał, aby w przyszłych wędrówkach móc wrócić do nierozwiązanego problemu. Może, by nie błądzić jeszcze bardziej, niż już zabłądziłam? Wbrew pozorom, po każdym takim powrocie, problem jest bardziej wyszlifowany, bliższy rozwikłaniu. Dlaczego nie można spocząć na laurach ciut szybciej? Problem ów jest jak fach, majstersztyk, zawód taśmowo wyuczony, i tylko wielogodzinne powtarzanie predysponuje do zdobycia dyplomu.

    Problem grozi monotematycznością, fachowością i zawężonym polem rozmów. Im człowiek dalej chce uciec, tym on powraca w dwójnasób, domagając się pracy nad sobą. Dużo wiem na temat Pana P., ale za mało, by go rozebrać do naga i wysłać na wyspę innego człowieczego rozbitka.

    Sygnał ciągle łypie żółtym światłem i tylko czasem zastanawiam się, czy to nie jakiś obcy go tam umieścił. Ktoś, kto mniema, że nie jestem panią swojego losu, a symbol ma pomóc w drodze do wyjścia z labiryntu, z braku lepszego planu.

    Zawsze mogę rozpocząć moją drogę od sygnału i wracać tylekroć, ile trzeba, póki wreszcie nie pojmę, że nadeszło wybawienie.

  • Niepamiętnik Cz, 6 sierpnia 2009 Komentarzy: 8

    fot. incredi

    fot. incredi

    Jest wiele książek, które czyta się, bo się dobrze czyta, a które niekoniecznie coś ze sobą niosą. Albo nie do końca rozumie się je, bo wątek krąży w dziwnych kierunkach. „Foe” J.M. Coetzee jest właśnie książką, której przesłanie rozumiem jak przez mgłę. Opowiadanie snuje kobieta która, po bezowocnych poszukiwaniach swojej córki, wraca do Anglii, ale w trakcie podróży zostaje wyrzucona na bezludną wyspę. Wyspę zamieszkują Kruzo i Piętaszek. Mieszka z nimi przez rok, poznając rytm odludnego życia. Po powrocie (Kruzo umiera w na statku) do Anglii, próbuje sprzedać swoją historię powieściopisarzowi, panu Foe. Co dziwne, kobieta widzi autora jej niedoszłej powieści tylko raz i wszystko, czego dowiadujemy się o jej teraźniejszym życiu, dowiadujemy się od niej samej. Tak jakby to ona była autorem książki Coetzee i spisywała historie, i Kruzo i niewolnika. Piętaszek nie mógł opowiedzieć jej o sobie ani mową, ani ciałem (ciało nieciekawe, niewiele z jego mowy dało się wywnioskować). Kobieta sama wkłada dialog w usta niemowy i Kruzo, którzy nie umieją zaprzeczyć jej słowom. Może opowieść jest wyimaginowana?

    Nie jestem opowieścią, panie Foe. Owszem, jako opowieść mogę cię frapować, ponieważ rozpoczęłam relację o sowich dziejach bez słowa wstępu, zsuwając się za burtę i płynąc do brzegu. Wszelako życie moje nie zaczęło się na falach. Wodne bezmiary poprzedza żywot sięgający wsteczno mych samotnych poszukiwań w Brazylii, stamtąd do lat, gdy córka jeszcze byłą ze mną, i dalej do dnia moich narodzin. Wszystko to składa się na historię, której nie myślę opowiadać. Nie myślę opowiadać, widać, że jestem istotą z krwi i kości (…) Wolę raczej opowiedzieć wyspie, o sobie, Kruzo i Piętaszku, o tym, cośmy tam robili, albowiem wolną jestem kobietą, która dowodzi swej wolności, opowiadając własną historię tak, jak sama sobie życzy.

    Może kobieta, zżymając się na sztywny szablon znanej historii o Robinsonie, podejmuje grę dodając rolę kobiecą? Wychodzi jej to pokracznie, w myśl jej własnym słowom: „Toż to nie kobieta, lecz dom słów, pusty, bez nijakiej treści”.

    Jak odbierać tę książkę? Na pewno, w pierwszym rzędzie, jako satyrę na gadatliwość i wybujałą wyobraźnię kobiet.

  • Niepamiętnik Pn, 3 sierpnia 2009 Komentarzy: 19

    fot. Lucie Polackova

    fot. Lucie Polackova

    Jeśli jest mi źle, całkiem źle, kiedy wszystko wydaje się nie mieć sensu, zamykam się w sobie i duszę swój niepokój, jak zarazę. Chyba muszę mieć parę godzin, dni “luzu”, samotni, tak mi dobrze. Przez te parę lat przyzwyczaiłam się żyć w samotności i sama sobie z większością rzeczy radzić, a przede wszystkim ze swoim widzimisię. Wybacz. Wiec, kiedy przyjedziesz, zapewnie zastaniesz nieraz zamknięte drzwi, tak fizycznie i emocjonalnie, i nie wiem czy kiedyś uda mi się pozbyć takowego okresowego nałogu. Jesteśmy strasznie różni, a rola dostosowująca na dłużą metę doprowadza do szaleństwa. Można iść na ustępstwa, przyjmować ustępstwa od innych, jako rekompensatę za niepełne ujście własnych, egoistycznych zachcianek. Można być wdzięcznym za poskramianie własnej głupoty, przez bliźniego, którą to głupotę widzi się po niewczasie. Albo głupotę przyjmować bezkrytycznie. Można, w końcu, tak bardzo kochać, że nic innego się nie liczy: dom, praca, dzieci, tylko ja i moja miłość do ciebie. Można porzucić wszystko i uciec od materialnej przeszłości. Jednak przeszłość w przeszłości powróci. W ciemnym łóżku, w porze zmierzchu życia, w rachunku sumienia, będzie w twoich oczach odbiciem moich. Ramiona, wycieczki, alkohol na chwilę pozwolą zapomnieć…

    Nie mogę uciec z tobą, jak nie mogę pozbyć się świadomości nieprzytulnej przeszłości. Przydałaby się pigułka, umożliwiająca bezbolesne wyparcie. Zamknięte drzwi są marną obroną, gdzie brak rozmowy ma chronić przed atakiem, bólem i niezgodą. Są bezsilnością. Ale są też ciemnogrodem, którego, bez zgody właściciela, żaden kaganek nie oświeci.

    Zamknięta w swoim świecie próbuję się wydostać. Sama niewiele wskóram, ale uczę się prosić o pomoc. Pierwszymi osobami byli nieświadomi swojej roli ludzie, później ty. Oni posługiwali się tylko hasłami i symbolami, a ja musiałam szukać w definicji ukrytych znaków. Oni monologują, z tobą rozmawiam,. Czas na kogoś, kto spisze program mojej naprawy. Wystarczy chcieć i starać się…

  • Nocne rozmowy So, 1 sierpnia 2009 Komentarzy: 6

    Gdybyśmy żyli w tamtych czasach moglibyśmy zmagać się z prawdą historii. Moglibyśmy zaprzeczać, czy decyzja o wybuchu Powstania była błędem, chociaż młodzi ludzie tylko w podniesieniu broni widzieli szansę na wyzwolenie. Moglibyśmy targować się o życie nieletnich, i tych trochę starszych, dla których „Bóg, Honor, Ojczyzna” nie było tylko frazesem wypisanym farbą na gruzach Warszawy. Ktoś powiedział „stracone pokolenie”, „bezsensowna śmierć”, bo z tych ludzi mogliby wyrosnąć wielcy Polacy. I są wielcy, w naszej pamięci. Ktoś inny – „zamieniliśmy tylko kagańce”. Gdybyśmy wtedy tam byli przyjęlibyśmy pomoc od każdego, kto by chciał jej udzielić. Szybkość zdarzeń i decyzji zgotowała lawinę kolejnych historycznych wydarzeń, których nie zmieni żadna paplanina.
    Nie byłam tam, nie wdziałam trupów, krwi zapłakanych dzieci, nie spałam na gruzach, nie kradłam, nie bałam się czy obudzę się żywa.

    Perspektywa rodzi różne perspektywy.

    Historia ocenia okrutnie.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

sierpień 2009
P W Ś C P S N
« lipca   września »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u