Kiedy ona pozwoli mi odejść, uśmiechnę się spokojnie. Zawieszę niewielki tobołek na ramieniu i pójdę, nie chcąc wracać do wspaniałych wspomnień. Jeszcze jedną nogą będę w jej ciepłym pokoju, a już wprowadzi się nowy gość. On rozłoży się na rozklekotanym szezlongu, jak pies pilnować będzie jej snu… Ona jutro wyjmie stare zdjęcie ze srebrnych ramek i zamieni na świeże – jego; pozbędzie się tych wszystkich rzeczy, które przypominają jej starego chłopaka. Niedużo tego, ale zawadza stara pocztówka, poduszka z rozbrajającym pyszczkiem kota. Najbardziej szkoda będzie fioletowego ziela przymocowanego do gitary. Tak zgrabnie komponuje się z układanymi wspólnie słowami i nutami. I tej muszelki na dnie ciężkiej butelki z piaskiem, która miała przynieść szczęście. Nie mnie – jej. I zostawionych przypadkiem rad, złości i łez. Nie wyrzuci ich od razu, zalegają niewidocznie półki, wiec odkurzy je przypadkiem, kiedy on zapragnie prawdy. Wtedy strzepnie wspomnienia i śmiejąc się zapomni. Będzie znów jak niezapisana kartka papieru, czkająca na delikatny dotyk stalówki z czerwonym atramentem.
Pamiętam jak mnie przygarnęła. Wiedziałem od początku, że wyrzuci, kiedy nie będę już potrzebny. Wszystkie tak robią. Nie, nie zabronię jej wspominać mnie dobrze. Niech wspomina, ale ja już nie będę miał wpływu na jej decyzje, nie moje gusta kształtować będą jej bibliotekę, nie moje ucho proponować muzykę, ani obraz… I nie moje łzy będą gładziły po policzkach. Ona też, jak wiele przed nią, mówiła, że tylko ja potrafię płakać z kobietą. To bardzo ważne, powtarzała. Wyleczę się ze śpiesznych złudzeń, nie wyszedłszy nawet za próg jej domu.
