Kiedy robi się już całkiem cicho a zmęczenie nie daje zasnąć, z najdziwniejszych kątów wychodzą one. Myśli. Tłoczą się w prowizorycznej kolejce, która pierwsza ma dojść do głosu i wskazać niepewne drogi. Są jak zwierzęta umiejące z wiatru odczytać trop, a i pod wiatr to im nie obce. Zwierzęta, potrafiące formować ideały i dążyć do nich, ale są one nieco inne niż cele, które osiąga się za pomocą instynktu zwierzęcego. Paradoksalnie, cel nigdy nie jest dostępny, ani nie da się go w pełni sformułować. To nie nagroda, którą można wygrać. Z chwilą, kiedy wygrana zostaje zdobyta, czy nakreślony plan wykonany, tracą one charakter celu. Stają się celem poznawczym. A ten najważniejszy – egzystencjalny, stale się oddala; można go od czasu do czasu osiągnąć częściowo, nigdy zupełnie. Zadowolenie z sukcesu jest znikome i nietrwałe w porównaniu z nieustannym pragnieniem czegoś więcej.
Myśli wędrują po krzyżówkach życia. Nie tułają się a wędrują. Bo wędrowiec tym zasadniczo różni się od tułacza, że ma pewność, w jakim kierunku podąża, tamten nie ma. Co jest u kresu? To pewność, co do kierunku stanowi jądro, którą jest nadzieja. Mam nadzieję.
Kiedyś pewien wiersz nasunął mi podobne myśli:
Życie boli. Usłyszałam będąc dzieckiem i nie wierzyłam. Szczęśliwe dzieciństwo splamione beztroską zobaczyło nagiego człowieka, który leży w rowie, rynsztoku życia i pyta wyciągając ręce: Przygarniesz mnie do siebie?
Pies z przetrąconą noga, skomlący na przetartej linie, zbyt słaby, aby przerwać ostatnią nić powrozu łączącą go z drzewem nazywanym istnieniem. Nie był stary, ten wędrowny Prometeusz turlający brzemię życia, oddając mi smycz krzyczał: Bierz, wyprowadź mnie na drogę, pragnę słońca!
Jego ciężar przytłoczył mnie, wielki, czarny widok, przesadnego tchnienia odurzał potęgą człowieka. Nie mogę – powiedziałam – nie uniosę.
Szukałem – jęknął modlitwą wieczorną – w zmysłowej egzystencji, zaspakajałem tylko potrzeby zewnętrzne, miast stawać się sobą. Kochałem nadaremnie Pandorę, niemal siostrę, co kufer nieostrożnie uchyliła i zgryzotą większą nas zespoliła. Potem, w świadomym przeskoku podchodziłem do siebie krytyczniej i dobrowolnie przyjmowałem drogowskaz dobra i zła. Teraz zwierzam się Bogom.I paradoksalnie odnajduję siebie tylko wtedy, gdy uznaję swoją od nich zależność.
Poluzowałam mu powróz. Połamałam część gałęzi nad jego głową. Opadły liście, odsłaniając południowy nieboskłon. Tam musisz iść, do ognia, tam do nadziei w modlitwach zaklętych – wyszeptałam. Ciągnąc zardzewiały łańcuch obróciłam się na rozstajach dróg. Człowiek wstał, zarzucił na ramiona brzemię i wbijając się w ziemię, ruszył na swoją codzienną wędrówkę pod górę. Pękł powróz, drzewo zatrzęsło się zdziwione, pogubiło liście, jesienią widocznie.
Kamieniste drogi, połamane gałęzie, ciemność w lesie, ciszę… przerwał zaskakujący rozbłysk. To Prometeusz doszedł do otchłani, góry, z której świtem zepchną go Bogowie.
Podał mi pochodnię.
Na linii pobladłego horyzontu czaiła się ona, wabiąca każdego wędrowca, na dnie każdego kufra – nadzieja.


Komentarzy: 16 do wpisu "Wieczny wędrowiec"
Smutne unikaw wszystkiego co smutne i obce
Weekendu milego
Przepraszam alfalet problem
Smutne – unikam wszystkiego co smutne i obce
Smutne? Dla mnie realne, normalne, nie smutne. Czy człowiek przez całe życie nie szuka i nie błądzi? Pozdrawiam
Czasem dobrze być troszkę tułaczem, troszkę wędrowcem. Tułacz nie mając jasno wytyczonego celu poznaje więcej dróg, więcej możliwości…Wędrowcowi czasem cel nakłada klapki na oczy.
Tułacz to włóczykij, który zaczepia ludzi pytając o swój własny cel. Może to przymusowa emigracja albo tułaczka za chlebem, wyprawa do Mekki, po poznanie i wiedzę? Świadomie czy nieświadomie pielgrzymujemy, Kasiu. Dokąd, nie wiem.
Zaczepiając ludzi poznaje ich. A poznając ich poznaje siebie. To tylko semantyczne spory. Wędrowiec, tułacz…każdy ma jakąś drogę do przebycia. Dobrze jest, gdy cel jasny i droga prosta. Dobrze jest, gdy szukamy.
Byle nie stać w miejscu. “Gdy stoisz w miejscu to się cofasz”;)Serdeczności, mała;)
Chyba lepiej byc odnalezionym,wiecej trwale
Kasiu
Nie pisałam, że totalna samotność, bez przygodnych “grajków” prowadzi do celu. Dla mnie po prostu tułacz do bezdomny, nie mający celu. A człowiek musi mieć cel, by widzieć sens, jeśli go osiągnie wspina się na kolejną górę. Faktem jest, że niektórzy odnajdują szczęście i spoczywają zaspokoiwszy marzenia. Częściej krążą bez końca, szukając ukrytego znaczenia w stronach przeznaczenia.
Ryszardzie, ktoś tam nas zawsze odnajdzie, trwale, albo i nie. Ale pomyśleć ile jest ludzi, którym możemy być przyporządkowani, a którzy nam… Krzyżówki są zagadką tej drogi
.
Samotność może i prowadzi do celu. Zależy jaki cel ktoś sobie obrał. Czasem łatwiej w tłumie. A czasem wręcz przeciwnie. Tu dochodzi do głosu dwoistość natury człowieka.Niby istota społeczna a potrzebuje oddechu w samotności. Masz rację z tymi zaspokojonymi. Są tez tacy , którzy przyjemność upatrują w w “gonieniu króliczka”;)
Przekazując diedzictwo można oddac i pochodnię…Dziedzictwo ducha odradza się na nowo wraz z podmuchem wiatru, wraz z pragnieniem i bólem, …i tęsknotą…szumem dyskutujacej natury…
Są rzeczy i istoty, których nic i nikt nie zastąpi, pomrą bezpotomnie. Poki pamięc trwa, rodzi się nadzieja, jak płomień z iskry, którą wiatr syci.
Piszę już 3-ci raz. Jakieś bydle mi komentarz, prawie cały, zjadło.
Pewnie ten pies, o którym nic nie napisałem!
Kadaarka, masz zwyczaj zagłębiania się w symbolikę, trudną, zawiłą, niejasną. Potem chichrasz się z naszych domysłów i zagubienia w doszukiwaniu się Twoich schowanych myśli.
))
Ograniczę się do wędrowca i tułacza, zostawiając w rowie (ale odwiązanego) psa i człowieka szukającego światła, chyba że on tym tułaczem co zbłądził. A Prometeusz? A wolność i jasność w zamian za uległość Bogom? Ech, Kadaarka…
Mam przed sobą algorytm. Z wszyskimi “if – then” czyli polami wyboru, opcjami zapisanymi z wagą i znaczeniem wyborów, wszak, oprócz prostych czynności – weź, zjedz, wyśpij się, pomyśl, idź, nie robimy nic ważnego, a tylko wybory, które nas przerażają, martwią, których się boimy.
Zaraz do tego jeszcze wrócę. Na razie refleksja:
niewielu jest takich, którzy są w stanie przejść przez życie od początku do końca, bez wątpliwości, mając ten jeden jedyny cel przed sobą i dążąc do niego. Piszesz, że to jest nadzieja. Czyżby?
Nadzieja jest jak prąd. Nadzieja jest jak paliwo. Ona niesie, pcha przez życie. Tak samo owego tułacza jak i wędrowca.
Wracam do algorytmu życia. Jest? A może nie ma? Sami go nie zaczynamy przecież. A ma on te swoje pułapki-wybory “jeżeli to, to to, albo to, albo tamto”. Komputer zaoferuje Ci możliwość wybrania innej drogi. Życie nie. Jeżeli będziesz miała szczęście i nadzieja poprowadzi Cię dalej dojdziesz do następnego pola wyboru. I módl się, żeby Twój wybór był dobry. Nie trafisz i wkrótce znajdziesz się w polu z napisem END.
Komputer pozwoli Ci się cofnąć. Może do ostatniego wyboru, może do poprzedniego, może do początku algorytmu. Zależeć będzie to od programisty, który algorytm napisał. W życiu Ten, kto Twój algorytm napisał, nie cofnie czasu. Nie pozwoli Ci na zmianę dokonanego wyboru.
Każdy wybór jest więc ryzykiem, nie zawsze odwoływalnym, najczęściej nie i wtedy zostajemy z bliznami. Albo wpadamy do rowu. I oglądamy okrutny napis END!
Wiesz Kadarka jaka jest różnica między Twoim wędrowcem, a tułaczem? Ten pierwszy w każdym punkcie wyboru stara się mieć kontrolę nad wyborem, ma paliwo (nadzieje) i idzie dalej, dokonując kolejnych świadomych wyborów, myśląc, o idiota!, że to on ten algorytm pisze.
A tułacz? Tułacz nie sili się na pisanie algorytmu. Mało, lub wcale nie zastanawia się nad wyborami. Ma mniej paliwa, musi je oszczędzać. Dla niego to nie jest algorytm, który on tworzy, pisze: to – w zależności od cech indywidualnych albo labirynt, albo algorytm, ale napisany przez kogoś innego. I tu tułacz ma przewagę nad wędrowcem. Zawsze wszak może się zdarzyć, że przypadkowe wybory zaprowadzą go do końca drogi. Szczęśliwego końca. Jeśli owego Syzyfa- tułacza, przedtem bogowie ze wzgórza szczęścia nie zepchną…
A tak zupełnie poważnie. Trzeba nam lat, spojrzenia z łoża śmierci wstecz, żeby móc zadać sobie to pytanie, o które zachaczasz na końcu notki: czy Prometeusz dał mi to światło? Czy tylko mi się wydawało…
Twoje myśli jak nadzieja, czają się. Nie wiem czy na dnie kufra, czy może przycupnęły na rafach i tak naprawdę to ie nadzieja, a syrena, śpiewa, uwodzi… i tak to myśli żyją sobie całkiem własnym życiem… albo tym, które my im nadamy…archetypy, archetypy
Kasiu, samotność jest naszym sprzymierzeńcem tylko wtedy jeśli umiemy ją ugłaskać wedle naszego celu. Cel zmienia się wraz z dojrzałością, raz samotności odrzucamy, potem znów szukamy. Ale chyba każdy szuka wytchnienia przez zakrzyczeniem innych, właśnie w cichości ducha. Kto ile samotności potrzebuje zależy od cech indywidualnych i doświadczeń…
Orchi
Bez poświecenia poprzednich pokoleń nie mielibyśmy takiego dorobku. Budujemy na ich doświadczeniach, zmaganiach i śmierci. Nawet na zgliszczach, wyciągając to, co umknęło innym. Porównałabym to do światełka w tunelu, nadziei, że na końcu drogi śmignie słońce i znów każe iść naprzód do kolejnego słońca. Gra światła z cieniem.
Kris – to okno jest zdradliwe, pisz w Wordzie
.
. Klamrą jest Prometeusz, który niesie nadzieję. Czy był uległy Bogom? Nie sądzę; ulepi ł wątłego ludka, chcąc by był tak potężny jak oni. W jego rozumieniu była to sprawiedliwość. Nauczył go jak żyć i pomimo kary, uszedłszy z życiem, ważył się na odwet. Nie wygrał, nie miał takiej władzy, ale próbował. Gdyby nie on nie wiedzielibyśmy jak bezwzględnie egoistyczni potrafią być Bogowie
. Ale nie wszyscy (zakładam, że każdy czytał kiedyś mity;))
I jesteś w błędzie, z nikogo się nie śmieję, tylko próbuję podążać jego myślami. Może to ja opaczne myślę?
Druga część wpisu tyczyła się wiersza, jakby Ci umkło uwadze
Jest normą, że w naszej tułaczce, wędrówce, jak kto woli, natknąć się można na kogoś, kto poda pochodnię w najbardziej dziwnym, poszukiwanym momencie, kiedy nadzieja przygasa. I to z nią widzimy zupełnie inne drogi rozwiązania problemu. Bywa, że na drogach spotykamy ludzi, którym pomagamy, rozpalamy światło, ale oni chcą coraz więcej, proszą byśmy nieśli za nich ich tobołek, stając się tym samym sznurem u naszej szyi. A każdy na swojej drodze jest sam, odpowiedzialny za czyny i słowa, które tworzy, czasami dzieje się to na skutek spotkań z innymi wędrowcami. Bez interakcji nie ma postępu.
. Można jedynie prognozować na 50 sposób i 100 sytuacji. Jakieś tam ogólne równanie można ułożyć, patrząc w przeszłość, prognozując co by było, gdybyśmy zamiast o 12,02 przeszli na drugą stronę ulicy o 12,05.
Trochę nie wiem skąd Ci się wziął algorytm. Jako ciąg ciasno uporządkowanych czynności – jedzenie, spanie, wydalanie; szkoła, praca? Nie ma takiego równania, takich współrzędnych, które po podstawieniu dałyby pełny obraz drogi, szczęścia, celu, bytu. Wspólnym mianownikiem jest nieprzewidywalność ścieżek, a o emocjach nawet nie ma co dyskutować
Marzy mi się, żeby cofnąć czasem komputerowym UNDO, ale życia nie da się tak zaprogramować, zawsze wyjdzie „w praniu” coś nieprzewidywalnego. Przecież wiesz….
A tak poważnie Kris, to kilkakroć Prometeusz oświetlił mi drogę i czasem nie zdążyłam mu podziękować.
Magento, czyżbym znów wg Ciebie zafantazjowała? Syreni śpiew jest zwodniczy; uważaj, bo głośno śpiewam! A może podać pochodnię ?
wielowątkowość nie jest najlepszą formą przekazu myśli. Mogę się skoncentrować na fragmencie. Całość jest ZA DUŻA. A gdyby tak spróbować prościej?
Skąd algorytm? Przecież proste. Przytoczone czynności to symbole powszednich, nieciekawych, acz niezbędnych działań w życiu. Każdy musi jeść, spać, pić. Niczego twórczego to do życia nie wnosi. Nigdzie Cię nie “przemieści”.
Algorytm to przecież inaczej schemat, ale taki, gdzie przewidujesz następne kroki, przewidujesz WYBORY. Takie jest nasze życie, z, czy bez, pomocy boskiej. Jeżeli z, to algorytm na życie napisała Ci owa siła sprawcza, Twój Bóg, jeżeli bez, to może starasz się napisać swoje życie sam. Stworzyć algorytm dla siebie – i to klasyczny przypadek Wędrowca, świadomego swego celu.
Ale i tak, poza to nie wyjdę, bo reszty, łącznie z Prometeuszem nie chwytam. Ukarany złodziej światła, oświetla Ci drogę? To etyka: czy kradzież usprawiedliwiona jest dobrodziejstwem wynikającym z kradzieży? Wdzięczność dla Prometeusza winna być ogromna, za stworzenie ludzkości, za dar ognia. I przesłanie dla maluczkich o okrucieństwie i mściwości Bogów.
I nie wiem jak to wszystko ze sobą połączyć.
Tułacz be, Wędrowiec man, pies ?, Bogowie be, Prometeusz man, a my co? Bezwolni, czekający na światło, czy pełni pragnien i szukania celu, odrzucający Boga, ale za cenę światła od Prometeusza? Wszak światło skradzione, my znielubieni przez Bogów…
Wolę tułacza.
K.
Próbujesz prognozować? No tak, świat nieprzewidywalny, to świat niebezpieczny. O ile nie ma zagrożenia wojnami jakoś trwamy w niewiedzy, co nam przyniesie jutro. Możemy oczywiście przewidzieć, co zjemy na obiad, co stanie się w pracy, ale czy jesteś w stanie przypuścić, że dziś wyrzucą Cię z pracy, czy umrze ktoś z bliskich. A to diametralnie zmieni Twoje życie. Powiesz – wypadki losowe. A co jeśli wypadki zdarzają się codziennie? Niewielu ludzi znosi długotrwałe napięcie, stres, brak oparcia. Pewnie stąd Twój algorytm
. Ze schematem łatwiej żyć, ale ja nie będę grzebała w kodzie genetycznym (tam zapisane jest neimal wszystko). Przeszłość określi czy wybory były trafne i jak powiązały kolejne wydarzenia. Prognozowanie jest dość trudne, bo wraz z naszą drogą zmieniamy się, na kolejnych jej etapach jesteśmy już innymi ludźmi. Kiedy nawet obierzemy sobie cel i dotrzemy do niego, nie spełnia on już naszych oczekiwań. Itaka wciąż znika, by ukazać się w innym miejscu, stając się nierealną krainą.
Prometeusz sprzeciwił się Bogom, dał człowiekowi światło (nie tylko dosłownie). Jest buntownikiem przeciwko boskości, a człowiek powinien stanowić sam o sobie. Może to on dał nam wybór? Dał nam możliwość wyboru mniejszego zła, z którego codziennie korzystamy. Etykę zawsze da się „ustawić” w zależności od celu i dobra ogółu. Ale czy naszego (pamiętasz jak pisałam o ciężarnej kobiecie; czy jeśli jest w ciąży ona, jako osoba schodzi na dalszy plan, czy ważniejsze jest jej życie czy nienarodzonego dziecka?).
Po części jesteśmy wędrowcami i pielgrzymami. Dążymy, szukamy, uciekamy… plączemy się w tułaczce, bezdomni, samotni, albo stajemy się pielgrzymami dążącymi, co celu podróży, widząc w tym pewną wyższą wartość. To metafora. Jeśli miałabym wybór, to chciałabym bym dzieckiem, ze słodkim lizakiem w ustach.