Archiwum z: » kwiecień, 2009 «

Scena Faktu

fot. Maria João Marques

fot. Maria João Marques

Oglądaliście poniedziałkowy spektakl na „jedynce”? Niby teatr, niby film. Dziś mało, kto je ogląda. Niestety, ja przez przypadek miałam włączony telewizor, przez przypadek mogę z całą odpowiedzialnością polecić „Prezent dla towarzysza Edwarda G.”.

Jest rok 1977. Szef Radiokomitetu postanawia pomóc towarzyszowi Edwardowi G. w krzewieniu ducha socjalizmu i postanawia nakręcić o nim. Film ma być niespodzianką, a towarzysz Gierek ma ukrywać się za symbolem pracowitości i bezinteresowności, bohaterem narodowym – Wincentym Pstrowskim. Obie postacie łączy zarówno podobna biografia, jak i dążenie do ożywienia współzawodnictwa pracy socjalistycznej. Nakręcenie filmu wydaje się niemożliwe, kiedy ma się 3 miesiące i wielkie brzemię odpowiedzialności na karku. Szef Radiokomitetu szybko znajduje kogoś, kogo mógłby poświęcić w razie „wpadki”. Partia stawia na nogi wszystkie komórki centralne i podcentrale, w tym wojsko, i produkcja rusza, by zamknąć całość przez Barbórkową premierą.
Na szczęście Edward G. obejrzał film przed premierą i wściekł się. Poleciały „głowy”, ekipa nie dostała obiecanej 200% premii za wyrobienie 500% normy, główny reżyser tylko cudem nie wyleciał z pracy i oczywiście film nigdy maił nie ujrzeć światła dziennego.

Dlaczego, skoro filmowcy krwawicą chcieli postawić mu filmowy pomnik, który niezaprzeczalnie będzie kojarzył się ze jego wspaniałym wizerunkiem? Kolejny absurd PRL-u?
Okazało się, że w rzeczywistości Pstrowski i Gierek nie lubili się. Nie przepadali za nim koledzy po fachu, nie akceptowali jego gorliwości do pracy. A Pstrowski cierpiał, że mimo głoszonych prze zeń haseł, m.in. „Kto da więcej, niż ja?”, zarabia jak przeciętny góniczyna. Wdział porażkę systemu. Mimo wysiłków Partii, nie udało się wykreować sympatycznego bohatera, przodownika pracy, który jak na złość nie umarł pylicę płuc, lecz na białaczkę.

Nie ma co się dziwić, bo towarzysz Gierek chciał propagować ciężką, fizyczną pracę (i skromność) i tak też prezentowano go na zagranicznych konferencjach: „Oto Edward Gierek – sekretarz KC, mąż stanu, skończył 63 lata”. Jak to wypadało na tle prezydenta USA, o którym mówiono: „Oto Gerard Ford, polityk, wybitny mąż stanu, ukończył uniwersytet w Yale”?

Czy to Barbórka, czy 1 Maja, w tych dniach propaganda przybierała na sile kilkaset raz więcej. To chyba nie przypadek, że premiera spektaklu o towarzyszu G., została umieszczona przez ważnym świętem narodowym. Ku pokrzepieniu serc, by podobne absurdy nie przyszły nam do głów. My mamy swoje, dostosowane do naszej rzeczywistości.

Dwie w jednej

Wystarczy kilka dni, by rozbłysła i zakwitła swoją najcudowniejszą barwą – bielą i różem jabłoni. Przywiewa łagodne ciepło, a w nim smak lata i wakacji. Dziś idziemy obie pod kolorowe parasolki, by przejrzeć się sobie w pucharku lodowych kulek, kiedy przygryzasz mój płatek ucha… a ja słucham co będzie dalej… Robisz to ukradkiem, żeby żadne z ciekawskich spojrzeń nie ukradło nam intymnej chwili. Ten powiew powietrza, jak święto, blask świateł, pulsowanie, które wkrótce się pojawią – jak obietnica tańca. Oczekiwanie.

Lubię odnajdywać ją wszędzie, wśród znanych punktów orientacyjnych, i w miejscach niezwykłych, których nie znamy obie. Lubię na nią czekać, wiedzieć, że nadejdzie, zawsze punktualna przez przypadek. Lubię ją odnajdywać w tłumie, wiotką i elegancką, a jednocześnie pewną siebie tajemniczą i zgubioną przez przypadek. Lubię ten moment, kiedy nasze spojrzenia toną w porozumiewawczej sekundzie błysku i uśmiechu. Chwila wystarczy za setkę najtkliwszych słów. Lata spotkań nie odbierają tej chwili intensywności.

Biała sukienka; nosi sukienkę bardzo piękną i prostą, poprzetykaną liśćmi i kwiatami, tęczą i puchem. Pachnie światłem i ciepłym powietrzem. Moja sukienka jest czarna, pewnie czarniejsza niż rozwiane włosy, niż oczy. Czarne dziurkowane rajstopy i czerwone szpilki spowija piżmo dzikiego zwierza. Dziś uplotła wianek ze stokrotek. Zagnieździł się w jej lnianych włosach, jak ptak szukający schronienia. Moją szyję ozdabia naszyjnik, najdroższy prezent od niego. Jesteśmy tak podobne, jak różne…

Zastawiam się, czym jest ten naszyjnik, ten wianek z kwiatów nie konkurują ze sobą o jego względy. Czy wianek czy naszyjnik, są ozdobą słowa, które nie mówią nic albo mówią mało. To rzeczy-ozdoby do oglądania na ciele, rzeczy dopracowanie, w pewnym sensie nieprzydatne. Ale w innym obdarzone użytecznością niezbędną, najwyższą. Nie mają nic wspólnego z bogactwem ani pieniędzmi. Jaką wartość ma korona z delikatnych kwiatów. Czym przykuwają uwagę plastikowe, czarnobiałe kulki na szyi? Te rzeczy są najbardziej powszechne wśród osób, którym brakuje wszystkiego. Indianie, nomadzi, ludzie bez pisma, bez techniki, bez mody, może tylko z rąbkiem historii, nigdy nie są ludami bez biżuterii i ozdób. Zawsze otaczają szyje naszyjnikami, nadgarstki bransoletami, palce pierścionkami, tiarami…

Dla mnie są niezbędne. Są subtelną grą w załamaniu kształtów ciała, specjalną muzyką bez słów, bez nut. Chodzi jedynie o pokazanie piękna w pięknie? Kto pokazuje, a kto jest pokazywany? Naszyjnik pokazuje szyję czy szyja naszyjnik? Pokazują się wzajemnie? Nadmiar dający życie?

Lubię ten zbytek, tak jak ona koronę z kwiatów. On kocha nas obie.

Uwaga, wykopy!

Fot. Gnato

fot. Gnato

Nie jestem wkurzona ani zdenerwowana, nie wiem nawet jak to nazwać. Leciuchna irytacja? Dlaczego, skoro bez większego powodu? Ależ jest – mały, malutki, ale gryzący. Chodzi poniekąd o prawa autorskie. Przeglądałam niedawno blogowe archiwum i natknęłam się, obok notek, na 3 puste tuby (jakie szczęście, że okienko z obrazem z YouTube nie pokazuje i nie trzeszczy obrazem kontrolnym). Normalna sprawa, ktoś rzucił na serwer filmik, piosenkę, potem zrezygnował z konta, założył nowe, bądź filmik się dezaktualizował i zablokował dostęp. Takie są prawa autorskie w necie – twórca decyduje, kiedy i gdzie zamieści dzieło, jak i o czasie jego zdjęcia z wizji. Serwis YouTube jest tylko pośrednikiem w transakcji, zgodnie z regulaminem autor dzieła w żadnym razie nie musi sprostowywać, dlaczego wycofał film z obiegu. Wyobraźmy sobie jednak, że nasze notki opierają się na filmikach i muzyce z serwisów udostępniających obraz w postaci obiektów wizulano-grających. Albo umieścimy swoje fotki na popularnym serwerze zrzeszającym obrazy za free, żeby nie obciążać swojego, i nagle ów serwer upada. Dla mnie dobre zdjęcie jest dopełnieniem notki, drugą wersją moich słów, niejednokrotnie inną i ciekawą. Obraz nadaje sens słowu, jest jak zwiastun filmu, zachętą do obejrzenia. Oczywiście, pisząc recenzję można odwoływać się do własnych wyobrażeń, gry słów niepopartych obcym obrazem (niekiedy to własna wyobraźnia jest jedyną podnietą, ale to tak na marginesie), ale jeśli obraz jest instrukcją obsługi jakiegoś sprzętu, programu? Jeśli często i gęsto odwołujemy się do linku jednego udostępniającego, który nagle je wszystkie blokuje? Notka staje się bezużyteczna i śmieszna.

Właściwie temat jest marginalny i każdy rozwiązuje go na swój sposób. Najczęściej zapominając o niekompletnych wpisach. Przecież żadnym sposobem nie można nikogo zmusić do przywrócenia treści. Ale ja lubię mieć porządek, wracać do starych myśli i muzyki im towarzyszącej. Kiedy widzę dziurę, niczym, widzialną, ozonową na niebie, próbuję zalepić czymkolwiek. Nie mogę sobie jednak przypomnieć, jaka była to muzyka, jaki obraz, bo litery pisane pół, rok temu słuch i wzrok lekko stępił. Szkoda.

Istnieje parę rozwiązań, jeśli ktoś rzeczywiście trącił temat pustych okienek i obrazków. Jednym z nich jest zainstalowanie programu do odtwarzania audio i video, i nauka montowania filmików, fotografii, scalania wszystkiego z muzyką, itp., itd. Będziemy wówczas samowystarczalni w tym, gdzie, co i jak chcemy u siebie widzieć i słyszeć. Problem pojawia się, kiedy nie mamy możliwości zainstalowania odpowiedniej wtyczki, która pełniłaby rolę sieciowego odtwarzacza. Problem jednak niewielki, bo jako już nauczony autor – filmowiec, wysyłający swoje fotko-grajki na tubę (np.), nie będę musiała liczyć na kaprysy innego autora/nicka.

Puste okna nie są wiec bezcelowe, zmuszają do konkretnych działań. A że internet daje nam szeroki wachlarz możliwości: co, gdzie i kiedy, czym mamy się interesować i na co zżymać, stał się bardzo celowym narzędziem naszego rozwoju.

Zatem do roboty, żeby nauka nie poszła w las za autorskim fochem i pustymi tubami :) .

Maki, konwalie i inne…

Junglemist

fot. Junglemist

Znałam kiedyś kobietę, rozgadaną

Ale nie uśmiechniętą

Jej facet nigdy nie dawał jej kwiatów

Wybierał praktyczniejsze prezenty

Zegarek, robot kuchenny

Odtwarzacz, telefon

Potem laptop i samochód

Na koniec pożegnał się:

Nie stać mnie na nic więcej

Ona dziś sprzedaje swoje uśmiechy

I milczy do swych maków

Kategoria: Wata słowna  Tagi:  22 Komentarzy
Zawiść

fot. Candas

fot. Candas

Zawiść to rzecz ludzka, tak jak np. obżarstwo, lenistwo. O ile te dwie ostatnie występują dość często i są pobłażane, tyle zawiść jest mocno wstydliwą emocją. Doświadcza jej prawie każdy, bo trzeba mieć w sobie mocne prawo moralne, by nad nią zapanować. Nie ma takiego człowieka, któremu los słodzi pod każdym względem. Każde dobro cudze mami, chociażby przez to, że nie jest nasze… Zawiść obejmuje wszelkie dobra, a nawet takie trudne do uchwycenia jak: umiejętność pisania wierszy, wianuszek przyjaciół, elastyczność, szczerość. Niedawno spotkałam się z zawiścią podszytą zaborczością: nie będziesz rozmawiać/przyjaźnić się z tym i tamtym, bo ten ktoś jest moim wrogiem. Jeśli nie zastosuje się do ostrzeżenia mam liczyć się z bardzo nieprzyjemnymi konsekwencjami (osoba, która grozi/ostrzega dobrze wie, co mnie ugodzi najmocniej).

Dwie strony medalu zawiści doskonale do siebie pasują. Na awersie jest napisane „ja chcę mieć to samo, co tamten”, na rewersie – „ja nie chcę, by tamten miał więcej niż ja”. Zawiść na pewno nie jest elementem świata zwierzęcego. Zwierzęta współzawodniczą ze sobą w razie głodu albo zabiegając o samice. Czy najedzony lew będzie wyrywał drugiemu lwu upolowaną gazelę? Tyllko dlatego, aby głodny nie mógł się najeść?

Pewne elementy zawiści (a na pewno zaborczości) można dostrzec w aktach seksualnych zwierząt i ludzi. Większa część zwierząt, tu samce, zabiegają o względy samic tylko w okresie rui. Jedni próbują zgromadzić na swym terytorium jak najwięcej samic i zapłodnić, inne zaspokajają się jedną partnerką, niekiedy na całe życie. Jest to aspekt jak najbardziej biologiczny. U człowieka (jako przykładu użyję mężczyzn) ma to również podłoże biologiczne, ale przez znaczne zaawansowanie ewolucyjne, niestety i obłudne. Mężczyźni (nie wykluczam kobiet) wymyślają bardziej skomplikowane fortele by zdobyć kobietę, przy czym nie chcą doprowadzić do zapłodnienia, nie pragną nic w zamian pozostawić naturze. Akt ma dawać tylko przyjemność, najlepiej z coraz to nowymi „samicami”. Kobieta ma trochę inną naturę, ale w tej grze uczestniczy. I gdyby nie powróz w postaci nakazów religijnych i społecznych kaganiec moralny niektórych ludzi rozpadłby się w rozpuście.

Można doświadczyć zawiści patrząc na swoją byłą dziewczynę w objęciach innego? Albo dostać nagłego ataku agresji oglądając zdjęcia całującego się męża z inną kobietą? To sprawa indywidualna jak zareagujemy. Zwierzęta najczęściej odchodzą, szukając innej samicy/samca, ludzie posuwają się do – „ja nie chcę, by tamten miał więcej niż ja”. A jeśli ja jej/jego nie mogę mieć, nikt tego nie dostanie!

Ludzkie potrzeby nie mają granic fizjologicznych. Nigdy nie cierpią na nadmiar władzy, pieniędzy, popularności, seksu czy uznania. Z jednej strony potrzeba posiadania coraz większych dóbr sprzyja twórczości; niezaspokojenie staje się motywem do twórczych wysiłków. Z drugiej strony ograniczenia w zdobywaniu potrzeb stają się nieszczęściem człowieka, swego rodzaju kalectwem.

Spotkałam zawiść parokrotnie (także u siebie). Widać ją codziennie, np. słowach: „no zobacz, jaką krzywdę wyrządzili nam Niemcy!”, „podpalę mu warsztat, co się będzie baran puszył”. Zawiść niszczy, jeśli chce się komuś zaszkodzić, niejako zrównać do swojego poziomu. Ale szkodzi przede wszystkim samemu niszczycielowi. Zawiść ciężko ukryć, a jest czymś wstydliwym. Zawistnicy są na tyle ślepi, by tej emocji u siebie nie zauważać. Dążą do celu po trupach, rozstawiając po kątach prośbą/groźbą kolejne ofiary.

Do mojego zawistnika pasują stwierdzenia „zawiść jest pasją, która gorliwie goni za tym, co sprawia cierpienie”, a „własny charakter tak ich pożera jak rdza żelazo”.

Kategoria: Donkiszoteria  Tagi:  16 Komentarzy
Przed restartem

Święta, święta i po świętach. Albo wymarzone wakacje – przygotowanie pieczołowicie wcześniej, niemal wymodlone i zapakowane w srebrny papierek. Przemijają szybciej niż galop towarzyszący przygotowaniom. Pachnące, czekają wielkie walizy ze zbyt dużą ilością kreacji. Po co tak wiele zwiewnych bibelotów, jedzenia przygotowanego z namaszczeniem, mamiących zapachów, złudnych kolorów? Łapanka? Pierwszą rzeczy, jaka się nasuwa jest miłość. Coś nieuchwytnego, za co człowiek mógłby nawet zabić. Dla niej gotowa jestem nie spać tygodniami, zrzucić 10 kilo w miesiąc, zaharowywać się w pracy, przy kuchni węglowej, piekąc fikuśne mazurki i finezyjne baby. Utuczyć miłość własną osobą, zapominając, że z własnego egoizmu zabijam cząstkę siebie. Można się nie zgodzić, pewnie. Na świecie jest wiele połówek, które pasują właśnie do tej, a nie innej osoby. Kto twierdzi inaczej tego z pełną premedytacją mogę nazwać naiwniakiem. Kochana osoba oddaje nam cząstkę siebie, my oddajemy kawałeczek. Większy bądź mniejszy, bo w zależności od związku, czyjeś zawsze musi być na wierzchu. Któraś z połówek okaże się mniej soczysta, bardziej ustępliwa lub po prostu mniejsza. Nie ma na świecie dwóch jednakowych istot i nawet pośród połówek, niby pasujących do siebie idealnie, każda daje i zabiera coś innego. Inaczej reaguje i odmiennie uczy miłości.

Miłość.

Wyryje się w pamięć, zapisze ścieżki, ba, rowy, i zamknie sesje. Nieraz serce krzyczy, by dopisać scenariusze poboczne, dołożyć piękniejsze fotografie, coś ominąć i poprawić, ale życie domaga się włożenia kolejnego dysku. Na tej płycie nic już się nie zmieści, zamknął się pewien cykl i albo podasz kolejną pamięć, albo wypadasz z gry. Szukać drugiej drugiej połówki? I tu mam dopowiedź – nie może być dla nas tylko jedno przeznaczenie, inaczej restart byłby niemożliwy.

Z wyboru

petitescargot

fot. petitescargot

Nocą wychodzą z ukrycia wszystkie myśli, które w dzień nie mogą dojść do głosu. Skutecznie tłumione, teraz zaczynają najeżdżać chorą od szumu wrażeń głowę.
Ściskaną za jej serce, jakby chciały zapytać: co byłoby gdyby…

Czego nie mogę spać, jeśli utulona kołdrą i zmęczeniem tracę czujność, i tak niewiele czasu na spokój? Jutro zanurzę się znów we wrzawie ulicy, kołowrotku niezrozumiałych kolei losu, przypadkowości ludzkich tragedii.

Wczoraj przeszła obok mnie, ostrzegła; dziś pogroziła palcem całkiem blisko… Ona, bliźniacza siostra snu.

W ciemnym kątku siedzi strach. Niecierpliwi się, aż zamknę powieki, by wpełznąć pod poduszkę. Czeka na chwilkę nieuwagi i podrzuca gotowe scenariusze. Co byłoby gdyby zabrała ich do siebie? Bliźniacza siostra. Gdyby zasnęli i nie obudzili się nigdy? Ten strach nie jest strachem o nich, a o siebie. Wiem to ja, wie i on. Szydzi ze mnie. Jak puste życie, byłoby bez tych ludzi, ile mniej obowiązków, nerwów, powinności… Może beztroskie i naprawdę wolne? Albo głupie i bezcelowe? Strach nie podrzuca gotowych odpowiedzi. Bawi się moim niezdecydowaniem. Można kochać i jednocześnie czuć ulgę z czyjejś nieobecności? Znaczy, miłość się wypaliła? Może jej nigdy nie było. Strach dba tylko o siebie, słowem: dlaczego zostawiasz mnie tu samą?! Jak okropne będzie życie bez Ciebie? Mój strach umie wydobyć konającego z objęć dozgonnej śpiączki. Bo człowiek ma powinność zostać, spełnić swój ziemski obowiązek – trwać. A jednocześnie chce być, z prostej potrzeby przynależności do żywych.

Strach czai się wszędzie, ma tyle twarzy ile wyborów człowieka. Strach przed nieznanym, nieprzewidywalnym. Najgorszym jest jednak strach przed uśmierceniem kawałka własnego serca w sercu ukochanej osoby.