• Moje podwórko Śr, 28 stycznia 2009 Komentarzy: 10

    Konrad B.

    Konrad B.

    Panika paraliżuje. Najczęściej zachodzi od tyłu, zakłada pętle na krtań i nie pozwala krzyczeć. Nie wiem czy to kwestia opanowania emocji, wrażliwości, lat. Jak we śnie, niemym kinie, nie wydaję żadnego dźwięku, myśli błądzą w przeciwstawnym do pożądanego kierunku.

    Panika, kiedy dotykam gorącego żelazka, i zanim jeszcze poczuję ogień, myśl – odpadnie ręka. Panika, że złapią mnie, kiedy nad ranem snuję się po ulicach miasta w nadziei znalezienia właściwej ulicy. W upojeniu.

    Przerażenie, kiedy wjeżdżam na wiadukt z napisem „objazd” – w prawo lub w lewo. Te 3 kilometry zamieniające się w najdłuższą trzydziestominutową barykadę przed egzaminem. Słyszę swoje nazwisko z drugiego końca korytarza, a potem pytania. Wolnej, nie wypowiadam, zwolnij, bo wjedziesz w dupę temu oplowi, a komisja bredzi coś o analizie i syntezie. Z rąk wypada puste opakowanie po tabletkach. Nie, panie profesorze, wpadam na trop zagnieżdżonej gdzieś logiki i składam w echolalię kolejne zgłoski. Zaprzeczyć komisji? Dlaczego nie mogę udowodnić, że myśli w popłochu rozpierzchły się po ulicy, a pytanie jest absurdalne?

    Przerażenie w oczach dziecka w szczekającym ataku kaszlu. Mamo, karetka przyjedzie? Popłoch nie pozwala się ubrać, zabiera klucze, bierze drugie dziecko na ręce i w nocy brnie w poszukiwaniu taksówki. Nikt nie przyjedzie, jesteśmy tylko my i panika.

    Tumult na schodach. Wciśnięte w kąt ciało próbuje przedrzeć się na dół. Tłum napiera na górę, z dala od duszącego dymu. Do nieba.

    Albo panika na morzu. W ciepłych falach popołudniowego słońca. Za daleko od brzegu, by móc dostrzec jego skrawek. Jestem sama miedzy niebem w dole, a piekłem na górze, a słona woda barykaduje właz powiek. Myśli krążą nad jednym pytaniem: czego jeszcze nie zrobiłam? Zamiast poddawać sytuacje analizie przelatują minione obrazy i żal, że sił braknie, by przeciwstawiając się falom. Jest ciepło, tylko to trzyma jeszcze na powierzchni. I słona woda. Szczury lądowe nie wchodzą do wody… Próbuję uchwycić koniec liny koła ratunkowego. Przerażenie w końcu odbiera siły i dryfuję bezwładnie w modlitwie do rafy o szybszy przypływ. To już koniec.

    I ten głupi rechot, kiedy nogi dotykają sztyletowatych kamieni. Wraca przytomność z przedchwilowego ataku destrukcji, tym razem z ostrożnością: nie połam nóg, szczurze!

    Panika to mechanizm, który zawiązuje rozumowanie w ciasny kłębek instynktu. Panika może być cicha, bądź głośna, w środku lub na zewnątrz. Niekiedy pogrąża ratownika, osadza na trupie swoje trofeum. Dla zachowania pozorów, dla przeżycia.

  • Donkiszoteria Pn, 26 stycznia 2009 Komentarzy: 16



    Walka dobra ze złem jest powszechnie znanym chwytem w malarstwie, literaturze, filmie… Jest wytatuowana dość jasno. A kiedy nie wiadomo, kto jest dobry, a kto zły? Kiedy dylematem świata nie są te dwie przeciwstawne cechy? Właściwie, po obejrzeniu dwunastu odcinków serialu Carnivale wybór nie jest prosty, na tyle by nie mogło powstać kolejnych dwanaście. Akcja Carnivale zagnieżdżona jest w kryzysie lat 30 ub. wieku, w USA, gdzie fala recesji i bezrobocia splata się z kataklizmami i epidemiami. Z jednej strony przez serial przewija się seria huraganów historycznych, marsz fotografii w sepii i materiałów dokumentalnych, z drugiej – marzenia i magia. Cyrk na kółkach wędruje przez pustynię. Przez pryzmat nieudaczników, wykolejeńców, odmieńców, za pozorami blasku, przepychu kryje się gorzka prawda o życiu zagubionych ludzi. Carnivale nie pokazuje piękna, bohaterowie są autentyczni, bez makijażu, polepieni potem, kurzem starają się walczyć o resztki miłości, człowieczeństwa, dobra i zła z kratami tarota, które niejako scalają wszystkie odcinki. Są tam bliźniaczki syjamskie, kobieta tańcząca z wężami, połykacz ognia, rodzina striptizerów, widomy ślepiec, kobieta w śpiączce, która porozumiewając się z córką interpretuje mowę kart. Dodatkowo cała ekipa dziwaków i wybrańcy. Jest ich dwóch – zły i dobry. To oni mają pomóc widzowi ocenić, jakie dobro jest lepsze (przy założeniu, że do tego dążymy). Czy ksiądz mający objawienia, szykującą misję i przytułek, czy bezdomny więzień. Ten ostatni jakimś dziwnym trafem jest dzieckiem cyrkowego stada. I to jego wybory dezorientują widza. Kiedy stawia na zdrowie dziecka umiera cała plantacja, kiedy „leczy” złamanie – jezioro ryb. Gdy chce wskrzesić musi odebrać komuś życie. Życie za życie. Proste? Nie jest to jednak jasne, długo waha się, szuka ofiary, której do życia życie niepotrzebne. Musi wybrać, jak wtedy, gdy będąc dzieckiem ożywił martwego od trzech dni kota. Nie wiadomo, jakiego męczennika zażądał koci żywot… Pierwsze odcinki (oglądane hurtem) pochwyciły mnie niejednorodnością postaci i klimatem, jednoczesnym poczuciem bycia poza czasem, ale też wewnątrz niego. Każdy nakreślony epizod pozostawia resztki obrazów i wrażenie, że musi minąć trochę czasu, by je przyswoić. Film bez akcji, nasuwa wiele wątków, tych, które są opisane w całości i tych, których widz nigdy się nie dowie. Magia i prawda przeplatają się z prawdziwymi fotografiami i kartami tarota. A może kryją się tylko w jednym z wozów ukrytego kierownictwa cyrku?

  • Listy Pt, 23 stycznia 2009 Komentarzy: 9

    Zakończył się II etap konkursu na Blog Roku 2008. Dziesięć blogów z poszczególnych kategorii będzie teraz bić się o SMS-y swoich czytelników i znajomych, a kapituła jury wybierze najgłośniejszego, który chwyta za serce i umysł. Mam swoich faworytów, na których będę głosować i nie z sympatii do autorów, a do przeczytanych treści. Każdy z nich podchwycił mnie czymś innym i dziwię się, że można ująć to w tak wąskie kategorie konkursu. Trzeba się jednak gdzieś wpasować, by się przebić.

    Na tym etapie moje uczestnictwo w konkursie kończy się. Chciałam podziękować wszystkim, który na mnie głosowali. Tych, którzy mnie czytają i znają z literek, i tych realnych, którzy mnie dobrze znają, ale nie czytają ;) . Nie zebrałam wymaganej liczby głosów, może nie nastawałam zbytnio na telefony, może nie wzbudziłam „czegoś” w czytelnikach, może za mało się udzielałam w sieci, może… ale to nie jest ważne. Konkurs pokazał blogi, których dotąd nie znałam, a są rzeczywiście wartościowe, można w nich odszukać zapomniane cząstki, tematy do rozmów, wenę do dalszego pisania. Bardzo często zdarza mi się czytać kogoś, pod kim nigdy się nie podpiszę, nie skomentuję. Spośród myśli, które tłoczą się do głowy są takie, których się wstydzę, tematy, których u siebie nigdy nie poruszę, pomimo, że są ważne także dla innych. Najczęściej nie mieszczą się one w ramach mego bloga, są śmieszne, nie do pojęcia dla wielu ludzi, a pietą achillesową kogoś podobnego do mnie. Właściwe to banał, bo każdy ma tajemnice, do których sam boi się przyznać, coś, co go najbardziej gnębi, gdy zostaje sam. Ten konkurs pokazał mi blogi, a przez nie i inne blogi, które są nieocenionym źródłem informacji.

    Czy czytając zagorzale, identyfikując się z piszącym, a nie pozostawiając śladu nie ignoruje jego wysiłku? Nawet minimalnego, bo wiadomo, każdemu pisanie przychodzi z różną trudnością i ma inne podłoże. To można poddać dyskusji. Bo skoro piszący otwiera komentarze liczy na dialog, chce poznać inny punkt widzenia, pragnie wiedzieć czy jego myśli nie zbaczają z toru. A jednak większość przechodzących nie pozostawia echa. I to ich prawo, bo nie w każdej gazecie (mam przecież możliwość publikacji;)) zostawiam na marginesie swoje notatki, a większość treści zapominam, skoro nie wzbudziły oczekiwanych refleksji. Zabrać gazety niepodobna, bo jest wliczona w koszt publikacji. Jedynym wyjściem jest słowo pisane. I tylko tak mogę dowiedzieć się czy się zgadzacie ze mną, czy też nie :D .

    PS. Ostatnio wybuchła dość energiczna dyskusja na temat mieszczenia się w wybranej kategorii konkursu. Co jednak, gdy autor nie zawiera się w ramy jednej, albo żadnej? Pociąć się na kawałki? Miałam z tym problem, bo kategorie „literackie” nie ujmuje moich fanaberii. Jeśliby przyjąć definicje, że „literatura to wszystkie >sensowne twory słowne<, czyli dzieła artystyczne, tj. literatura piękna, oraz teksty użytkowe, tj. literatura stosowana, zachowane w formie pisanej lub w przekazie ustnym”, to, czym jest blog? Coś mu ujmuje jego treściom wg ww. wymienionej definicji pani profesor Stefani Skwarczyńskiej?
    Można jeszcze mówić o grafomanii – jest nim „patologiczny przymus pisania utworów literackich. Określenie o wydźwięku pejoratywnym (…) Jednak grafomania nie musi wiązać się z brakiem predyspozycji pisarskich, może wynikać z rozmijania się z percepcją sztuki i literatury właściwej dla danej epoki. Grafomania jest bardziej zauważalna u autorów, którzy łączą przymus pisania z dążeniem do upowszechniania swoich utworów, mimo negatywnej oceny ich poziomu artystycznego”. Tak wiec dyskusja jest bezcelowa, bo słowo „literatura”, to worek bez dna, grafomani mogą wyprzedzać swoją epokę, co dyskutantom nawet do głowy nie przyjdzie ;) . Ponadto konkurs jest realizowany w różnych celach, wątek literacki jest jednym z wielu.

  • Donkiszoteria Śr, 21 stycznia 2009 Komentarzy: 15



    Najpierw jest walka ze wstawianiem. Jedno oko, drugie, a to pierwsze z powrotem się zamyka. Pod prysznicem walka z mydłem. Potem balsam i rozterki – lawendowy czy cytrynowy. Największy problem jest z garderobą, walka z wagą, która chowa się pod wannę, bo nie chce dostać kopniaka, a potem pranie. Lepiej bluzkę w biało-czarne paski uprać z białymi czy ciemnymi? Proza. Codzienne lęki, głupie i banalne. Od tego się zaczyna zanim dziecko dorośnie, zanim wyjdę do pracy i spadnie na mnie tysiąc poważniejszych spraw. Czy walczyć, czy dać sobie spokój? Chyba lęk przed porażką jest największą mentalną barierą. Często daje sobie spokój w ogóle z działaniem. Negatywizm? Chyba zakorzeniony tym głębiej im więcej sobie liczę lat. Życie to ciągła walka. O wszystko, o miejsce w kolejce, racje w małżeństwie, bicie się z myślami, o kawałek wolnej przestrzeni w pewności, czy wykrzyczane słowa były prawdziwe. Walczę o poranne ciepło, bo komin się zapchał… Mam talent do wkręcania się życia na negatywną rolkę papieru. Skąd to się rodzi? Dorastamy z pewnymi przekonaniami, które wrastają w nas bardzo mocno. Jako dziecko nie oceniamy świadomie tego, co inni o nas mówią. I ja też przyjmowałam bezkrytycznie każdą łątkę, jaką do mnie przypięli. Pozwoliłam łatce stać się fundamentem, na którym buduję mój system wierzeń, przekonań na temat siebie. Nie, nie były to budujące przekonania.

    Trafiłam do jakaś kałuży cywilizacyjnej skąd wiele razy słyszałam, że do wielu rzeczy się nie nadaję. Trawi mnie ta filozofia do dziś. Prawdziwie zagrożenia pojawiają się późnej. Kiedy człowiek nie jest świadomy wpływu swego negatywizmu na innych, albo, kiedy nie decyduje świadomie, w co warto wierzyć, jakich wyborów dokonywać dla własnego dobra i osiągnięcia celów. Lęk przed niepowodzeniem. Zaniechanie jakiejkolwiek szansy na sukces z obawy o krach. Zaniechanie dania sobie szansy na popełnianie błędów. Chyba same porażki nie są problemem, chociaż zniechęcają, jeśli jest ich wiele. Jest to lęk. Ciężko niekiedy uwierzyć w swój rozwój, realizacje marzeń, kiedy tyle lepszych wokół siebie. A może ja tylko wyolbrzymiam nierealistyczne przeszkody? Weźmy np. konkurs na Blog Roku. Jest to rodzaj zabawy. Niektórzy traktują go bardzo poważnie, co ocenić można ilością zdobytych głosów. Oczywiście poważnie to znaczy działaniem realnym i wirtualnym, bo nie sądzę by wszyscy czytający (także przypadkowi) wysłali SMS-a, ale gdyby, to czy wystarczy ta liczba głosów?

    W sprawę zaangażowane są najczęściej osoby, które niewiele wiedzą o blogowaniu. Pozostaje ów lęk potencjalnego blogera czy ma wystarczającą liczbę znajomych, by ocenili jego zdolności piśmiennicze(!) W przeciwnym razie znowu poniesie porażkę i zadaje sobie pytanie: po co znowu narażać się na krytykę i ośmieszenie? Samo niepowodzenie jest stanem na tyle nieprzyjemnym, że niektórzy nie umieją go w inny sposób złagodzić, niż tylko rezygnując, gasząc iskrę, nie dając jej się nawet rozżarzyć. Unikanie porażek daje poczucie bezpieczeństwa. Zabawa w Blog Roku wnosi emocje do blogosfery, jest o czym pisać i co krytykować. Jest to zabawa, nie prestiżowy konkurs. Na tym etapie oceni nas głównie cud techniki, zdolność przerobowa i agitacja piszącego, a co z samą treścią? Ona często umiera przywalona krzyczącymi głośniej. Jest w necie wiele prestiżowych blogów, którym nawet nie śniło się startowanie w konkursie. Można powiedzieć – mają inne priorytety. Ale gdzieś istnieje lęk, czy jako poczytny, rzetelny bloger, przekazujący innym wartościowe informacje, będący podporą codzienności, przegrywając nie postawię się w gorszym świetle, powodując w ten sposób obniżenie swej wartości? Walka trwa nadal, nieważne czy jest zabawą, grą czy prawdziwym życiem. Rywalizacja to energią, która toczy każdą rzeczywistość…

  • Moje podwórko Pn, 19 stycznia 2009 Komentarzy: 16

    Obiecałam sobie, że wbrew innowacyjnemu sieciowemu pomysłowi nigdy nie zaloguję się na naszej klasie (pl.). Moją obietnicę szlag trafił, spotkałam starą szkolną przyjaźń (bynajmniej nie romantycznego chłopaka), wystraszyła mnie swoim łagodnym usposobieniem, poniekąd. Czy przez parę lat można się tak radykalnie zmienić?

    Karolinka zaprosiła mnie do restauracji, najlepszej w naszym rodzinnym mieście, i zaczęła snuć opowieść o życiu, rodzinie, studiach. Opowieść, bo do tej pory nie jestem pewna w ilu procentach bajka ta była prawdą, morał jednak udało mi się wyciągnąć. Karolinka była tuż przed obroną pracy magisterskiej, podekscytowana egzaminem zasypała mnie niuansami wykradania pytań komisji. Oczywiście śmiechem – żartem, bo przecież nie mogła mi powiedzieć wprost, że żadnej pracy nie napisała, a bronić mała jedynie pieniędzy, które na nią wydała. Zawsze była lawirantką, ale teraz, dziś wydała się łagodna, jak jej szare oczy, spokojna, bez nerwowych tików, które za czasów licealnych nawiedzały ją po kolejnej weekendowej imprezie. Była nadpobudliwa, wybuchała płaczem, to znów śmiechem, krzyczała bez powodu, potrafiła kłócić się z nauczycielem, dopóki nie został wezwany dyrektor, a Karolinka dyscyplinarnie wylatywała raz po raz ze szkoły. Trzy razy dostawała wilczy bilet, o dziwno w dwie strony – wracała zrehabilitowana, odmieniona po sanatorium w Egipcie.

    Miała oczy sarny, płochliwe i zaczepne, za nimi krył się piekielny ogień. Zmieniła się, teraz skromna, taktowna, nawet cicha, pytała o mnie, a przede wszystkim o starą klasę. Przypomniały jej się rozliczne wycieczki, z których wracaliśmy w pomniejszonym składzie. Tylko połowa uczniów z naszej klasy zdała maturę, i to akurat nie przez niedopuszczenie czy tępotę, a dostarczenie jej członków rozlicznym resocjalizacyjnym instytucjom. Ciężkie były te 4 lata – ambitni uczniowie, dostatni rodzice i prestiżowa szkoła. Wydawałoby się – mieszanka obiecującej przyszłości. Bomba z opóźnionym zapłonem. Po pierwszych latach harówki udało nam się w końcu wyjechać na dłuższą zagraniczną wycieczkę. Była nagrodą za wysoki ogólnokrajowy ranking szkół. Koleżanki i koledzy poczuwszy luz pokazali, co ich naprawdę boli. Elitarna trójka w skład, której wchodziła Karolinka, poprowadziła wyselekcjonowaną imprezę z wszelkimi atrakcjami. Odurzeni dobrami, które dostarczyli tubylcy nie mogliśmy zapanować nad zaprószonym ogniem. Karolinka dostała belką w głowę, upadała rozcinając sobie skórę na potylicy. Wyciągnęłam ją cudem z palącego się pokoju, na co potem usłyszałam splunięte na ziemię słowa: ty się nawet upić nie możesz! Obudziliśmy się w zakładzie zamkniętym… Pech chciał, ze cała odpowiedzialność spadła na okolicznych hotelowych lowelasów, którzy mocno silili się na subordynację. Karolinka poczuła zew…

    Wymieniłyśmy się adresami mailowymi. Potem Karolina wpadła na pomysł zalogowania się na naszej klasie. Trochę kosztowało ją wkręcenie mnie w założenie konta. Odnaleźliśmy starych znajomych. Wymielałyśmy fajne listy, zacierałyśmy dawne niesnaski, a mnie coraz bardziej ciekawił inny odcień tej samej dziewczyny. Jej otwarcie pozwoliło mi znów uwierzyć w odpowiedz na pytanie:, dlaczego? Dlaczego zamknęła mnie na całą noc w piwnicy jednego z przyzamkowych baraków. Urwany skobel nie był dobrą wymówką.

    Zgodnie z wielką celowością Karolinki, spotkaliśmy się w jednym z bieszczadzkich hoteli, w całkiem niezłym składzie. Byli prawie wszyscy, którym udało się dociągnąć nasz kasowy skład do końca. Nawet ten Tomek…

    Karolina była już wtedy inna, zachowywała się tak, jakby żyła w podwójnym świecie: patrzyła albo w dół, gdy była zażenowana i smutna, albo w górę, gdy chciała zakomunikować ważną dla siebie sprawę. Raz wyrażała się za pomocą westchnień pojękiwań, to znowu za pomocą pomyłek ogólników i teorii. Zamiast do ludzi mówiła raczej do siebie, a w momencie naszego zaprzeczenia machała rękoma i wypowiadała: to ja już nic nie wiem. Dotyczyło to sytuacji, kiedy doznawała rozczarowań z powodu rozpadu pseudoteorii, którymi była naszpikowana a nawet zrośnięta.

    Na imprezie cała śmietanka artystyczna urządziła show. Przedawkowali wszystko, czym mieli i wszyscy oprócz mnie. Zawsze umiałam się wyłamać, sprawność nie pozwalała mi na ekstrawagancje pijaka albo ćpuna. Doznałam déjà vu. Znów zaleźliśmy się w zakładzie, bo podobno na pogotowiu nie dało się nas „uratować”. Mnie wypuszczono od razu. Karolinka utknęła w łóżku związana pasami. W nocy próbowała przeciąć sobie żyły piórem, dźgając gdzie popadło. Chyba jedyną rzeczą, której nie zdołali jej zabrać w amoku. Sine wybroczyny na całych rękach, to desperacja, krańcowe wykończenie. Czego brakowało tej kobiecie do szczęścia?

    Nie mieści mi się z głowie, jak taka zdzira mogła zostać nauczycielką – Tomek przysiadł się na korytarzu.

    Zostałam, czekałam na jej matkę.

    Teraz składa mi się w całość to, czego nie rozumiałem – ciągnął. – Karolina miała obsesję na punkcje dzieci. Pochłaniała stosy książek pedagogicznych, potem studia z psychologii wychowawczej, ciągle szukała złotego środka jak wychować i rozwinąć idealne dziecko. Ale i to jej nie wystarczało. Chodziła do szpitali, domów dziecka, do dzieci niekochanych i opuszczonych, jako wolontariuszka. A teraz wiem dlaczego – by spotkać siebie. Sama się biczowała, i wiesz co robiła? Nagle, pod jakimkolwiek pretekstem przestawała się nimi opiekować. Uciekała w depresyjną podróż, rozpamiętywanie własnych krzywd i powodzeń. Ona ma cholerny uraz do matki. Już dawno powinni ją zamknąć.

    Nie mieściło mi się to w głowie! Wariatkowo i mi się udzieliło.

    A ona przeraźliwe krzyczała: nienawidzę tej idiotki, nie dzwońcie po nią!

    Ta elegancka kobieta rozmawiała z psychiatrą głośno, nieprzyjemnym tonem na korytarzu. Nie chciała wejść do gabinetu. Lekarz przeglądał pokaźny plik z historią choroby Karoliny.

    Depresja jest powodowana stłumioną agresji wobec pani – doleciało do mnie. Karolina życzy pani śmierci. Ale przeraźliwie się boi, czuje sprzeciw moralny. Silna kontrola przemienia to życzenie w nakaz samobójczy. W karcie aż roi się od wizyt w szpitalu. Córka była cały czas na lekach? Tak… w szpitalu zawsze ktoś się Karoliną zajmował, pani także musiała.

    Nie będzie pan mi tu robił wykładów. Powtarzanie różnorakich wyroków lekarzy nic nie da. Zabieram córkę!

    Nie, proszę pani! Bo to pani jest niewydolna wychowawczo, a Karolina już dorosła. I cierpi, bo była odrzucona w dzieciństwie. Przykro, że nikt tego nie powiedział głośnio. Ona nigdy nie poczuła się w obecności rodziców jak dziecko. Wycieczkami po szpitalach próbowała wmusić reakcje rodzicielskie, jedyna jej ucieczka – w chorobę. Próbowała odzyskać swoją tożsamość przez identyfikacje z chorobą. Ale widzę, że pani nie rozumie tego komunikatu, a Karolina zamienia to w agresję i regresję. Studiowała… chciała zapytać naukę, dlaczego matka nie odnosiła się do niej stosownie do wieku, nie jak do córki… Nauka jej nie powie, jaka była prawda.

    Ten barak, klatka bez klamek, pokazał mi jedną, małą wyprawę Karoliny do Egiptu.

  • Donkiszoteria Cz, 15 stycznia 2009 Komentarzy: 19

    Wiele razy życie zmuszało mnie do racjonalności, odpowiedzialności, ograniczenia swoich potrzeb na rzecz lepszego, zdaniem użyteczności, wykorzystania okazji. Do czego? W ten sposób, niestety, ograniczałam – siebie. Kiedyś poszłam po głos mało rozsądny i zaczęłam pisać bloga. Wcześniej nie miałam zbyt dobrego zdania o blogwaniu. Blogi, jak i ich autorzy nie były wiarygodne, inaczej z książkami, czy konkretnymi ludźmi. Blogowicze to płynna masa, komentujący – przypadkowi podglądacze, bezwstydnie spluwający, bądź cieszący się z niezobowiązujących powiązań. Teraz mam zupełnie inne pojęcie o tej sferze ludzkiej działalności.

    Daliśmy sobie tu nowy dom, nową tożsamość, ale budowaną nie przez każdego indywidualnie, a przez uczestnictwo w różnych wspólnotach emocjonalnych. Dała mi ona więcej i zupełnie, co innego niż bym się spodziewała. Na początku, nawet w trakcie, pojawia się pytanie – o czym pisać, na ile się odkryć, w jakiej formie, co zawrzeć, by kogoś zainteresować. Chyba nie da się pogodzić anonimowości z blogowaniem, nawet, gdy pisane będą tylko opowiadania, recenzje, przemycę siebie. Sprzedam to w prostych zdaniach. Pisanie w różnych osobach, różnymi stylami dezorientuje czytelnika. Nie wiadomo, z kim ma do czynienia, czy z fikcją czy prawdopodobieństwem, z emocjami czy prześmiewczością. I tu pojawia się prosty kruczek emocjonalny– ludzie chętniej czytają domniemaną prawdę, coś, co znają z ulicy, niż pięknie wymuskane zdania z nudnej książki. Najlepiej sprzedają się emocje, opisy nawet najnudniejszego życia, najlepiej w formie żartu. Smutków nikt nie lubi. Czy nie zdarzyło wam się nigdy nasłuchiwać sąsiada zza ściany, albo zaglądać w oświetlone okno czyjegoś domu? Tu jest podobnie – nawet lepiej – wiele otwartych drzwi prosi się o ustosunkowanie przechodnia do prawdy bądź wyobrażeń. Jeśli jest się autentycznym, wiarygodnym przez dłuższy czas, ludzie odwzajemniają się podobnym. Istnieje jeszcze grupa rebeliantów, którzy wnoszą powiew świeżości do ugrzecznionego światka. A co tak będziemy wiecznie sobie słodzić?! Oni też grają na podstawowych ludzkich emocjach, manipuluj swoją przeciwstawnością, burzą sztywne reguły. Do rozpoznawalności przyczynia się kontrowersyjność lub autentyczność, dowcip, fachowość, pomoc. Te dwie pierwsze opcje są najlepiej notowane.

    Nie umiem się sprzedać, nawet same słowo ohydnie mi się kojarzy, jako przykra konieczność szarej rzeczywistości. Sprzedaję się codziennie tam, tu robię nieco inaczej.

    Kiedyś chciałam kupić rolki. Nie był to chwilowy kaprys, a zakup pewny (choć warunki drogowe kiepskie). Ale zobaczyłam buty, które przydałyby mi się o wiele bardziej. Wybrałam buty. Skojarzyło mi się to z konkursowymi kulkami – kołami od rolek. Czy jeżdżenie na kółkach zarezerwowane jest tylko dla nastolatek? Każdy chce mieć tu frajdę na kółkach, ja też! Wzięłam udział w konkursie na Blog Roku 2008. Wygrana nieosiągalna, ale przy odpowiednim sprężeniu, uda się uciułać 3 kulki do moich rolek (głosy z komórek sygnowane są odpowiednio rzeczonymi).

    Blog jest alternatywą dla rzeczywiści, rządzi się innymi zasadami. Jest swoistą grą, jej uczestnik sięga swobodnie po różne sztuczki, by go zauważono, bo może. Pełni też rolę rynku, gdzie mapy kulturowe autora są zestawiane i porównywalne z mapami innych piszących. Bawi mnie sama gra. Sztucznie wytworzony świat jest często brutalny dla tych, którzy swoją samoocenę przekładają na wirtualne sukcesy i porażki. Blogwanie, jak i konkurs traktuję jako świetna zabawę. Jako środek do pokazania co jest dla mnie ważne, co wywiera na mnie wpływ. Niektórym wystarczy kameralny zaułek, inni szlifują opanowane reguł blogerskiej wspólnoty. Z wielkiego arsenału blogerskiej ekspresji wygra ten, który najlepiej posiadł umiejętność grania w bloga.

    Więc grajmy!

  • Niepamiętnik Wt, 13 stycznia 2009 Komentarzy: 16

     

    Zeszłam do piwnicy. Chciałam znaleźć książki do historii z podstawówki. Jeszcze ten ośmioletniej. Historyczka mówiła, że podręczniki z tamtych czasów były dość dobrze opracowane (głównie historia powszechna). Może nauczę się jeszcze czegoś, przy okazji? Przebiłam się przez blaszany kocioł, zardzewiałe rowerowe szczątki, drewniane pozostałości paneli, ale z książkami, wśród kilogramów makulatury znalazł się tylko kłopot. Miast druku wszędzie walały się ręczne zapiski – pamiętniki, wypracowania, zeszyty do niestandardowych przedmiotów (te zakładane nas mus znikły z powodu nudziarstwa) i oczywiście ściągawki. W werwie poszukiwacza zrobiłam taki bajzel, że nie mogłam wrócić do drzwi.

    No i po co to wszystko kolekcjonujesz? Dla historii, dla potomnych swojej młodzieńczej niedojrzałej osobowości?

    Jedynie śmiech dał mi siłę bym wygrzebała się spod góry śmieci. W czarny worek zaczęłam pakować przeszłość. Nie ma co do niej wracać, rozpamiętywać, wstydzić się jeszcze raz niedouczenia, kompromitacji i zapisanych gdzieś na skrawku zeszytu wierszy, opowiadań. Wszystko do kosza! Jak chcesz coś jeszcze napisać do weź się za to porządnie, a nie jak neptek z półprzymkniętymi zmysłami!

    Znalazłam się w tym momencie, w którym zegar zatrzymuje się, a w rzeczywistości rwie za dwoje. Małe broszurki utkwiły mi w dłoniach, wzbraniając się przed workiem. Drukowane na zielonym papierze, z bezgraficzną okładką – zatrzymały kawał czasu. To było nasze pisma, drukowane w prymitywnej drukarni, przepisywane na szybko, z masą literówek. Niedouczone dzieciaki bawiły się w dorosłych. Myśleliśmy że uda nam się scementować nasz mały mieszczański światek, zaczynając od małych form literackich, zrzeszających młodych, obiecujących, związanych ze środowiskiem artystycznym. Historia i tym razem wystawiła rachunek godny swojej wielkości. Rozproszyła nas po świecie, jak trójwymiarowe puzzle pasujące do konturów innej układanki. Tłum ludzi – świetnie śpiewających i grających, wierszokleci, ci, piszący artykuły i opowiadania, które umiały wbić czytelnika we własne myśli i Jakub kontestujący penetrator (doczytałam na końcu książeczki)i urodzony polemista (oj, miał wielu wrogów). I reszta outsiderów, których nie potrafię bliżej określać. Tu natknęłam się na własne bazgroły.

    Słowo „donkiszoteria”. Jak to człowiek nieświadomie teraz pisze o czymś, co kiedyś celebrował, kiedy jeszcze był „inny”, „tamten”. Widniał w odręcznym rysunku i podpisie: Chudy rycerz na swoje rasowej chabecie, z obliczem tak smętnym, że aż komicznym, wdający się w najbardziej nieprawdopodobne awantury. Maniak, który stracił poczucie rzeczywistości. „Donkiszoteria to niekiedy pogardliwe epitety, jakimi ci, co nigdy nie odczuwali potrzeby „walki z wiatrakami”, sen życia widząc w jak najlepszym urządzeniu się – obdarzają tych, którzy kiedy trzeba mierzyć siły wg zamiarów, a nie zamiary wg sił, służą idei, choć wydaje się, że jej realizacja nie jest możliwa – tu i teraz”. Może tak było – kiedyś. Z ludźmi zaangażowanymi, aktywnymi, walczącymi o ważkie i słuszne sprawy, lecz nie ulizanych, a „kanciastych”, i w związku z tym niebezpiecznych, dla tych wszystkich, który chcą mieć pod różnymi postaciami i w różnych formach.

    Odgrzebałam kawałek osobistej historii. Czy ona musi tak bałaganić w życiu? Trzeba w końcu posprzątać. Jestem dopiero w połowie….

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

styczeń 2009
P W Ś C P S N
« grudnia   lutego »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u