Panika paraliżuje. Najczęściej zachodzi od tyłu, zakłada pętle na krtań i nie pozwala krzyczeć. Nie wiem czy to kwestia opanowania emocji, wrażliwości, lat. Jak we śnie, niemym kinie, nie wydaję żadnego dźwięku, myśli błądzą w przeciwstawnym do pożądanego kierunku.
Panika, kiedy dotykam gorącego żelazka, i zanim jeszcze poczuję ogień, myśl – odpadnie ręka. Panika, że złapią mnie, kiedy nad ranem snuję się po ulicach miasta w nadziei znalezienia właściwej ulicy. W upojeniu.
Przerażenie, kiedy wjeżdżam na wiadukt z napisem „objazd” – w prawo lub w lewo. Te 3 kilometry zamieniające się w najdłuższą trzydziestominutową barykadę przed egzaminem. Słyszę swoje nazwisko z drugiego końca korytarza, a potem pytania. Wolnej, nie wypowiadam, zwolnij, bo wjedziesz w dupę temu oplowi, a komisja bredzi coś o analizie i syntezie. Z rąk wypada puste opakowanie po tabletkach. Nie, panie profesorze, wpadam na trop zagnieżdżonej gdzieś logiki i składam w echolalię kolejne zgłoski. Zaprzeczyć komisji? Dlaczego nie mogę udowodnić, że myśli w popłochu rozpierzchły się po ulicy, a pytanie jest absurdalne?
Przerażenie w oczach dziecka w szczekającym ataku kaszlu. Mamo, karetka przyjedzie? Popłoch nie pozwala się ubrać, zabiera klucze, bierze drugie dziecko na ręce i w nocy brnie w poszukiwaniu taksówki. Nikt nie przyjedzie, jesteśmy tylko my i panika.
Tumult na schodach. Wciśnięte w kąt ciało próbuje przedrzeć się na dół. Tłum napiera na górę, z dala od duszącego dymu. Do nieba.
Albo panika na morzu. W ciepłych falach popołudniowego słońca. Za daleko od brzegu, by móc dostrzec jego skrawek. Jestem sama miedzy niebem w dole, a piekłem na górze, a słona woda barykaduje właz powiek. Myśli krążą nad jednym pytaniem: czego jeszcze nie zrobiłam? Zamiast poddawać sytuacje analizie przelatują minione obrazy i żal, że sił braknie, by przeciwstawiając się falom. Jest ciepło, tylko to trzyma jeszcze na powierzchni. I słona woda. Szczury lądowe nie wchodzą do wody… Próbuję uchwycić koniec liny koła ratunkowego. Przerażenie w końcu odbiera siły i dryfuję bezwładnie w modlitwie do rafy o szybszy przypływ. To już koniec.
I ten głupi rechot, kiedy nogi dotykają sztyletowatych kamieni. Wraca przytomność z przedchwilowego ataku destrukcji, tym razem z ostrożnością: nie połam nóg, szczurze!
Panika to mechanizm, który zawiązuje rozumowanie w ciasny kłębek instynktu. Panika może być cicha, bądź głośna, w środku lub na zewnątrz. Niekiedy pogrąża ratownika, osadza na trupie swoje trofeum. Dla zachowania pozorów, dla przeżycia.

