Archiwum z: » czerwiec, 2009 «

2. Przyzwyczajenie

Za drugim podejściem było lepiej. Dostałam pokój z widokiem na łąkę. Nigdy niekoszoną trawę opasywały drzewa. Było spokojnie i nie padało. Wtopiłam się w wysoki las źdźbeł. Wtedy, lecący powyżej trzmiel, wydawał się wielkim odrzutowcem. A kiedy położyłam się na wilgotnej ziemi, cykanie świerszczy przywodziło na myśl wszystkie języki świata, która rozumie każdy, kto umie pytać niekoniecznie głośno, ale „dlaczego”. Bo jeśli jest ciepło, bezpiecznie, miło, kiedy wszelkie potrzebny zostaną zaspokojone, czy nadal jest coś niezbędnego ludziom? Człowiek nie samym chlebem żyje. Jest coś jeszcze; brakujące ogniwo tkwiące w każdym człowieku– znalezienie odpowiedzi na dziwne pytania.

Z okna miałam przedziwny widok. Ponad łąką i drzewami widać było czubek wysokiej wieży. W szczerym polu stała stara, zniszczona budowla z okrągłą wieżą, jaką najczęściej spotyka się w bajkach (z czekającą księżniczką). W niedługim czasie dotarłam do znaleziska zza okna. Okazało się, że był to stary folwark pilnowany przez nadgorliwego ciecia. Bał się on szczególnie dzieciarni ze sprejami i napisów typu „jude”. Nie udało mi się podejść do znaleziska, bo z jednej strony zasłaniały go drzewa, z drugiej czujne oko ochroniarza wywoływało alarm i przedwczesną panikę.

Po paru dniach przyzwyczaiłam do zaokiennego widoku, jak do jedynego maku wśród łanu pszenicy. I chyba to jest najsmutniejsze. Dorastając oswajałam się nie tylko z prawem ciążenia, do codziennego smaku chleba, do świata jako takiego. Dorastając straciłam zdolność dziwienia się światem, coś, co powinno pobudzać do życia, bo to, co najistotniejsze tkwi w nas samych, coś, co podpowiada, że życie jest wielką zagadką.

Wiedzieliśmy o tym na długo przedtem, zanim nauczyliśmy się o tym myśleć.

Dziecko dziwi się wszystkiemu: tacie, który goli się dziwnym urządzeniem, mamie, która wkłada pranie do przepaści. My, widząc dziecko unoszące się w powietrzu od razu zadzwonilibyśmy pod numer alarmowy. Przyzwyczailiśmy się do porządku na tym świecie…

Niektórzy są tak pochłonięci codziennymi problemami, że zdumienie samym życiem zostaje wypchnięte w najdalsze zakamarki myśli.

1Czerwone światło

Byłam tam dwa razy i jadę po raz trzeci. Daleki świat, obcy i zimny. Zostało mi z niego sporo wspomnień, ich okruchy opisuje i tu. Niby wspomnienia są pozytywne, ale luźne zapiski z czasu wyjazdu przypominają gehennę.

Czerwone światło na ulicy tej
Którą codziennie przemierzam drogę
Ale dlaczego ominąć go nie mogę?

Zamykam na klucz mój bezpieczny świat
By dać ponieść się płynnemu życiu
Którego nie rozumiem nawet w połowie

Stawiam ostrożnie kroki w obcym świecie
Ile czasu trzeba by zatracić swoją tożsamość?
Poczuć się zupełnie kimś innym?
Świadomie zapomnieć o przeszłości?

Przeglądam się w oknach wystaw sklepowych
Ale widzę wciąż tę samą osobę
Te same uśmiechnięte oczy
Perliście komunikujące się ze światem

Ciężko oswoić się, nie bać się już, cieszyć się bytem
A jednak czuję że jestem tylko…
Smaganiem wiatru po twarzy, zmierzwionymi włosami,
Poranionymi stopami, kałużą w butach, dreszczem zimna…
Tylko uczuciem

Zielonym parkiem pełnym słońca, kwitnącym kwiatem,
Kotem ocierającym się dziko o napotkanego psa,
Trzaskiem konarów gdzieś wysoko,
Piskiem wróbla przy pierwszej wodnej kąpieli,
Kolorem na skrzydłach motyla,
Zdmuchniętym liściem kasztanowca bez przyszłości…

Jestem wszystkim i nikim

Tak co dnia wydeptuję tę samą drogę
wytyczoną pieczołowicie trafnością mojego żywota.

Czy to jest chęć przetrwania, czy może bezmyślny byt?
Bardzo często jednak dopada mnie szybka myśl.
Czemu nie przekroczyć tej drogi, kiedy z piskiem opon
Ruszają koła tych, co nieznaną jadą mi drogą?

Przypominam sobie ten czerwony z wysuwanymi światłami, obok niego czarny, nie mogące doczekać się zielonego…

Odrobina szaleństwa

Leopold Gottlieb Kobiety i tulipan

Leopold Gottlieb Kobiety i tulipan

Szaleństwo – perfekcyjnie racjonalne przystosowanie do szalonego świata.
- R. D. Laing

Zastanawiam się, co nas pociąga w szaleństwie. Nie chodzi o chwile zapomnienia, którego każdy był „świadkiem” (jako aktor i reżyser), ani o zupełnych odstępstwach od społecznych norm. A jednak… Każde szaleństwo wiąże się z odbieganiem od przyjętych konwenansów i seksualnością.

Jednym, jak nie największym, szaleńcem w dziejach malarstwa był Vincent van Gogh. Jego wnętrza i portrety nadal cieszą się wielką popularnością, a reprodukcje zdobią ściany wielu sypialń. Za nim tworzyli inny, np. Gustav Klimt, Henri de Toulouse-Lautrec, ale pomimo zmysłowości swych prac nie zaskarbili sobie takiego poklasku publiczności.

W Polsce niewątpliwą sensację wzbudził obraz „Oddaj mi swoje serce” (zamiennie „Szał uniesień”), jaki i akt publicznego targnięcia się autora na własne dzieło. Szaleństwo?
Jakaś chora fantazja porwała pędzel, jak ogniem kreśląc żywe bestie – ognistorudą kobietę i czarnego rumaka. Dwa kontrastujące ze sobą ciała kumulują w sobie wielkie pokłady namiętności i pożądania, a z drugiej strony bólu i cierpienia. Dramat niespełnionej miłości był motorem tej wersji obrazu, który Podkowiński malował sam na sam z płótnem. Ewa K., mężatka, zapewne oglądała wystawę w Zachęcie w woalce, wszakże nie sposób było jej nie obejrzeć, jak i nie zauważyć, kto serce autora zawłaszczył. Podkowiński nie mógł związać się ze swoja wieloletnią miłością, skoro wiec nie mógł (nie umiał?) postawić wszystkiego na jedną kartę w życiu osobistym, postawił na jedną kartę w sztuce. Owoc dramatu zaprowadził go w przepaść twórczej odwagi – zniszczenia twarzy malowidła. Czy istnieje ustalona granica, za która dzieło sztuki przestaje należeć do artysty, do jego fobii i natchnienia? Nie myślę tu o podziwiających czy wystawiających obraz, ale o modelce, która nie pozowała.

Do szaleńców ciągną całe rzesze ludzi, bardziej niż do spokojnych, poruszających się po logicznych torach umysłów. O ile szaleństwo utożsamiane jest z chorobą umysłową i niekiedy jej postęp powoduje wykluczenie ze społeczeństwa, o tyle szaleństwo artystyczne zawsze intrygowało i straszyło jednocześnie.
W szarym życiu też jest czas i miejące na szaleństwa. Każdy ma swoje małe i większe grzeszki, z którymi dzieli się tylko z najbliższą osobą. I te większe, widziane przez wielu, oceniane, potępiane. Wyśmiewane w oczy lub poza.

Jak ta sukienką z wielkim kołem i czerwoną różą. Nie wiem jak zmieszczę się w niej do samochodu, jak stanę na wysokich obcasach i jak przetańczę całą noc.

A jednak dobrze jest, jeśli choć jedna osoba powie – jeśli dobrze się z tym czujesz – kup, myśl i noś z podniesioną głową. Na przekór krytycznym, obcym oczom i językom.

Zimno mi

fot. Simon Niebel

fot. Simon Niebel

Kiedyś, ktoś zwrócił się do mnie, abym zdjęła baretkę. Paradoksalnie byłoby mi bez niej zimno, a twarz przestała być anonimowa. Jeśli ktoś chce – mogę podać cyferki, tylko po co one komu? Satysfakcja, że się widziało w statystykach „twarz” danego IP? Posiadając tą wiedzę można śledzić drogę potencjalnego dręczyciela? Na dłuższą metę trochę szkoda czasu na bawienie się w lisa i zajączka łownego, który wysyła wiadomość w środku nocy o gotowości do polowania.

Pewnie, nawet poprzez literki, grubymi nićmi miałabym wyszyte na IP – brak powagi. Przecież nie jesteśmy tu tacy sami jak tam; wielu pokłada się ze śmiechu trzymając palce splecione w netowe precelki. Privy pękają w szafach i rozwiązują usta. A jedyną maksymą jest zawsze Vide Cull Fide, ale net jest ślepy.

Czego nie da się w sieci nie zauważyć to tragizm wspólnego pastwiska. Chodzi o to, że wybory korzystne dla jednostek prowadzą do tragedii. Jakby nie patrzeć, nie posiadamy nieograniczonych zasobów naturalnych, kiedyś skończy się ropa, gaz a nawet powietrze. Można tu krzyknąć – pomyśl inaczej, dla siebie, bo tragedia powstaje wtedy, gdy wszyscy zaczynają myśleć tak samo (może dlatego myślących innymi kanałami są tak poszukiwani?) – zagarnąć, wydobywać i eksploatować. To samo tyczy się przepustowości w sieci. Co się dzieje w godzinach szczytu sieciowego, gdy chcemy ściągnąć filmy, muzykę, porozumować na skype? Zapłaciliśmy, dlaczego nas wylogowuje, zawiesza? Wiele portali wprowadza opłaty lub czas oczekiwania między jednym a drugim ściąganiem. Niebezpieczeństwo dotyczące wspólnego pastwiska nigdy nie zniknie, nawet przy wybudowaniu wielkiej rury o dużej przepustowości. Głównie dlatego, że wzrosną także rozmiary plików, jakie będą nimi przesyłane, blogów jakie założymy i fotek, którymi będziemy się lansować. Niezadowolenie związane ze zbyt długim oczekiwaniem będzie się utrzymywać zwłaszcza, gdy nie zmaleją opłaty za interent. Jeśli opłaty zmaleją portale internetowe odbiją sobie to na użytkownikach indywidualnie.

Za tragizmem pastwiska idzie dylemat więźnia, tyczący się każdego z osobna. Np. mamy dwóch wspólników, w dwóch celach, w sieci – dwóch przyjaciół z odciętym np. GG (inne drogi komunikacji są wykluczone). Policja przesłuchuje przestępców albo toczy się żywa dyskusja na forum. Każdy ma dwie możliwości: może przyznać się i wsypać wspólnika, podać publicznie jego personalia, nagrywać lub nie przyznać się do winy. Losu każdego z nich zależy od wyboru, jaki dokona drugi. Jeśli jeden z nich przyzna się, to pierwszy uzyska złagodzenie kary, a drugi karę najwyższą. Jeśli dwóch się przyzna – dostaną średnie wyroki. Jeśli będą trzymać się razem i nadal zaprzeczać, wierząc, że wspólnik nie będzie sypał, ich kara będzie niska. Zdarza się to jednak rzadko, a szczególnie w sieci. Na forum, odcięci od przyjaciela, większość przestępców/podszywaczy sypie wspólników, bo jest to wybór najlepszy z punktu widzenia jednostki i on prowadzi do tragedii. Logicznie biorąc dla nich samych byłoby lepiej, gdyby mieli do siebie trochę więcej zaufania. Rzadko mają.

Nie dziwię się, też bym nie miała. Po tylu rozmowach, zapewnieniach o lojalności, o anonimowości, o kasowaniu archiwów, a nawet nie krzyżowanie wspólnie publicznych dróg. A jednak człowiek łamie się, pragnie ciepła i zrozumienia, w pewnym sensie akceptacji swych poglądów i poczynań. Wysypuje się jednemu, potem wielu, publicznie. Niektórym wystarcza zwykłe pomówienie i wkopują przyjaciela dla zmniejszenia kary, jednakowoż nie wyciągając wniosków. Przyjaciel po odbyciu kary, w zaułku sieciowym, wraca silniejszy i ostrożniejszy. On już nie zaufa nikomu. Będzie śledził pojawiające się kilkadziesiąt razy w nocy IP, jak jakaś niedospana wklepywaczka danych na trzeciej zmianie próbuje odciągnąć wzrok od cyferek, zamieniając je w zajadłe litery.

W nocy rzeczywiście może być zimno, a tyle męskich ramion jest tu gotowych do tulenia… Tylko jak zdjąć baretkę i uniknąć kary, jak zachować twarz nie zmieniając cyferek?

Kiedy jest mi zimno przykładam policzek do szkła, na którym leży klawiatura. Zimno robi się dotkliwsze i przychodzi otrzeźwienie – NIE SZUKAJ CIEPŁA W SIECI…

Wesołe jest życie staruszka

Już prawie kolejny długi weekend (niewiele ich w tym roku), więc nie pozostaje nic innego, jak rozluźnić się nieco. Nieważne ile macie lat, gdzie mieszkacie i jak u was z kasą. Wystarczy ze skromnej emeryturki, tudzież zasiłku, odłożyć troszeczkę na używaną kamerkę (zakładam, że komputer z dostępem do sieci wysechł już wnusiowi lub wnusi wraz z wąsem mleka pod nosem i zostaliście nim obdarowani) i można swobodnie korzystać ze zdobyczy techniki. Pokazać światu, że dojrzałość to wielce swawolna część życia – wolna (od pracy), beztroska (bez dzieci na utrzymaniu) i przyjacielska (ze stadem psów).

Najważniejsze jest szczęście, które każdy rozumie na swój sposób.

Trójkąt. Bermudzki

To już ostatni zjazd. Samochód zatrzymał się przed budynkiem na Szczęśliwicach. Wysiadłam.

- Nie, nie musisz mnie odprowadzać.

- Muszę – wysiadł ze mną, zabierając torbę. – Moja żona nie będzie sama włóczyć się po mieście.

Zaczepnym gestem otarł się o moje ramię. Złapał usta w przelocie, ale nie udało mi się, bo wyrwałam mu je wraz z torbą. Nie miałam ochoty na żadne czułości.

- Sama przejdę te pięć metrów – uśmiechnęłam się ze spokojną dezaprobatą.

- Nie daj się znów wrobić w poprawki, jeśli panu profesorowi na aluzje zacznie się zbierać. I uważaj na tych zboczeńców z akademika!

- Na pamięć znam twoje rady. Będę się stosowała. Może – machnęłam mu na pożegnanie przed wejściem.

Za kogo ja wyszłam? Boże, to już trzy lata. Zapatrzyłam się w rozkład zajęć na wielkiej tablicy. Z rzędu literek powstałą ciągła lina. Przed oczami stał mi on i tamta kobieta. Dlaczego wyszłam za mąż za tego faceta? Ciekawił mnie, ale jego mózg, nie całość. Zakochałam się w jego zakamarkach myślowych, pokrętnych teoriach, które lubił wyjaśniać, w tajemnicach, których nie umiałam ogarnąć. Nie poślubiłam go z miłości do człowieka. Jestem wredna! Chciałam mieć mężczyznę, który jest mądry i swoją ambicją zaraża. Jestem tu dla niego, by skończyć kolejny fakultet. Tak, ale czy to jest miłość?

Byłam tu też dla niej. Na początku roku zauważyłam ją wśród grona innych studentek. Niczym się nie wyróżniała, śmiała się, poprawiała ciemne, kręcone włosy i patrzyła tak szczerze, gdy mijałam tę ławkę. Uśmiechnęłam się nieśmiało i spuściłam wzrok. Byłam jakby w inne świece, serce biło mi szybciej. Mózg jakby spłatał mi figla z niewyspania, bo jak inaczej wytłumaczyć to wrażenie jakie na mnie zrobiła? Dlaczego spojrzałam akurat na nią, dlaczego kołatało mi serce? Dziś wiem, że ma na imię Joanna. Łączyły nas jedynie wspólne seminaria. Ona tak myśli, ja myślę całkiem inaczej…

Joanna była dużą kobietą, dobrze zbudowaną, o przekonywującym biuście i cesarskich pośladkach, czego pozwalały domyślać się jej surowe spódnice. Ubiór stanowczo ją postarzał i gdyby nie wiedziała, że ma trójkę dzieci, zaczęłabym ją modnie edukować. Jak to jest u zbyt rosłych kobiet, nie wydawała się wspólniczką własnego ciała. Ono wyrażało tę cześć jej samej, która przeczyła swoim zachowaniem w towarzystwie. Każdy na wykładach zachowywał się powściągliwie, ale ona mówiła tonem drobiazgowej księgowej, ubierała się jak wolontariuszka, ale poruszała się jak boginka haremu… kobiet. Miała piękną, okrągłą twarz, spokój w oczach i tę czułość.
Zaprzeczała mnie – zgrabnej i chłodnej, czasem nawet wyrachowanej blondynce. Nie lubiłam swojego ciała, a oglądanie jej krągłości wzbudzało we mnie podziw.

Patrząc prze okno jak Joanna wystawia twarz i stopy do wiosennego słońca puściłam wodze fantazji. Wiatr wdzierał się tak silny, że zlokalizowanie pulsowania, naprzemiennego, razu gorącego, innym razem chłodnego, było niemożliwe. Nie poczułam nawet jej dotknięcia. Ale kiedy zdecydowanie obieła mnie w pasie i szepnęła, że czas na logikę miałam ochotę odpowiedzieć – wolę zapomnienie. Zatkało mnie, kiedy ujrzałam oczy Joanny, patrzące z taką czułością i ciepłem, miękkością i… nienasyceniem. Rozpłakałam się przytulając czoło do jej ramienia. Przepraszając, jak niepokorne dziecko. Jestem zepsuta.

Mamy niewiele czasu – powiedziała.

*

Musiałam mu o tym powiedzieć. Wydarłam krzykiem, co targało mną przed te parę miesięcy. Jego reakcja mnie zakoczyła:

Masz jakieś wyrzuty, że zburzyłaś zasady molarne? Hahahaha, ta kobieta tylko tobą potrząsnęła, trochę obudziła, ale ty nadal trwasz w półśnie. Rozumiem twój dylemat, molarność na wierzchu, niemoralność w środku, to jak wylewanie kubła zimnej wody na siebie. Ty czy ja jesteśmy bardziej słabi niż mocni, dlatego wcześniej czy później, z drżeniem serca, z niepewnością, przełamiesz się. No i złam się!

Za tydzień byłyśmy umówione na finalne oddanie naszych prac.