• Moje podwórko Cz, 26 marca 2009 Komentarzy: 21

    Na klatce schodowej znów czuć „Whisky”. Kiedyś podobał mi się ten zapach, teraz kojarzy mi się jedynie z alkoholem. Przetrawiony czuć już na parterze, a zmieszany z wodą toaletową identyfikuje sąsiada powracającego z wojaży. Wzdrygam się, bo zapowiadało to kiedyś dla nas drażniące dni. Dla mnie i mamy. Odbierało poczucie bezpieczeństwa we własnym domu. Mama zawsze miała szczęście do typków spod ciemnej gwiazdy. Kiedy już jednemu udało się uciec czy zniechęcić, zjawiał się inne biedaczysko biorące ją na litość. A ona słaba, a zarazem głaszcząca, w napływie macierzyńskich uczuć udzielała rad, pomagała i dawała się wykorzystywać.

    Nasz sąsiad był o tyle denerwujący, że był alkoholikiem. Niegroźnym, ale makabrycznie upierdliwym. Już dawno straciłam do niego cały szacunek, a po pewnym incydencie straciłam nawet ten podstawowy, przynależny mu poniekąd automatycznie, jako przedstawicielowi tego samego gatunku homo sapiens. Jeszcze z dzieciństwa pamiętam, jak wspólnie z żoną chodzili po mieście i wysiadywali wciąż te same ławki. W torbach z zakupami nosili skarby – oranżadę, śmietanę czy olej. Miałam czas przyglądać się niemrawym ruchom i półprzytomnym grymasom, świadczącym, że tli się w nich jeszcze normalność. W skarbach ukrywali przezroczystą wodę życia i chyba to ona dawała im siłę, by odpowiadać na moje „dzień dobry”. Ukradkiem zapijali pragnienie, aż do dnia, kiedy zobaczyłam sąsiadkę samotnie siedzącą na ławce. Mało zostało z kobieciny, papierowa skóra i resztki mięśni kołysały się miarowo wraz z powiewem wiatru. Cierpiała. Bałam się podejść i zaproponować pomoc. Ona była tylko sąsiadką, zawsze milczącą i chłodną. Nie miała przy sobie wody…

    Odeszła tego samego dnia. Nie widziałam nawet karetki

    Sąsiad trzeźwiał, nie widziałam go na wysiedzianych ławkach. Wkrótce potem znikł także ze swojego lokum na piętrze. Pojawił się po paru latach w jakiejś dziwnej chwale. Elegancki, wypachniony, miejscami szarmancki. Od kiedy zaczął przychodzić do mamy na kawę i ciasto, które sam fundował, wiedziałam skąd ta ogłada i pieniądz. Na owe czasy, jako robotnik najemny (od wszystkiego, od pługa do wykończenia domu) w Niemczech, nieźle zarabiał. Na kilkutygodniowej przerwie w Polsce nadrabiał zaległości w piciu. Zalewnie parę razy w życiu widziałam go trzeźwego i nigdy w tej fazie uniesienia z nim nie rozmawiałam. Podejrzewam, że nie byłoby zupełnie o czym, nawet o „dzień dobry”. W zależności od stopnia upojenia – o sztuce, filmach, polityce, modzie. Unikałam faceta, bo na ciągu był drażniący z wylewnością i znawstwem światowych trendów. Ale kiedy raz okazało się temu człowiekowi zainteresowanie i na starcie nie postawiło muru wchodził z buciorami w cudze życie. Mieszanina „Whisky” i ulatniającego się chyłkiem z ciała alkoholu prowokowała mnie do zwierzęcych odruchów. Matka miała go dość; przemykała się z pracy do domu, a ja nie otwierałam drzwi lub udawałam, że jej nie ma. Wizyty sąsiada wkupywane kawą ekstra i przeróżnymi niespodziankami zatruwały powietrze w naszym mieszkaniu; zjadały czas i zabierały swobodę. Kiedy wyjeżdżał po drogocenne euro, mama czuła się swobodnie. Brak śmiałości w chodzeniu nago po mieszkaniu, ograniczenie wizyt znajomych bez obawy, że zapuka nachalny pijak, a nawet brak spokojnego snu, pewnego niespokojnego wieczoru sięgnęło kresu wytrzymałości. Było bardzo późno, wywody sąsiada słuchać było chyba wszędzie, widziałam matkę, jak udaje, że zajmuje się czymś w kuchni… To był impuls z wielkim znakiem zapytania – DLACZEGO MAM TO ZNOSIĆ?! Proszę wyjść – wpadłam do kuchni podnosząc nieco głos. Zabełkotał coś na podobieństwo: dlaczego, prowadzimy z mamą interesującą dyskusję. Jest późno, chcemy spać! – ulotniły się ze mnie resztki kulturalnego wychowania. Nieee, jest wcześnie, dopiero pierwsza, może ciasteczko?

    Złapałam za poły i pociągnęłam całą siłą do wyjścia. Nie pamiętam, co i jak krzyczałam. Zdarłam z człowieka prochowiec, a może i podarłam, bo się opierał i zataczał, i wyrzuciłam za nim na klatkę schodową. Trzasnęłam drzwiami, a po chwili usłyszałam walenie. Matka wcisnęła mi w rękę jego siatkę. Zacisnęłam pieści na wypadek gdyby były potrzebne, a siatka uderzyła o drzwi. Zabrzęczało szkło. Małą stróżką zaczęła wylewać się mieszanina śmietany i piwa. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam człowieka zamachującego się nogą. Zatoczył się napotykając próżnię i prawie wpadł do domu. To pańskie – wysyczałam i pchnęłam bezładne cielsko . Za szybko zamknęłam drzwi, by zobaczyć czy złapał dobytek. Usłyszałam tylko, że coś się posypało.

    Zbiłaś mu wódkę, wyrwała mnie z amoku mama, kiedy z zaciśniętymi pięściami szukałam jakiejkolwiek ofiary. To w papierze było wódką?! Nie zbiła się! Wybiegłam na korytarz, aby dokończyć dzieła. On zastygł na półpiętrze, nie dowierzając, że tak miły wieczór skończył się bezsensowną stratą dwóch piw i jednej śmietany. Nie dobiegłam, matka była ode mnie silniejsza. Wciągana do domu, krzyczałam: nigdy więcej!

    Sąsiad oczywiście następnego dnia przeuroczo mi się ukłonił. Nic nie pamiętał.

  • Nocne rozmowy So, 21 marca 2009 Komentarzy: 21

    Po paru miesiącach, po roku dobrej znajomości w sieci czasem przychodzi chęć na spotkanie w rzeczywistości. Jeśli przeszkodą nie jest odległość, czy inne fizyczne niedogodności, to dlaczego nie? Ile jest związków, przyjaźni zapoczątkowanych w sieci? Słyszy się, że dużo, ale co najmniej tyle samo kończy się rozczarowaniem, kłótniami i późniejszą wzmożoną podejrzliwością. Jak zaufać osobie, której się nigdy nie widziało, kiedy cała niewerbalna strefa nie istnieje? Czy potłuc rozsądek o kant stołu i ponieść się emocjom, odkrywając najbardziej drażniące myśli, wstydliwe sprawy? Jak można ważne dylematy powierzyć osobie, która jutro, pojutrze na tym samym lub zmienionym nicku wyłoży sensację innym? Nabrać się w sieci łatwo, jak również pomylić w ocenie

    Czy to miłość, czy relacja na zasadzie przyjaźni, mogę porównać stan tegoż zainteresowania do zauroczenia. Pierwszej fazy miłości. Oczarowanie i wielkie zainteresowanie. Podobne nastawienie do wielu spraw, podobne doświadczenia, poglądy i najważniejsze – dopełnianie.

    Podobieństwo jest wielką siłą działającą na atrakcyjność, ale istnieją cechy, którymi ludzie chcieliby się od siebie różnić. Czy sadysta mógłby dogadać się z masochistą, ktoś dominujący z kimś biernym? Na pewno dużą szansę na zaistnienie przyjaźni istnieje wśród ludzi, którzy udzielają pomocy i ci, którzy ją przyjmują. Ale nie da się ukryć, że przyciągają nas do siebie wspólne cechy (tak jest w rzeczywistym świecie). Z różnych doświadczeń wynika, że w kwestii dominujących i uległych typów zachowania, lepiej dogadywać się będą ci, którzy zachowującego się komplementarnie, choć nie muszą wcale być tego świadomi (tak jest w sieci).

    Wracając do zauroczenia. Pisanie ze znajomym przez dłuższy czas pozwala poznać się w innym wymiarze znajomości. Ciężko uchwycić w jakim, ale ta nić inności w wielu przypadkach w wymiarze realnym nie przetrwa. Może rozczarowanie jest tym większe, im więcej wystukujemy liter z naszego ukrytego wnętrza? Jestem przekonana, że wirtualne znajomości zabija realne zderzenie z naszymi wyobrażeniami. Czy jest sens by oczekiwać czegokolwiek od literek? Jest, ale trudno pogodzić się z tym, że to kolejne rozczarowanie i porażka.

    Naiwność rekompensują emocje, a emocje rekompensują brak ciała rozmówcy. Do jego obrazu, jaki tworzymy w wyraźni, dodajemy obraz siebie samych, co towarzyszy jeszcze większym emocjom, bo związanych bezpośrednio z nami. A przez to stajemy się bardziej nieodporni na impulsy, pozytywne i negatywne. W sieci nie można przetrwać bez karmienia mózgu emocjami, wszelkiej maści i kalibru. Po pewnym czasie nudzi się i odchodzimy od komputera, albo… szukamy nowych, odmiennych wrażeń.

    Ciekawy jest pomysł Krisa, który chce zorganizować spotkanie zainteresowanych tym problemem internautów. Dość atrakcyjne, spokojne miejsce, śmiałe plany na rozbudowę spotkania, nieograniczona liczba miejsc, chwalebny cel (przy okazji) i nieznający się, często i wirtualnie, ludzie. Pomysł bardzo intrygujący i niemniej odważny.
    Czy łatwiej wejść w racje z zupełnie nieznanymi, nawet z literek ludźmi, czy z kimś, komu opowiedziało się pół życia i przez to obarczyło ciężarem wyobrażeń?

  • Cybertaniec Cz, 19 marca 2009 Komentarzy: 2

    Dostałam nagrodę, miłą, ale nie wiem czy wartą określenia mnie jako kreatywnej. Dziękuje panie Zezyroku ;) . Zawiśnie na chwilkę na moim blogu. Potem pobiegnie dalej. Chciałabym przekazać ją:

    Cornelli – za otwarte wyrażanie swoich uczuć, wbrew opinii i obcym osądom.
    Magencie – za tworzenie mądrego i ciepłego klimatu.
    Stefano, który nie lubi “wyróżnień”, ale jest naprawdę wielkim kreatorem.
    Oczom Smutnym – za wymowne milczenie i pisanie sercem.

    Dalsze zasady tegoż wyróżnienia są następujące: po zalinkowaniu blogów, które wg danego bloggera na wyróżnienie zasługują (w ilości 7 lub więcej sztuk), informujemy nominowanego u niego w komentarzu. Co zrobi z tym fantem zależny od niego ;) .

  • Donkiszoteria N, 15 marca 2009 Komentarzy: 38

    - Nie lubię cię – powiedziała mała Krysia, obrzucając Basię piaskiem.

    - Zośka, coś ty jej zrobiła? – starszy brat solidarnie wycierał Zosi oczy z piasku.
    Chciał ją mocno zganić, ale mógł tylko bardziej straszyć. Zośka chlipała, z zasmarkanego gardła udało się usłyszeć:

    - Huśtałam się z Bartkiem, Basia nie miała się, z kim bawić.

    - Głupia jesteś! Bartek to zdrajca, wczoraj podkopał naszą fortecę i ukradł ze środka wszystkie szklane kulki.

    - No to, co! On nie krzyczy jak wy. Daje mi się pobawić swoimi zabawkami i dzieli się batonikami. Jest sprawiedliwy w zabawie.

    Basia dostała łopatką po głowie.

    - Jak będziesz się z nim bawić, to więcej się do piaskownicy nie zabiorę!

    I Zosia odtąd patrzyła z przeludnionej piaskownicy jak Bartek sam bawi się samochodzikami przy huśtawkach. Był wolnym żołnierzem.
    Ona była w jednej z grup, które okupowały piaskownicę po prawej stronie podwórka, przynosiły plastikowymi kubeczkami wodę z kałuż i babrały się boso w fosie zamku stojącego na środku. Poligon wytyczały końce patykowatych flag, przy których pełniła funkcje straż.
    Nieco pośrodku, po lewej, rozbił się garnizon wroga. Ci upaprani na twarzach błotem i guanem wojownicy omawiali strategię kontrataku. Ich zaciekłość, była jeszcze większa na myśl o straconych dwóch walecznych żołnierzach. Przeszli na stronę wroga.

    Walka wręcz schodziła na dalszy plan, kiedy w grę wchodziły mechanizmy podprogowe. Niestrzeżeni żołnierze omamieni lepszym żołdem przechodzili na stronę wroga. W szczególnym niebezpieczeństwie znalazły się małe dziewczynki mające do zaoferowania znacznie więcej niźli nabuzowany testosteron. Chociażby to, że w towarzystwie sukienek chłopcy bardziej starali się i częściej myli…

    *

    Kiedyś z internetem wiązano nadzieję, że będzie to świat bez przemocy, uprzedzeń, rasizmu… Powstaną w nim grupy wspierające się wzajemnie, bez zgrzytów z zewnętrznego świata. Szybko rozpierzchła się ta mrzonka, głównie, dlatego, że do internetu wchodzimy z bagażem doświadczeń. Z uprzedzeniami do członków swojej piaskownicy, którzy, jak się nam zdawało, są podobni do nas i uprzedzeniami do tych z obcej piaskownicy, która się z nami nie zgadza, wyśmiewa nas, etc.

    Każda grupa broni swego terytorium, kiedy uzna, że jest zagrożona jej członkowie silniej egzekwują reguły wewnątrzgrupowe, przyklejają się do siebie, tworząc mur nie do pokonania. Grupa przeciwna obrzucana jest błotem zgodnie z przyjętymi stereotypami. Oni są źli, obłudni i chamscy, bo nie nasi. Grupy próbują wyrwać sobie, co zacieklejszych żołnierzy, podkopując ich lojalność i moralność. Ale jeśli pojawi się jakiś ważny cel wymagającej współpracy (np. konkurs, który ma wyłonić zwycięzców z trzeciej, czwartej grupy), napięcia zmniejszają się (w myśl zasady –lepszy swój wróg niż obcy). Na szczycie stoją przywódcy stanowczo wymagający przestrzegania regulaminu, piętnujący dezercję czy nieposłuszeństwo. Wbrew pozorom, z daleka można też dotkliwie kąsać.

    Ludzie mają skłonność identyfikowania się z grupą i faworyzowania jej członków, mimo przypadkowego i absurdalnego wyboru. Komuś może podobać się czyjś nick, sygnaturka, umiejętność pisania na temat. W rzeczywistości, jakie ma znaczenie, że jest budowlańcem z Belfastu, skoro tak dobrze zna się na samochodach? Najbardziej jest to widoczne na nieokreśloną treścią towarzyskich portalach. Gdy zostaniemy do kogoś przydzieleni, poleceni, wydaje się, że członkowie grupy są do nas podobni, co często jest blefem. Inne grupy stoją w opozycji.

    Skoro niełatwo zbadać status rozmówców jesteśmy skłonni myśleć o kimś, że jest podobny do nas. Tak jest w kontekście międzygrupowym, a w samej grupie? Jeśli żołnierz próbuje dostać się do przeciwnego obozu z powodu przewagi wroga, niekoniecznie jego przekonania pokrywają się z wizjami grupy. Podobnie jak ślepa identyfikacja z grupą, jego celem może być bezpieczeństwo lub chwała. Gotów poświecić inne cele. Ludzie różnie radzą sobie z dysonansem; z brakiem konsekwencji, miedzy przekonaniami a stanowiskiem, jakie obierają lub tymże stanowiskiem a zachowaniem. Jeśli nie są dość zaślepieni upojeniami przywódcy, chcą zmniejszyć dysonans. Często jednak wbrew własnym przekonaniom słuchają i wykonują, ich własne pragnienia zlały się z wizami ogółu (bądź boją wychylić z szeregu). Inni sprzeciwiają się, ich niezadowolenie manifestowane jest pozorną niezależnością, działaniem z boku, ale na rzecz grupy – pomocą, czy walką z ukrycia. Można powiedzieć, iż działają na dwa fronty – są niezależni, ale i związani z danym obozem. Tzw. wolni strzelcy są doskonałymi kopaczami, napastowana grupa nie bardzo wie czy skupiać swoje wysiłki na pojedynczym, wściekłym psie, czy na zbrojnej grupie. Osaczona jest z paru stron.
    Mniej jest takich członków, którzy odchodzą gdzieś i wcale nie musi być to inna grupa. Ci także są niebezpieczni, bo jako odszczepieńczy – liderzy mogą stworzyć inną, silną konkurencję. A jeśli nie, to lepiej – samotnika łatwiej namierzyć i zestrzelić.

    Wywody te i podobne można by snuć bardzo długo. Na jeden wpis wystarczy.

    Dlaczego zaczęłam od dzieci w piaskownicy? W relacjach miedzy dziećmi i ludźmi w necie istnieje wiele podobieństw. Pominąwszy nawet powyższe, tak u dzieci w piaskownicy, jak w necie sporadycznie zdarzają się rany fizyczne. Tu ktoś klepnie kogoś łopatką, rzuci piachem w twarz, albo zmiesza z błotem. Pozostaje jakaś niechęć, uraz i żal.

  • Przymrużone oczy Śr, 11 marca 2009 Komentarzy: 13


    abu ali oraby

    W pewnym mieście mieszał kamieniarz Ajio. Był pracowitym robotnikiem, spokojny i rzetelnym, ogólnie lubianym i szanowanym. Pewnego dnia Ajio zachorował. Była to choroba zwana garbem. Zebrało się aż czterech lekarzy, bo nie był to zwykły garb, a garb dziwoląg, garb kryptogenny (jest to pewna właściwość garbu, polegająca na tym, że lekarze nie wiedzą skąd się wziął). Lekarze chętnie oglądają niespotykane rzeczy, a takiej przypadłości nie widziano w miasteczku od 108 lat.

    Zaczęli radzić.

    Młody lekarz mówi: „Musimy coś zrobić, pomimo naszej bezsilności, bo uznają nas za nieuków”.

    Starszy na to: „Będziemy leczyć go, czym mamy”.

    Trzeci: „Ale jaki sens jest leczyć skoro nie na żadnych widoków na uzdrowienie?”

    Czwarty: „Główną zasadą sztuki lekarskiej jest leczenie, podobnież jak celem śpiewania jest śpiewać, grania – grać. Leczenie nie ma nic wspólnego z widokami na uzdrowienie.”

    Starszy wyrokuje: „Możemy wyleczyć chorego częściowo, np. włożyć garb w gips i zapobiec jego dalszemu rozrastaniu.”

    Trzeci woła: „Jeśli nie umiemy całkowicie wyleczyć Aijo, to nie powinniśmy w ogóle go leczyć!”

    Młody: „Całkiem nie można, ale można częściowo.”

    Lekarze obradowali w podobny sposób bardzo długo. A garb na plecach Aijo rósł w zastraszającym tempie. Z małego pęczka zaczął obrastać w dziwaczne odrośle, które po krótkim czasie upodobniły się do części ciała – nóg, rąk, głowy… Wkrótce z garbu zrobiła się pełna postać, taka sama jak prawdziwy Ajio; natychmiast też zaczęła mówić. Podobieństwo Ajio i sobowtóra było tylko fizyczne. Ten drugi krzyczał i irytował się, że musi iść do tyłu a chciał zawsze do przodu (w końcu był gabrem), nie chciał pracować, wszystkich obrażał i pomstował na Ajio. Zrazu zaczął deklarować, że jest tym prawdziwym człowiekiem, a tamten pasożytem.

    Zaskoczeni znajomi pytali garbu czy rzeczywiście jest tym prawdziwym Ajio, a on krzyczał na cały głos: „Oczywiście, że jestem prawdziwy! Czy wy oczu nie macie, znacie mnie przecież od lat?! A tamten to garb, który mi wyrósł!” Prawdziwy Ajio był człowiekiem skromnym i nieśmiałym, zagadnięty przez znajomych cicho westchnął: „Ja jestem Ajio”. Prawdziwy garb od razu wkraczał akcji: „Patrzcie go, garb chce być człowiekiem! Co za bezczelność! Utnijcie mi ten skórzany worek, bo sam uciszę tego potwora. Milcz, ty garbie parszywy!” Na każde nieśmiałe tłumaczenie Ajio, sobowtór wybuchł stekiem obelg, tyle razy klął i przysięgał, że ludzie uwierzyli, iż garb to prawdziwy człowiek. Nawet lekarze, przyjaciele i żona Ajio. Zrozpaczony człowiek zamilkł zupełnie.

    Niedługo lekarze wymyślili lekarstwo na garb. Po wielu doświadczeniach z innymi garbami postanowili podać proszki Ajio. Kiedy przyszli do niego z dobrymi wieściami natychmiast garb zaczął uskarżać się nad swoją dolą i krzyczeć, by go wyleczyli. Prawdziwy Ajio cicho płakał, tłumacząc, że on jest człowiekiem, a tamten chorobą. Jakoż, że garb był mocniejszy w gębie wynegocjował od lekarzy kilkudniową kurację, która miała usunąć chorobę na zawsze.

    Niemal od razu prawdziwy Ajio zaczął się zmniejszać, potem stał się zwykłym garbem na plecach garbu, aż znikł zupełnie. Sobowtór stanął wyprostowany, wolny od „ciemiężcy”. Wszyscy odetchnęli z ulgą, rozpierzchły się wątpliwości, bo skoro tamten znikł, był na pewno garbem. Ajio stał się sławnym człowiekiem, ale ludzie go nie lubili, ponieważ był złośliwy i szkodził, komu mógł.

    Ajio źle się jednak czuł ze swoją wygraną. Brnął dalej. Kiedy spotykał znajomych zadawał im dziwne pytania: „Kiedy pozbędziesz się swojego garbu? Teraz są takie doskonałe lekarstwa!” Ludzie odpowiadali, że nie są garbaci, a na to on: „Wszyscy są garbaci, tylko ja jeden – nie! Ludzie z głupoty nie chcą się leczyć!” Wszyscy zaczęli się bać, że są rzeczywiście garbaci i codziennie przeglądali się w lustrach.

    Niedługo Ajio zmienił taktykę, bo wmawianie ludziom, że są ślepi dość mozolnie szło. Oświadczył, że wszyscy są po prostu garbami, które wyrosły na plecach ich sobowtór, wiec samego garbu nie uda im się dostrzec w lustrze, widzi je tylko on, który przeszedł tą ciężką chorobę. „Ludzie, pozbywajcie się garbów za pomocą cudownych proszków!” – krzyczał, i zaraz do każdego– „Jesteś garbem, udajesz człowieka, a tak naprawdę zjadłeś człowieka i sam zostałeś, by mnie oszukiwać!”

    Zaczepiał tak coraz częściej i więcej ludzi. Wszystkich zaczęły nachodzić wątpliwości. Aż w końcu ludzie uwierzyli, że są garbami. Zrobiło im się bardzo przykro, że popełnili taką niesprawiedliwość. Zaczęli kupować proszki i masowo je łykać. Nawet ci, którzy niedawno byli garbaci i pozbyli się garbów dzięki medykamentom.

    Nikt z tych ludzi nie miał jednak garbu, wiec nie mógł go faktycznie stracić. Po pieszym okresie zażywania wszyscy z niepokojem stwierdzili, że coś im rośnie na plecach. Garby rosły i zmieniały się w różne części ciała. W końcu stały się kubek w kubek podobne do ludzi noszących je na plecach. Okazało się, że te same proszki, które likwidują garby chorym, powodują wyrastanie garbów u prostych. Ludzie za późno spostrzegli, o co chodzi. Na ich plecach wiły się wrzeczące o człowieczeństwo sobowtóry.

    Ajio był wniebowzięty, miał teraz sporo koleżków, z którymi uknuł kolejną intrygę. Garby krzyczały, pomstowały i szydziły bezlitośnie z ludzi aż w końcu oświadczyły, że maja dość. Zaczęły zażywać cudowne proszki. W ten sposób powstało miasto garbów, którym nie było ani jednego garbatego.

    Skrócona wersja bajki Garby Leszka Kołakowskiego.

    Zastanawiam się, jak te garby mogły wytrzymać ze sobą i swymi paskudnymi charakterami. Nie, one nie mogły mieszkać w jednym miejscu, na pewno zapragnęły wolności poza murami miasta.

  • Pętla Wt, 10 marca 2009 Komentarzy: 10

    Jacek Yerka

    Jacek Yerka Batyskaf

    Dałeś mi Boże papierowy świat

    Papierowe okna kredytowych kart

    Papierowy dotyk niestabilnych rąk

    Papierowy stół, łóżko, papierowy kąt

    Papierowe latawice w temblaku zwinięte

    Rwą serce w tekturowym pudle zamknięte

    Gonię gdzieś w papierowe dni

    Na bibułkowej drodze tylko szelest tkwi

    Ile on jest dzisiaj wart?

    Papierowy domek z kart..

  • Moje podwórko N, 8 marca 2009 Komentarzy: 35

    Chciałoby się zakląć siarczyście, by rozpuścić nieco zamarzniętej wody. O 18-tej padał jeszcze deszcz, to 21 było już parę centymetrów śniegu…

    … ładne kwiatki :) .

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

marzec 2009
P W Ś C P S N
« lutego   kwietnia »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u