Na klatce schodowej znów czuć „Whisky”. Kiedyś podobał mi się ten zapach, teraz kojarzy mi się jedynie z alkoholem. Przetrawiony czuć już na parterze, a zmieszany z wodą toaletową identyfikuje sąsiada powracającego z wojaży. Wzdrygam się, bo zapowiadało to kiedyś dla nas drażniące dni. Dla mnie i mamy. Odbierało poczucie bezpieczeństwa we własnym domu. Mama zawsze miała szczęście do typków spod ciemnej gwiazdy. Kiedy już jednemu udało się uciec czy zniechęcić, zjawiał się inne biedaczysko biorące ją na litość. A ona słaba, a zarazem głaszcząca, w napływie macierzyńskich uczuć udzielała rad, pomagała i dawała się wykorzystywać.
Nasz sąsiad był o tyle denerwujący, że był alkoholikiem. Niegroźnym, ale makabrycznie upierdliwym. Już dawno straciłam do niego cały szacunek, a po pewnym incydencie straciłam nawet ten podstawowy, przynależny mu poniekąd automatycznie, jako przedstawicielowi tego samego gatunku homo sapiens. Jeszcze z dzieciństwa pamiętam, jak wspólnie z żoną chodzili po mieście i wysiadywali wciąż te same ławki. W torbach z zakupami nosili skarby – oranżadę, śmietanę czy olej. Miałam czas przyglądać się niemrawym ruchom i półprzytomnym grymasom, świadczącym, że tli się w nich jeszcze normalność. W skarbach ukrywali przezroczystą wodę życia i chyba to ona dawała im siłę, by odpowiadać na moje „dzień dobry”. Ukradkiem zapijali pragnienie, aż do dnia, kiedy zobaczyłam sąsiadkę samotnie siedzącą na ławce. Mało zostało z kobieciny, papierowa skóra i resztki mięśni kołysały się miarowo wraz z powiewem wiatru. Cierpiała. Bałam się podejść i zaproponować pomoc. Ona była tylko sąsiadką, zawsze milczącą i chłodną. Nie miała przy sobie wody…
Odeszła tego samego dnia. Nie widziałam nawet karetki
Sąsiad trzeźwiał, nie widziałam go na wysiedzianych ławkach. Wkrótce potem znikł także ze swojego lokum na piętrze. Pojawił się po paru latach w jakiejś dziwnej chwale. Elegancki, wypachniony, miejscami szarmancki. Od kiedy zaczął przychodzić do mamy na kawę i ciasto, które sam fundował, wiedziałam skąd ta ogłada i pieniądz. Na owe czasy, jako robotnik najemny (od wszystkiego, od pługa do wykończenia domu) w Niemczech, nieźle zarabiał. Na kilkutygodniowej przerwie w Polsce nadrabiał zaległości w piciu. Zalewnie parę razy w życiu widziałam go trzeźwego i nigdy w tej fazie uniesienia z nim nie rozmawiałam. Podejrzewam, że nie byłoby zupełnie o czym, nawet o „dzień dobry”. W zależności od stopnia upojenia – o sztuce, filmach, polityce, modzie. Unikałam faceta, bo na ciągu był drażniący z wylewnością i znawstwem światowych trendów. Ale kiedy raz okazało się temu człowiekowi zainteresowanie i na starcie nie postawiło muru wchodził z buciorami w cudze życie. Mieszanina „Whisky” i ulatniającego się chyłkiem z ciała alkoholu prowokowała mnie do zwierzęcych odruchów. Matka miała go dość; przemykała się z pracy do domu, a ja nie otwierałam drzwi lub udawałam, że jej nie ma. Wizyty sąsiada wkupywane kawą ekstra i przeróżnymi niespodziankami zatruwały powietrze w naszym mieszkaniu; zjadały czas i zabierały swobodę. Kiedy wyjeżdżał po drogocenne euro, mama czuła się swobodnie. Brak śmiałości w chodzeniu nago po mieszkaniu, ograniczenie wizyt znajomych bez obawy, że zapuka nachalny pijak, a nawet brak spokojnego snu, pewnego niespokojnego wieczoru sięgnęło kresu wytrzymałości. Było bardzo późno, wywody sąsiada słuchać było chyba wszędzie, widziałam matkę, jak udaje, że zajmuje się czymś w kuchni… To był impuls z wielkim znakiem zapytania – DLACZEGO MAM TO ZNOSIĆ?! Proszę wyjść – wpadłam do kuchni podnosząc nieco głos. Zabełkotał coś na podobieństwo: dlaczego, prowadzimy z mamą interesującą dyskusję. Jest późno, chcemy spać! – ulotniły się ze mnie resztki kulturalnego wychowania. Nieee, jest wcześnie, dopiero pierwsza, może ciasteczko?
Złapałam za poły i pociągnęłam całą siłą do wyjścia. Nie pamiętam, co i jak krzyczałam. Zdarłam z człowieka prochowiec, a może i podarłam, bo się opierał i zataczał, i wyrzuciłam za nim na klatkę schodową. Trzasnęłam drzwiami, a po chwili usłyszałam walenie. Matka wcisnęła mi w rękę jego siatkę. Zacisnęłam pieści na wypadek gdyby były potrzebne, a siatka uderzyła o drzwi. Zabrzęczało szkło. Małą stróżką zaczęła wylewać się mieszanina śmietany i piwa. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam człowieka zamachującego się nogą. Zatoczył się napotykając próżnię i prawie wpadł do domu. To pańskie – wysyczałam i pchnęłam bezładne cielsko . Za szybko zamknęłam drzwi, by zobaczyć czy złapał dobytek. Usłyszałam tylko, że coś się posypało.
Zbiłaś mu wódkę, wyrwała mnie z amoku mama, kiedy z zaciśniętymi pięściami szukałam jakiejkolwiek ofiary. To w papierze było wódką?! Nie zbiła się! Wybiegłam na korytarz, aby dokończyć dzieła. On zastygł na półpiętrze, nie dowierzając, że tak miły wieczór skończył się bezsensowną stratą dwóch piw i jednej śmietany. Nie dobiegłam, matka była ode mnie silniejsza. Wciągana do domu, krzyczałam: nigdy więcej!
Sąsiad oczywiście następnego dnia przeuroczo mi się ukłonił. Nic nie pamiętał.
