Pojawiają się w chłodne dni, kiedy powiew wiatru urasta do naginania konarów drzew. Z szarych obłoków wysypują białe tąpnięcia ciszy lekko trzeszczące pod butami. Ostry wdech i łagodny wydech znaczy ślad, to pobierane do płuc powietrze świstem obwieszcza nastanie nowej ery, znanego z przeszłości, stanu odmiennego.
Przeźroczyste pęcherzyki zaczynają swoją liryczną melodię, kradnąc zasłyszane światowe wariacyjne arie. Legenda, ballada i kaprys, a może humoreska?
Zaczyna się niewinnie posunięciami pałeczek po cytrze, szturchnięciem trójkątów, niskim rezonansem wiolonczeli. Przygrywka nagle zmienia się niespokojnie w uderzenia klawiszy fortepianu, nerwowe pociągnięcia smyczków, głośnie dmuchnięcia trąb. Bezsenność każe słuchać awangardy nieznanego metrum – bólu wysokich trąbek przekrzykujących się z uderzeniami wielkiego bębna. Dudni polifonia obcych ciał, świszczy w takt niekreślonych notacji. Walczy z chaosem przekrzykujących się instrumentów. Zdmuchnięte przez niepogodę nuty, niewyśpiewanych kantat, oper a nawet musicalów dudnią mutacją po żebrach, kiczem drażnią słuchacza, nie znawcę.
Dyrygent zgubił partyturę, jego dynamiczna a battuta opadała na ciepłe łóżko.
Zapisane na pięciolinii kluczem mojego imienia. Muzyka serca i nastrój ustroju.
Odłóż ten stetoskop!


Zapisali…