Już bardzo dawno temu odkryto, że istnieją dwa rodzaje przyjemności; te, które są przyjemnościami samymi w sobie i te, które nie byłby przyjemnościami, gdyby nie poprzedzało ich pragnienie.
Wielką przyjemnością, ba nawet koniecznością, jest wypicie kubka wody podczas upału, ale czy ktoś wypiłby wodę dla samej rozrywki picia? Przyjemność, to promień słońca na ciele po chłodnym deszczu, widok i smak pierwszej, dojrzałej truskawki na przednówku. To coś, co spływa na nas nagle, a czego się nie spodziewaliśmy. Kiedy częstują nas piwem, a spodziewaliśmy się wody, odczuwamy pierwszy i drugi rodzaj przyjemności. Dla człowieka powściągliwego wypicie kieliszka wina jest rozkoszą, dla alkoholika, którego system trawienny jest już zniszczony, żaden napój prócz alkoholu nie ugasi pragnienia. Jeśli w ogóle rozróżnia on smaki, i na ogół nie smakuje mu to, co pije, ale wszystko jest lepsze od smaku trzeźwości.
Pomimo różnych odmian i kombinacji, różnica między przyjemnościami jest taka, że jedne zaspakajają potrzeby, a inne płyną z oceny zjawisk i można się bez nich obejść. Te ostatnie są miłym dodatkiem do codziennej pospolitości.
***
Wahadełko długo kołysało się nad czerwcową truskawką. Sękate palce znachorki ledwo wczepione w cienki sznureczek, poruszały się z nim rytmicznie. Isis nigdy mnie nie zwiodło. Ratowało z najcięższych zapaleń płuc, kołatań serca, zwichnięć duszy… Stare, pomarszczone ciało było łącznikiem miedzy nim a mną. Było zmęczone, ja za młoda, aby nauczyć się języka Isis. Czas zabrał babinę, a po paru dniach dostałam pocztą to wahadełko, które w dzieciństwie i młodości ratowało mi życie.
Celebrowałam każdą chwilę z Isis, ale złote pierścienie milczały, ostrze nie drgnęło nad żadną rzeczą. Słowa i myśli pozostały głuche, patrzyły na mnie zza grubej szyby, powątpiewając w rozumienie jego świata. Opakowałam go starannie w ulubione nawyki i drobne przyzwyczajenia, unikając wszelkich komplikacji zamknęłam bezpiecznie w szkatułę swojego egoizmu.
Ostatnimi słowami, jakie od niego usłyszałam była przestroga przed truskawkami.
Rwałam je zawsze garściami w ciepły, wiejski poranek. Żadne lato nie zaczęło się bez słodkiego zapachu czerwonego owocu. Żadna jesień nie kończyła się ich pewną łubianką, przypominającą o nadejściu zimy.
Odstawiłam słodycz zapachu, okrągłość czerwonej stróżki na szyi, zaniechałam czerpania z tworów czerwonego koloru, taszcząc tęskne wspomnienie soczystego smaku. Po paru miesiącach ból głowy ustąpił, dziś jest wspomnieniem.
Rozkoszowałam się wiatrem gdzieś w polu, w górach, który omiata moją twarz, głaszcze delikatnie i targa włosy. Otwierałam usta, wyciągam język, a on studził moje gorące wnętrze czułam jego smak – taki naturalny, bezcenny i bezimienny. Przeszywał mnie tym swoim ciepłem i chłodem. I miał smak, naprawdę, miał! A on nic nie chce w zamian. Trudno go jednak znaleźć… smak, zapach i takiego człowieka
Został mi tylko wiatr. Truskawki nie są dla mnie. Soczyste, słodkie owoce darowane światu zgniją w tym samym słońcu, wietrze, deszczu i ziemi, od których brały życie. Niezerwane, niemogące nacieszyć nikogo dojrzałą podniebienną rozkoszą. A ja będę patrzyła, jak co roku przez palce skapuje nam życie.


Zapisali…