
Kiedy byłam mała często siadałam przy oknie w kuchni. Kuchenny stół był świętym przybytkiem, przy nim rozgrywały się ważne narady rodzinne, przewinęło się przez zeń masa książek i zeszytów, nosił tajemnicę dań świątecznych… Za oknem rozciągał się szary widok. Chodnik, parking, połać trawy, ulica i komin. Komin piekarni, z czerwonej cegły. Liczyłam samochody przejeżdżające ulicą. Kiedyś nie było ich za wiele. Obserwowałam buchający, szary dym z wysokiego komina. Nie interesowało mnie co emitował w codziennym tumanie, wystarczyło, że daje chleb całemu miasteczku. Długi ogonek kolejki przy kominie zapowiadał święta. Obserwowałam, jak powolutku przesuwa się, nie zmieniając długości, jak zasilają go kolejne rzesze potrzebujących. Nie słyszałam nigdy, aby komuś w święta zabrakło chleba. Pomimo nie najbogatszego regionu kupowano go nieco więcej niż potrzebowano. Na święta. W dni powszednie było różnie. Nieraz pukano do drzwi naszego domu z prośbą o pare kromek, o wsparcie.
Chleba się nie oddaje – mówiła mama. – Powinnyśmy się nim dzielić bezinteresownie, bez zwrotów.
Minęło trochę lat i inaczej zrozumiałam jej słowa.. Miasto rozbudowało lotnisko, przy tym samo się rozrosło i nabrało finansowej mocy. Niedługo też przycięli sporo komin z czerwonej cegły. Podobno przeszkadzał samolotom w lądowaniu. Powstały nowe piekarnie, sklepy, miejsca pracy, kluby nocne. Wszystko to, co skupia ludzi w jednym miejscu. Chleb stał się bardzo powszechną rzeczą, nikt już do nikogo nie przychodził, aby go pożyczyć, czy prosić o datek. Po co? Liczne piekarnie były otwarte do późna. Pracy również nie brakowało. Ludzie zaczęli coraz częściej kupować rzeczy zbędne. I dużo więcej chleba niż mogli zjeść poza świętami. Potem kładli je koło śmietników, wierząc, że czynią dobry uczynek bezdomnym psom. A bezpańskie pieski gardziły chlebem, mogąc wykopać z czarnych worów frykasy zamożnych stołów. Jedyne ptaki z piskiem i trzepotem skrzydeł podfruwały i wydziobywały zeschłe okruchy. W taki sposób pozbywano się wyrzutów sumienia.
Od kastracji komina, od radykalnych zmian w miasteczku, zmieniało się powoli życie. Na inne. Coś zgrzytnęło w starym zegarze miasta i wymienili go na nowoczesny. Trudno powiedzieć, co takiego się uległo zmianie, pamięć bywa złudna a myśli przecinają bezradne powietrze. Radość? Była radość, ale nie tak wielka, skoro wszystkiego mieliśmy pod dostatkiem. Szacunek? Nie znikł, lecz często przyjmował postać lekkiej ironii.
Dziś znów siedzę przy oknie. Nie wdać ogonka przy kominie. Jakaś przewrotna cisza rządzi światem. Czuć jedyne zapachy zaczarowanych potraw. Bach zagrał dopiero połowę kantat a tu słowa wpół urwane.
Już czas…
Już myślałam, że to koniec. Ale przecież znów stół zastawiony, choinka mieni się światełkami i ktoś puka do drzwi.
Na stole bochen chleba, pachnącym dymem ze znajomego komina.





















Zapisali…