
Święta, święta i po świętach. Albo wymarzone wakacje – przygotowanie pieczołowicie wcześniej, niemal wymodlone i zapakowane w srebrny papierek. Przemijają szybciej niż galop towarzyszący przygotowaniom. Pachnące, czekają wielkie walizy ze zbyt dużą ilością kreacji. Po co tak wiele zwiewnych bibelotów, jedzenia przygotowanego z namaszczeniem, mamiących zapachów, złudnych kolorów? Łapanka? Pierwszą rzeczy, jaka się nasuwa jest miłość. Coś nieuchwytnego, za co człowiek mógłby nawet zabić. Dla niej gotowa jestem nie spać tygodniami, zrzucić 10 kilo w miesiąc, zaharowywać się w pracy, przy kuchni węglowej, piekąc fikuśne mazurki i finezyjne baby. Utuczyć miłość własną osobą, zapominając, że z własnego egoizmu zabijam cząstkę siebie. Można się nie zgodzić, pewnie. Na świecie jest wiele połówek, które pasują właśnie do tej, a nie innej osoby. Kto twierdzi inaczej tego z pełną premedytacją mogę nazwać naiwniakiem. Kochana osoba oddaje nam cząstkę siebie, my oddajemy kawałeczek. Większy bądź mniejszy, bo w zależności od związku, czyjeś zawsze musi być na wierzchu. Któraś z połówek okaże się mniej soczysta, bardziej ustępliwa lub po prostu mniejsza. Nie ma na świecie dwóch jednakowych istot i nawet pośród połówek, niby pasujących do siebie idealnie, każda daje i zabiera coś innego. Inaczej reaguje i odmiennie uczy miłości.
Miłość.
Wyryje się w pamięć, zapisze ścieżki, ba, rowy, i zamknie sesje. Nieraz serce krzyczy, by dopisać scenariusze poboczne, dołożyć piękniejsze fotografie, coś ominąć i poprawić, ale życie domaga się włożenia kolejnego dysku. Na tej płycie nic już się nie zmieści, zamknął się pewien cykl i albo podasz kolejną pamięć, albo wypadasz z gry. Szukać drugiej drugiej połówki? I tu mam dopowiedź – nie może być dla nas tylko jedno przeznaczenie, inaczej restart byłby niemożliwy.
