Archiwum z: » grudzień, 2008 «

Zapach chleba


Kiedy byłam mała często siadałam przy oknie w kuchni. Kuchenny stół był świętym przybytkiem, przy nim rozgrywały się ważne narady rodzinne, przewinęło się przez zeń masa książek i zeszytów, nosił tajemnicę dań świątecznych… Za oknem rozciągał się szary widok. Chodnik, parking, połać trawy, ulica i komin. Komin piekarni, z czerwonej cegły. Liczyłam samochody przejeżdżające ulicą. Kiedyś nie było ich za wiele. Obserwowałam buchający, szary dym z wysokiego komina. Nie interesowało mnie co emitował w codziennym tumanie, wystarczyło, że daje chleb całemu miasteczku. Długi ogonek kolejki przy kominie zapowiadał święta. Obserwowałam, jak powolutku przesuwa się, nie zmieniając długości, jak zasilają go kolejne rzesze potrzebujących. Nie słyszałam nigdy, aby komuś w święta zabrakło chleba. Pomimo nie najbogatszego regionu kupowano go nieco więcej niż potrzebowano. Na święta. W dni powszednie było różnie. Nieraz pukano do drzwi naszego domu z prośbą o pare kromek, o wsparcie.

Chleba się nie oddaje – mówiła mama. – Powinnyśmy się nim dzielić bezinteresownie, bez zwrotów.

Minęło trochę lat i inaczej zrozumiałam jej słowa.. Miasto rozbudowało lotnisko, przy tym samo się rozrosło i nabrało finansowej mocy. Niedługo też przycięli sporo komin z czerwonej cegły. Podobno przeszkadzał samolotom w lądowaniu. Powstały nowe piekarnie, sklepy, miejsca pracy, kluby nocne. Wszystko to, co skupia ludzi w jednym miejscu. Chleb stał się bardzo powszechną rzeczą, nikt już do nikogo nie przychodził, aby go pożyczyć, czy prosić o datek. Po co? Liczne piekarnie były otwarte do późna. Pracy również nie brakowało. Ludzie zaczęli coraz częściej kupować rzeczy zbędne. I dużo więcej chleba niż mogli zjeść poza świętami. Potem kładli je koło śmietników, wierząc, że czynią dobry uczynek bezdomnym psom. A bezpańskie pieski gardziły chlebem, mogąc wykopać z czarnych worów frykasy zamożnych stołów. Jedyne ptaki z piskiem i trzepotem skrzydeł podfruwały i wydziobywały zeschłe okruchy. W taki sposób pozbywano się wyrzutów sumienia.

Od kastracji komina, od radykalnych zmian w miasteczku, zmieniało się powoli życie. Na inne. Coś zgrzytnęło w starym zegarze miasta i wymienili go na nowoczesny. Trudno powiedzieć, co takiego się uległo zmianie, pamięć bywa złudna a myśli przecinają bezradne powietrze. Radość? Była radość, ale nie tak wielka, skoro wszystkiego mieliśmy pod dostatkiem. Szacunek? Nie znikł, lecz często przyjmował postać lekkiej ironii.

Dziś znów siedzę przy oknie. Nie wdać ogonka przy kominie. Jakaś przewrotna cisza rządzi światem. Czuć jedyne zapachy zaczarowanych potraw. Bach zagrał dopiero połowę kantat a tu słowa wpół urwane.

Już czas…

Już myślałam, że to koniec. Ale przecież znów stół zastawiony, choinka mieni się światełkami i ktoś puka do drzwi.

Na stole bochen chleba, pachnącym dymem ze znajomego komina.

Czy można mieć miłość?


stremel

Czy można mieć miłość? Gdyby miało to być możliwe, wówczas miłość powinna być substancją, rzeczą, którą można mieć, posiadać, którą można owładnąć. Prawda jest jednak taka, że nie istnieje rzecz zwana “miłością”. “Miłość” ogólnie rozumiana jest abstrakcją, rodzajem bogini, z którą kłopot polega na tym, że nikt jej jeszcze nigdy nie widział. W rzeczywistości istnieje tylko akt kochania. Miłość jest twórczą aktywnością. Zakłada troskę, wiedzę, reagowanie, afirmację i radość – nakierowane na osobę, drzewo, obraz, ideę. Kochać oznacza powoływać do życia, powiększać jej lub jego życiową aktywność. Jest to proces samoodnawiający się i samonapędzający.

- Erich Fromm

Ile miłości można kupić za garść złotych monet?

Na chwilkę, zatracić się w kłamstwie, że ktoś czeka do późna z gorącą herbatą.

Wygląda ze światłem nocnej lampki.

Napali w piecu byś nie musiał marznąć pod kołdrą.

Poda ciepły termofor zimnym stopom i opowie niekiepski kawał.

Ile trzeba monet, aby zobaczyć fałsz.

Widzieć w oczach nieznajomego najgłębsze uznanie, świadomość twoich pragnień i potrzeb.

Na chwilkę móc to wykorzystać i odwzajemnić, bezinteresownie.

Perpetuum mobile wciąż krąży miedzy dawcami a biorcami. Na kogo wypadnie?

Gdyby istniały złota miłości, nie skomlelibyśmy dziś u JEJ wrót.

Cienie naszych myśli

Pamiętasz jak Achmatowa pytała, co ma po sobie zostawić? Cień? A po co cień tobie?

Mnie? Cienie nie są dla żyjących.

Ale widziałaś go dzisiaj. Jak myłaś okna, w szybie okiennej! Cień twój, szare odbicie całkiem zgrabne. Przyglądałaś się mu długo, z niedowierzaniem, że można komuś ukraść cień, chwilkę, obraz kwiatu, kadr z mignięcia aparatu.

Szyba ma tę przewagę, że nie oddaje pełni kolorów, tworzy rys ogólny. Wydawałam się sobie ładniejsza. Lubię swoje narcystyczne spojrzenie i zamgloną prawdę. A raczej czyste kłamstwo o zmęczeniu, zmarszczkach i nerwach. Szyba kokietuje uroczo.

Nazwij to po imieniu – kradniesz! Chwile przyjemności w samouwielbieniu i część życia paprotki, którą utrwaliłaś na obrazie. Zamknęłaś ją w ramach, podpisałaś swoim nazwiskiem. To kłamstwo! Mam namacalny dowód!

Jak według ciebie miałam podpisać? Paprotka? Wszystkie gatunki paproci są już dawno namalowane bądź sfotografowane, zatytułowane i zautoryzowane. Nic nie da się więcej. Tak jak nic nie rodzi się z próżni. Większość podstaw wymyślono już dawno, wszelkie teorie są tylko powieleniem przeszłych, tylko nieliczni nadają im nieznaczny poler i chwilową świeżość.

Dorosły człowiek umie wyselekcjonować dla siebie treści, na które go stać, które rozumie, reszta jest zbędnym dodatkiem. Musi jednak poruszać się miedzy zapisanymi myślami wielkich, mądrych a nawet błaznów. Nikt nas nie kształcił w przedmiocie „do towarzystwa”, wbijając tysiące cytatów, kilometry książek wraz z ich autorami. Czy ktoś robi to dziś dla przyjemności, czy jak te panie w wielkich krynolinach, by złapać męża, żonę, zalśnić w towarzystwie?

Masz do mnie pretensję, że powieliłam nerecznicę? Podobnie mogłabym mieć pretensję do rodziców o powielenie siebie samych, co ciągnęłoby się wstecz do zarania dziejów. Jakim prawem? Prawem niebanalnego spojrzenia na myśli, słowa a nawet kody innych? Idąc dalej, ktoś mi to prawo jednak dał obdarzając umysłem i wolą a nawet chęcią myślenia. Odbierzcie mi wzrok i dłonie a nie skopiuje żadnej materii, i zdolność abstrakcyjnego myślenia a nie pomyślę o geometrii mojej twarzy w szybie okiennej.

Nasz świat jest tylko popłuczynami innego świata. Nie ukryjesz, że jesteś czyjąś kopią. Podpisując się imieniem i nazwiskiem nie zapominaj, kto wmyślił pismo, kto papier… Nie wiesz? Dlaczego więc używasz nie pomyślawszy, chociaż, że nie twoje?! Nie zasłaniaj się cieniem własnych myśli, je także ktoś już pomyślał.

Suknia


Fot. temporary peace

Zakłada nową sukienkę
Zdobne myśli w biel weselną
Z szarości chleba powszedniego
Czerwienią zachodu nieba
Nadzieją na błękitną pogodę

Zakłada suknię odświętną
Jak zbroję
Emocje to wyborny materiał
Gatunek z mgieł
Cerowanych po stokroć dziur
Dłonią czasu i milczeniem srebra

Zakłada prostą sukienkę
Dotyka niezmiernie cicho
Ciała z zieleni szumiących symboli
Rozplata tkankę słów
I dzierga werset z pocałunków

Kategoria: Pętla  Tagi:  8 Komentarzy
Ukryte szczegóły

Co za uderzające podobieństwo – psa do kota, bajki do życia, człowieka do lalki. Kto jest pierwowzorem – przysłowiowe jajko czy kura?

Coraz mniej zadziwia, ale odpowiadając na pytania powstają nowe.
Nie dziwi nawet silne pokrewieństwo naszego uroczego drobiu i tyranozaura. Genetyka udowodniła podobieństwo na podstawie analizy kolagenu. Watro pamiętać patrząc na kurki, że ich geny powsały na podwalinach Tyrannosaurus rex.

Naocznie przedstawia się to tak:

Czy nie powinniśmy rozszerzyć miłości i współczucia dla zwierząt skoro tak bardzo przypominają świętobliwe osobowości?

Kurzy móżdżek nie jest taki mały…

Uderzające zaniechanie higieny… (może jakiś ptaszek zatroszczy się o pozostały inwentarz?)

Wąs – mors wypłowiały na słońcu…

Lew lwu nierówny, ale “ciężko” ryczy tchórzem podszyty ;) .

Oddał mu swoje włosy?

Urocze misiaczki.

Widać wyraźnie, że matka Froda zapatrzyła się na Rubensa.

Kto zagrał Harrego?

Komu Oscara?

Miano


GMBAkash

Kiedy rodził się mój pradziad, albo dziad najczęściej dawano mu na imię Stanisław, po dziadku. Wnuczka otrzymywała imię Maria. Reszcie dziatwy przydzielano odpowiednio imiona z kalendarza. Czas jednak odłożył na boczny tor powody dziedziczenia imion, dziś o wyborze decyduje brzmienie i moda dyktowana przez TV. Słysząc na ulicy imiona można przyporządkować je do odpowiedniej serialowej epoki. Jednak kierowanie się sympatiami ulubionych bohaterów bywa niebezpiecznie, bo za kilka lat imię, ulegając przedawnieniu, stanie się śmieszne lub dziwaczne. Na szczęście urodziłam się przez emisją telenoweli „Niewolnica Isaura”, moi rodzice nie znali imienia pięknej mulatki. W przeciwnym razie kto wie jakim dziedzictwem byłabym obarczona, podobnie jak żyjące w Polsce około 38 Izaur i 29 Isaur.

Z czasem ludzie zaczęli zastanawiać się nad znaczeniem imion. Dzisiaj rodzice wybierając „dziedzictwo” dla potomka, przerzucają słowniki z ukrytą wymową i siłą imienia, aby nadać dziecku pożądane cechy charakteru. Czy to nie podobnie jak z książkową, delikatną Julią, czy lalkowatym Kevinem albo reżyserskim Dustinem? Czy to nie blask imienia ma dodać znaczenia osobie?

Niestety, to dziecko po paru latach odczuwa dyskomfort wybitnego imienia. Jego siła powoduje, że dzieci są wyśmiewane, a unikając ludzi cierpią podwójnie. Sławę imienia dodatkowo może podnieść nazwisko. Kiedy nazwisko jest dość znaczące (!), obco brzmiące imię dziecka staje się koszmarnym logopedycznym zbitkiem wyrazów.

Ostatnio można zauważyć tendencję do nadawania dzieciom imion anglosaskich, np. Beniamin Vincent, Patryk (czyżby to z powodów emigracyjnych w tamtejsze rejony?). Jednak Urząd Stanu Cywilnego stanowczo odmawia rejestracji Belzebuba i Nikol (i) oraz nowatorskich – Spacji, Aplikacji i Tendencji. Ciekawe, dlaczego?

Dziś dostałam oficjalne pismo ze starannie wpisanymi moimi danymi. Pisemko, jakich wiele innych, gdzieś archiwizowane, zdaje się – ważne. W zasadzie nic szczególnego, gdyby nie fakt, że jakby imię i nazwisko nie moje (adres się zgadza!). Logicznie „ze słuchu” w moim imieniu i nazwisku można popełnić po dwa błędy (i to nie ortograficzne), w tym ostatnim są aż 4 litery. Fonacja jeszcze nigdy mnie nie zawiodła, podobnież jak natrętne ucho urzędnicze.

Etykietka czy błąd związany z imieniem jest często ciężkim codziennym chlebem. Jeśli łączy się z ciężkim nazwiskiem – traci się tożsamość.

Czy byliście grzeczni?


Jeśli zapytać dziecka przed wizytą Mikołaja, to na pewno przytaknie, zapewni, że było grzeczniejsze niż w zeszłym roku ;) . Pamiętacie, kiedy przestaliście wierzyć w świętego? I przez kogo to się stało?

Sięgając głęboko w kieszonki pamięci, przypominam sobie, że moja wiara została zachwiana przez nieporadność rodziców. Moje przenikliwe pytania, szperanie i przypadkowe odkrywanie zabawek zwiodło na manowce, jak nie mamę, to tatę. Jak dostaje się Mikołaj do domu? Przez kominek, dziurką od klucza, szybem wentylacyjnym? I jak wyjaśnić jego czasową rozerwalność. Ola, Krysia, Rysiek przechwali się, kto otrzymał prezent pierwszy. Pamiętam sytuację, kiedy obudził mnie szmer w noc Mikołajową. Po lekkim otrzeźwieniu przypomniałam sobie o prezencie i zobaczyłam paczkę z wyśnioną zawartością. Rano paczka okazała się nie tą, co w nocy; wpadłam w histerię. Od tamtego czasu nie wierzę. I przed dłuższy czas byłam w konsternacji. Kto przynosi prezenty i jakim cudem nie myli adresów!

W końcu protoplaści, nie chcąc by brutalna prawda dopadła mnie, np. na podwórku, przyznali się. Mikołaj to klaun, który za swoją profesję otrzymuje sowite wynagrodzenie, a prezenty kupują dorośli. Brutalna rzeczywistość usadziła mnie w przekonaniu, że prezenty należy kupować sobie samej. Istnieje wielkie prawdopodobieństwo, iż nie pomylę adresów.

A Wy byliście grzeczni?

PS. Przyznaję się – nie byłam, ale na rózgę zasłużyłam!