• Moje podwórko Pn, 21 grudnia 2009 Komentarzy: 33

    Dziś nie mam słów
    Ale ręce żywe
    Do ćwiczenia
    Zawijam rękawy
    I drę koty z podłogi
    Buduję igły na wianki
    Nadaję różom kształty
    Gotuję ozdobny makaron
    Nie do jedzenia
    Do niemyślenia
    I do szczęścia
    We wazonie
    I pod choinką
    Na białej kartce zdań

  • Niepamiętnik Cz, 17 grudnia 2009 Komentarzy: 20
    fot. deviantart

    fot. deviantart

    Wczoraj spadł pierwszy śnieg tej zimy. Leniwo pokrył park, ławkę, na której na niego czekała, zakrył bród i śmieci dookoła. Zimno i biel wygoniły z domów dzieci, a ich wysoki czysty śmiech zapowiadał święta. Dla dzieci wszystko jest proste, wierzą w to, co opowiadają im inni. W Świętego Mikołaja, Wróżkę Zębuszkę, nadprzyrodzone zdolności rodziców. W dziecięcym świecie wszystko to kłamstwa. A w świecie dorosłych? Gdy mężczyzna stoi przed ołtarzem i przed pełnym Kościołem obiecuje kobiecie u swojego boku szacunek i miłość do końca swych dni, świadkowie wiedzą, że prawdopodobnie kłamie.

    - Jutro Wigilia, a ty jeszcze w Warszawie? Wciąż czekasz? – stała przed nią starsza kobieta.

    - Nie czekam i nie wracam do tego co było. Mówił, że kocha ją i mnie. Uwielbia przeszłość, jaka łączy ich rodzinę, przede wszystkim dzieci. Ale kocha też mnie. Ze mną czuje się silny, potrzebny. Przy żonie tego nie czuje.

    Kobieta zaśmiała się, pochylając się do jej twarzy.

    - Wszystko to kłamstwa. Znam temat z innej perspektywy. Więcej niż raz byłam kochanką. I wszystkim mężczyznom, bez wyjątku, wydawało się, że mnie kochają. A wiesz co tak naprawdę kochali? Nie mnie. Swobodę bycia ze mną. Utraconą młodość, beztroskę spotkań, brak odpowiedzialności za dzieci, żonę, kredyty. Kiedy spotykali się ze mną stawali się na moment wolni, zamknięci w idealnej bańce własnego egoizmu.

    A tamta miała łzy w oczach.

    – Chciałbym, abyś to przemyślała. Jeśli on odejdzie od żony zwiąże się z tobą, jak myślisz, jak dugo będzie wam tak cudownie? Może pojawią się dzieci, nowy dom, coraz więcej rachunków do spłacenia. A on znów będzie uciekał do czasów, kiedy świat był mniej skomplikowany i gdy jeszcze tak wiele nie stracił.

    - Przestań! Nigdy nie będzie tak jak mówisz. Nie spotkam się więcej z nim.

    - Dlaczego? Przecież go kochasz.

    - Nie mam szans z nią. Kochanka często przegrywa na starcie. Może jest młodsza, ładniejsza, energiczniejsza, ale co ich łączy? Głownie seks, bo nie mogą beztrosko nigdzie wyjechać, pójść na przyjecie ich wspólnych przyjaciół… On ciągle się boi i okłamuje ją, że odejdzie od żony. A ona trwa, jak posąg z nadzieją, że jeden łyk jego wody doda jej życia. Bo on jest samotny, nie ma, kto go pocieszyć. Żona się nim nie interesuje. Kochanka ma czas wysłuchać i przytulić, bez nerwowej krzątaniny przy garach. Ale miałam gest!

    - Wielki – zaśmiała się kobieta. – Czasem romans to dobra rzecz, ale nie dla nas. Oczyszcza atmosferę, zmusza dwoje ludzi do przewartościowania swojego życia i zastanowienia się, co zrobili nie tak. Zdarza się, że małżeństwa nie tylko przetrwają romanse, ale i stają się silniejsze.
    - Przecież nie można kochać dwóch kobiet na raz!

    - Pytanie – czym dla niego jest miłość? I, o ironio, on musi wybrać. Teraz, już, musisz od niego tego żądać. Czy to nie trwa za długo?

    Kto wie jakby czuła się pięć, dziesięć lat temu? Jednak, kiedy człowiek robi się starszy zaczyna rozumieć pewne oczywiste prawdy. Miłość jest jedyną rzeczą, o którą warto walczyć.

    - Nie siedź tu, przeziębisz się…

  • Nocne rozmowy Cz, 10 grudnia 2009 Komentarzy: 14

    fot. własna Barceloneta

    fot. własna, Barceloneta

    Ile trzeba budować zaufanie, żeby swobodnie rozmawiać?

    Zaufanie może mieć różne rozmiary. Jest dużo zależności… czy to będzie facet czy babka, czy lekarz czy kolega z uczelni, jaki będzie miał rys twarzy, czy nie zdradzi się z niechcianymi zamiarami… A wzajemność? Podejrzewam, że jest jedną z podstaw, o ile opierana jest na szczerości. O wiele prościej zacząć rozmowę, kiedy mamy wspólny temat a potem, kiedy rozmówca odwzajemni i dołoży garść doświadczeń czy swoje wyobrażenia. Zaufanie rodzi się po paru spotkaniach. Powstaje jakaś forma kontaktu, oznaczająca istnienie zrozumienia, harmonii i jedności. Oczywiście zrozumienie nigdy nie będzie całkowite, ale można oczekiwać, że będzie poprawiało się w miarę rozwoju relacji i polepszania kontaktu. Gdy porozumienie jest głębsze rozmówca nie może dotknąć czy urazić. Jeśli powie coś, co może być odebrane, jako obraźliwe, polemista obróci to w żart albo nie potraktuje tego poważnie. Jeśli kontakt jest dobry powstaje nić zaufania i lubienia się, ale tylko wtedy, gdy druga strona jest zaangażowana we wzajemną rozmowę i ma pozytywne oczekiwania. Przyjaciel. Nieważne, czy to facet czy babka. Ważne, że zainteresował się mną jak człowiekiem, dawał wsparcie i cierpliwie słuchał. Na początku mówił on, ja słuchałam, nie mogąc wydobyć słowa. Nie umiałam wyrażać głośno swojego wewnętrznego świata, o uczuciach nawet nie wspomnę.

    Umiałam rozmawiać tylko sama ze sobą. Dialog ze światem ograniczał się jedynie do konkretów, oczywistych faktów i niezbędnych ogólników. Nigdy nie byłam kimś, kto mieli ozorem dla samego dźwięku słowa albo żeby nie czuć się samotnym. Jedni włączają telewizor, by wypełnić pomieszczenie, drudzy gadają bezgłośnie do własnych myśli. Bardziej odpowiadało mi to drugie. To on uświadomił mi, że nie umiem być sama ze sobą. Granica między rozmową ze sobą, a byciem ze sobą polega na umiejętności bicia się z niechcianymi sprawami. Nie dopuszczając trudności, nie konfrontując się bezpośrednio z czymś, co mi nie na rękę uciekałam, zagłaskując problem. Ale on był, rósł w siłę głęboko zepchnięty do podświadomości. Teraz uczę się wygrzebywać brudy i robię pranie. To boli, ale o wiele mniej niż, gdybym dawała mu się rozhasać i przejmować kontrolę. Ból jest oznaką choroby, ale uczucia nie bolą, a jednak większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, że to one wywołują choroby fizyczne. Są objawy, robi się badania i nic, wszystkie narządy wewnętrzne są zdrowe, a ból pozostaje, jakby był bólem istnienia. Albo wręcz odwrotne – potrafimy wewnętrznymi myślami wywołać chorobę, np. raka. Każdy nosi nowotwór w sobie i wiele zależy od nas – czy i kiedy się uaktywni. Przyjaciel łagodzi ból, nie musi nic mówić, wystarczy, że jest i słucha. Czasem rzuci drobne pytanie, trafne spostrzeżenie i staje się lekarstwem na większość moje bolączki.

  • Donkiszoteria Pn, 7 grudnia 2009 Komentarzy: 10
    fot. Neven S

    fot. Neven S

    Przemierzając wirtualny świat natykam się bez przerwy na jego wytwory, na e-produkty. Nie dziwi fakt istnienia e-książek, e-banków, e-sklepów, e-wróżek i terapeutów, itp., w końcu schodzimy do e-świata i musi on sygnować się własną marką ;) . Potknęłam się też na e-papierosy. Pierwsze moje skojarzenie – podłączymy się papierosem do portu USB komputera i będziemy wdychać e-inhalatory. Niewiele się myliłam, ale gnana za e-produktami zaczęłam szukać substytutu alkoholu. Bo skoro papierosy, to, dlaczego nie trunki? Przydałby się kabelek z dobrym winkiem. Nie znalazłam nic podobnego, żadnego zastępczego wlewu, który zamknąłby świat w chwilowym szczęściu. Realnie nie ma problemu, gdy czujemy się źle, szczęście nas opuszcza, uciekamy w pijaństwo, papierosy, przemoc, prochy, bóle głowy. Nie ma problemu. Nie, bo teraz jest przynajmniej dwa problemy. Paradoksalnie, zabijamy siebie, chcąc żyć jak najdłużej i najszczęśliwiej.
    To tylko małe niepowodzenia, niewyjaśnione sprawy albo smutne dzieciństwo, jutro odłożymy papierochy, odmówimy w pracy „jednego”, dla podwyższenia temperatury (nie grzeją, a zima). Kiedy człowiek zorientuje się, że nie może przestać, a chwilowe szczęście (a właściwie – zapomnienie o realiach) staje się nieszczęściem zdrowotno-finansowo-towarzyskim, trudno rzucić sztuczne dopalacze. Nie wierzę, żeby komuś udało się to z dnia na dzień albo nie wróci po dłuższej abstynencji do nałogu. Sama wychowywałam się w domu, w którym od początku kopciły dwie lokomotywy. Nie wiem, kiedy postanowiłam, że papieroch będzie jednym z moich wrogów nr 1. W każdym razie wytrwałam, aż do dnia, kiedy moja koleżanka zapalała się papierochami z powodu chłopaka. Pomogłam jej wypalić, żeby nic już jej nie zostawało. Zostało jedynie jezioro, ale nie chciała nie topić…

    Nałogi są jedną z ucieczek, którą się salwujemy. Jako droga łatwiejszego odwrotu powstają m.in. portale psychologiczne z poradami online. Czy to jest złe? Zagraża szczęściu? Nie, pomaga, a nawet jest źródłem promocji i dochodów rzeczonych. Produkty i usługi powstają po to, by mieć wybór.

    I jako alternatywa dla papierosów wypuszczono na rynek gumy, plastry nikotynowe i właśnie e-papierosy. Wszystkie te produkty zawierają nikotynę, ale w znacznie mniejszych ilościach niż zwykłe papierosy. E-papierosy, chociaż doskonale imitują prawdziwego papierosa i można go „normalnie” palić z dymkiem, mogą wcale nie zawierać nikotyny. Wszystko zależy od wkładu. Czytam dalej, że ich legalizacja jest pod znakiem zapytania, dlatego, że zawierają nikotynę. W tym momencie ogarnia mnie wielkie zdziwienie, bo skoro rząd nie chce truć (powiedzmy sobie prawdę) mniej świadomych obywateli to, dlaczego nie zakaże sprzedaży alkoholu, tytoniu i innych dopalaczy? Coś mi tu śmierdzi zakulisowymi machlojkami pewnych grup nacisku (przemysłu tytoniowego, alkoholowego, farmaceutycznego…), z których rząd czerpie duże dochody. Dochód z uśmiercania człowieka, obietnicą chwilowego szczęścia. A tyle się mówi o ochronie… czego? Myślałam, że zdrowia, ale chodzi tylko o interes.

  • Listy Wt, 1 grudnia 2009 Komentarzy: 17

    fot. TrixyPixie

    fot. TrixyPixie


    Zbyt długo siedziałam za zamkniętym oknem przyglądając się w oczach kochanych osób. Zbyt intensywnie żyłam życiem obcych. Niedługo otworzę lufcik…

    Całowałeś się kiedyś przez szybę? To całe moje życie – nie czuć. Zaciskać mocno zęby, gdy boli, poddawać się, kiedy nie wychodzi, zamykać oczy, gdy nie mogę powiedzieć „nie”.

    Widzisz te krople deszczu po drugiej stronie? Grzmocą w szybę, nie mogąc dostać się do środka. Tylko niektóre liżą delikatnie szybę. Jakby mogły, wyrwałyby wielką dziurę i zalały ciało. A tak, niezaspokojone, spływają w dół nierównymi drogami. Łączą się tworząc zgrupowania małych rynienek, by na końcu wpaść do wspólnego potoku podokiennego parapetu. Myślałeś kiedyś skąd ta siła? Nie wszystkie są jak burza z piorunami, część potrzebuje delikatnego dotyku, inne spadają gradobiciem i zabijają namiętnością okno. Siedzę za szybą i obserwuję walkę o dominację. Która szybciej, która większa, która mocniejsza i sprytniejsza. Powalczą chwilę, aż scalą się w jeden potok wypluty rynną. Zazdroszczę im, bo chociaż siedzę w bezpiecznej odległości, nie martwię się smrodem ziemi, która mnie wchłonie, nie poczuję nic. Ani chwili uniesienia, ani namiętności zimnej szyby. To ciężki rodzaj egzystencji, rodzaj tortury – widzieć i nie móc poczuć.

    Nie powiem też nic. Nic, co mogłoby kogoś urazić i przekonać do obrania innej drogi, nic, co poruszy serce na tyle, by zacząć płakać prawdziwymi łzami. Życie bez okazywania uczuć zabija je całkowicie. To strach przed reakcją, bluźnierstwem, brudem zaszybowego świata. Trwoga przed prośbą ciała, twojego i mojego. W końcu – za niewiedzą. Zostaje tylko ta, wyuczona z mądrych książek, teoria akademicka niemająca nic wspólnego z praktyką, albo sucha anatomia ludzkiego ciała. Nieporównywalnie ciężej uczyć się uczuć z książek aniżeli od prawdziwego człowieka. Łatwiej, jako dziecko, kiedy automaty nie zostały jeszcze zbojkotowane przesz stereotypy. Ale dzieckiem już nie jestem. Za późno na naukę? Zapewniasz, że nie, ja mam nadzieję, że nie…

    Dziś otworzyłam mały lufcik. Nie pada. Poczekam na deszcz, spróbuję poczuć.

  • Moje podwórko So, 28 listopada 2009 Komentarzy: 18

    fot. własna

    fot. własna


    Wstaję, w domu jest ciepło, na dworze świeci słońce. Zdziwiona przygotowuję śniadanie i pędzę do łazienki. Nie mam czasu – wypycham maluchy do szkoły, a sama z aparatem wypuszczam się na łowy ciekawych kadrów. Na zewnątrz jest dużo światła, w mieście aż się roi od przedziwnych scen. Chociażby ludzie przemycający swoje cienie, ci biegną szybko na przeciw leniwym pomrokom uczniów i studentom, utrudniając tym pierwszy rytm pogoni. Ich różnobarwne stroje i komiczne twarze zderzają się z taflą światła niekompletnie otworzonych soczewek oczu.

    Na ławkach siedzą już emeryci i renciści, którym udało się przejść wszystkie trybiki łańcucha pokarmowego. Jak tam na górze? – pytam cicho. Oni odmachują – lepiej tu nie wchodź, dziecinko, zostań na dole i panuj nad fizjologią… Uśmiecham się i pstrykam tę ich radość.

    Chcesz poznać miasto – idź na targ, a najlepiej próbując jedną z regionalnych potraw. Znam go na wylot, ale dziś zakładam okulary obcego i robię coś lekkomyślnego. Przemieszczam się w kierunku starych babek, które wianuszkiem okupują bramę z napisem: „Całkowity zakaz handlu”. Po ile jajka? – pytam. Po 50 gr. – odpowiada niepytana kumoszka. Ja mam świeższe – rzuca zawistnie druga chustka. Przyznaj się, brałaś znów z fermy od Jadźki, niestemplowane! – zaczyna się wrzawa. No i komu mam pstryknąć fotkę, tym wczorajszym czy dzisiejszym? Kobitkom? Oko obiektywu jest wrażliwe, ale nie na smaki. Czekam jeszcze chwilę, licząc na rzucanie jajkami, a to byłoby już coś! Pomarańczowe żółtka urozmaicające szarość chodnika…

    Widzę babcię sprzedającą drób. Jedyny żywy czerwony grzebień zaplątany o prawą łapę pieje na cały targ. Gdy podchodzę chce mnie dziobnąć. Inna kobieta odskakuje w ostatnim momencie, krzycząc: Zgroza, kaganiec takiemu, a nie do cywilizacji z pazurami! On pilnuje, żeby pani nic nie ukradła – odzywa się ponuro babcina.

    A ja bym poprosiła kurkę, nie kogutka – krzyczę, bo kogut podfruwa na wysokość oczu gotowy do obrony swojego haremu. Odległość i trzepotanie skrzydeł nie sprzyja handlowi. Babcia zdejmuje chodaka i ogłusza ptaka. Kurak ogłasza swoją kapitulację nieprzytomnym chrapnięciem. Chce pani tego łapcia? – pyta babina. Broń Boże! – wzdrygam się. A paniusia kurkę chciała, proszę! – podaje, a ja powstrzymuje się od pytania – jak ona rozróżnia płcie drobiu? Kura, nie całkiem ogolona wpada do siatki. Przydałby się jej peeling, z tymi piórami w kuprze zdjęcie będzie nieestetycznie– mruczę. Pani – babcia cudem słyszy moje niezadowolenie – bo teraz na wsi denaturatu brakuje. A jak chłop jest, to użyna łby. A w czasie krwawicy, co to ciała bez łbów po podwórku latają w agonii, musi sobie golnąć dla kurażu. Niedługo, to ja będę łby ucinać. Oj, niedługo, mój już sinieje od denaturatu. A na razie, pani kochana, trza paluszkami wyrywać, o tak – tu prezentuje, jak gładko wychodzi z kupra piórko – bo na opalanie nie ma opału.
    A kura będzie gotowała się przez pół dnia, ale za to, jakie OKA będzie miał rosół! Ale na wszelki i święty wypadek wpadam do mięsnego z misją zakupu schabowych. Na wszelki, jakbym niedokładnie obrała kurkę, a jakiś podniebienny esteta wyczuł brak denaturatu.
    - Pani chce z kością, czy bzz? – pyta za ladą kobieta w nylonowym fartuchu, a ja kręcę głową na „bzz” i jej palec na czerwonym kolcu kości. – Chwileczkę… – dodaje i urywa.
    Pani w białym kiltu umyślnie skrywa w drugiej dłoni plasterek czarnego salcesonu. Szybko wkłada go do ust, oczywiście zadowolona, że nie widzę, bo podobnież wybieram wędlinę. Po czym odwraca się tyłem i kroi kolejny krążek wchłaniając go niczym wąż. Mało co nie dławi się gabarytami salcesonu.

    Zaraz potem dostaje schabowe i wymykam się do kasy zanim pani zapyta: Może świeżutkiego salcesoniku? – zadowolona, że kotlety jednak się smaży. Tu temat na fotkę odpada, bo pani wzburzona moją szczerością, musiałaby wezwać ochronę. Jest jeszcze sanepid, ale nie wart on ani czasu, ani tematu.

    Wracam do domu. Obieram ziemniaki, rozłupuję kotlety i wkładam w panier. Nastawiam rosół, ale najpierw czeka mnie ręczne upijanie kury. Wyskubana i czysta ląduje w gorącej wodzie. Mam chwilkę, by przyjrzeć się uchwyconym kadrom. Coś jakby ten ranek niedoszlifowany, zwłaszcza fotograficznie. Tu poruszenie i cień, tu ucięcie łba, a emeryt ma zbyt widoczną pooperacyjną bliznę. Mam nadzieję, że chociaż dramatyzm mięsnego głodu będzie dobrym ujęciem. Naturalnie, pani z salcesonem ma szary fartuch!

  • Pętla Wt, 24 listopada 2009 Komentarzy: 21
    fot. własna Performer

    fot. własna Performer

    Nastawiam wskazówki na czas

    Odpowiedni na każdą minutę

    Słucham monotonnego TIK

    Echo plastiku szepce TAK

    Moje zegary nie mają trybików

    Strzałki ciągną baterie

    Tykają, na szczęście

    Z czasem nastaje cisza

    Serce przestaje bić TIK

    I na chwilkę jest nie TAK

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u