Kiedy wyjedzie się gdzieś daleko, by podziwiać obce widoki, przeżyć przygodę, odmienić swój los, na chwilkę, nie docenia się tego, co się miało. Kiedy wraca się do starych murów, poznaje swojskie klimaty, wraca świadomość, że to, co najlepsze mogło ulec zatraceniu. Bo czy podoba nam się nieznane? Tak, ale na chwilę, dopóki nie przyzwyczaimy się i nie zaczniemy tęsknić na starymi, bezpiecznymi okolicami.
Ja jeszcze nie zatęskniłam.
Jestem tu trzeci raz, za każdy razem wita mnie inne miejsce, ale te same okoliczności przyrody. Widok zza okna nieco różni się od wieży z poprzedniego wpisu; chociaż też jest wysoko, bo w porannym śniadaniu towarzyszą mi góry, łąki i pola. Pewnie za najbliższym gospodarstwem pasą się krowy i owce, niestety, nie… stety, że ich nie czuć. Widok trochę psuje drewniany, nadpsuty słup. Prawie wieś, sypialnia miasta, cisza i spokój i nieszczęsny deszcz, który krzyżuje turystyczne plany. Nie ma dnia, w którym nie wyjeżdżam poza deltę lejów z nieba, czasem wystarczy 20 km i można spacerować bez parasola. A jest co podziwiać, zwłaszcza, że krajobraz nie przystaje do naszego, polskiego. Mam w planie objechać cały kraj. Oczywiście nie jest możliwe zobaczenie (niemal) wszystkiego, ale co najważniejsze da się zauważyć i utrwalić, chociażby w pamięci aparatu, bo moja niejednokrotnie zawodzi. W przerwach, czekając na księcia z bajki, przeglądam, co w necie piszczy. Chyba jedyny mój nałóg…


