• Niepamiętnik Pt, 28 listopada 2008 Komentarzy: 16

    rases patel

    rases patel

    Kiedy robi się już całkiem cicho a zmęczenie nie daje zasnąć, z najdziwniejszych kątów wychodzą one. Myśli. Tłoczą się w prowizorycznej kolejce, która pierwsza ma dojść do głosu i wskazać niepewne drogi. Są jak zwierzęta umiejące z wiatru odczytać trop, a i pod wiatr to im nie obce. Zwierzęta, potrafiące formować ideały i dążyć do nich, ale są one nieco inne niż cele, które osiąga się za pomocą instynktu zwierzęcego. Paradoksalnie, cel nigdy nie jest dostępny, ani nie da się go w pełni sformułować. To nie nagroda, którą można wygrać. Z chwilą, kiedy wygrana zostaje zdobyta, czy nakreślony plan wykonany, tracą one charakter celu. Stają się celem poznawczym. A ten najważniejszy – egzystencjalny, stale się oddala; można go od czasu do czasu osiągnąć częściowo, nigdy zupełnie. Zadowolenie z sukcesu jest znikome i nietrwałe w porównaniu z nieustannym pragnieniem czegoś więcej.

    Myśli wędrują po krzyżówkach życia. Nie tułają się a wędrują. Bo wędrowiec tym zasadniczo różni się od tułacza, że ma pewność, w jakim kierunku podąża, tamten nie ma. Co jest u kresu? To pewność, co do kierunku stanowi jądro, którą jest nadzieja. Mam nadzieję.

    Kiedyś pewien wiersz nasunął mi podobne myśli:

    Życie boli. Usłyszałam będąc dzieckiem i nie wierzyłam. Szczęśliwe dzieciństwo splamione beztroską zobaczyło nagiego człowieka, który leży w rowie, rynsztoku życia i pyta wyciągając ręce: Przygarniesz mnie do siebie?

    Pies z przetrąconą noga, skomlący na przetartej linie, zbyt słaby, aby przerwać ostatnią nić powrozu łączącą go z drzewem nazywanym istnieniem. Nie był stary, ten wędrowny Prometeusz turlający brzemię życia, oddając mi smycz krzyczał: Bierz, wyprowadź mnie na drogę, pragnę słońca!

    Jego ciężar przytłoczył mnie, wielki, czarny widok, przesadnego tchnienia odurzał potęgą człowieka. Nie mogę – powiedziałam – nie uniosę.

    Szukałem – jęknął modlitwą wieczorną – w zmysłowej egzystencji, zaspakajałem tylko potrzeby zewnętrzne, miast stawać się sobą. Kochałem nadaremnie Pandorę, niemal siostrę, co kufer nieostrożnie uchyliła i zgryzotą większą nas zespoliła. Potem, w świadomym przeskoku podchodziłem do siebie krytyczniej i dobrowolnie przyjmowałem drogowskaz dobra i zła. Teraz zwierzam się Bogom.I paradoksalnie odnajduję siebie tylko wtedy, gdy uznaję swoją od nich zależność.

    Poluzowałam mu powróz. Połamałam część gałęzi nad jego głową. Opadły liście, odsłaniając południowy nieboskłon. Tam musisz iść, do ognia, tam do nadziei w modlitwach zaklętych – wyszeptałam. Ciągnąc zardzewiały łańcuch obróciłam się na rozstajach dróg. Człowiek wstał, zarzucił na ramiona brzemię i wbijając się w ziemię, ruszył na swoją codzienną wędrówkę pod górę. Pękł powróz, drzewo zatrzęsło się zdziwione, pogubiło liście, jesienią widocznie.

    Kamieniste drogi, połamane gałęzie, ciemność w lesie, ciszę… przerwał zaskakujący rozbłysk. To Prometeusz doszedł do otchłani, góry, z której świtem zepchną go Bogowie.

    Podał mi pochodnię.

    Na linii pobladłego horyzontu czaiła się ona, wabiąca każdego wędrowca, na dnie każdego kufra – nadzieja.

  • Niepamiętnik Pn, 24 listopada 2008 Komentarzy: 12

    Już bardzo dawno temu odkryto, że istnieją dwa rodzaje przyjemności; te, które są przyjemnościami samymi w sobie i te, które nie byłby przyjemnościami, gdyby nie poprzedzało ich pragnienie.

    Wielką przyjemnością, ba nawet koniecznością, jest wypicie kubka wody podczas upału, ale czy ktoś wypiłby wodę dla samej rozrywki picia? Przyjemność, to promień słońca na ciele po chłodnym deszczu, widok i smak pierwszej, dojrzałej truskawki na przednówku. To coś, co spływa na nas nagle, a czego się nie spodziewaliśmy. Kiedy częstują nas piwem, a spodziewaliśmy się wody, odczuwamy pierwszy i drugi rodzaj przyjemności. Dla człowieka powściągliwego wypicie kieliszka wina jest rozkoszą, dla alkoholika, którego system trawienny jest już zniszczony, żaden napój prócz alkoholu nie ugasi pragnienia. Jeśli w ogóle rozróżnia on smaki, i na ogół nie smakuje mu to, co pije, ale wszystko jest lepsze od smaku trzeźwości.
    Pomimo różnych odmian i kombinacji, różnica między przyjemnościami jest taka, że jedne zaspakajają potrzeby, a inne płyną z oceny zjawisk i można się bez nich obejść. Te ostatnie są miłym dodatkiem do codziennej pospolitości.

    ***

    Wahadełko długo kołysało się nad czerwcową truskawką. Sękate palce znachorki ledwo wczepione w cienki sznureczek, poruszały się z nim rytmicznie. Isis nigdy mnie nie zwiodło. Ratowało z najcięższych zapaleń płuc, kołatań serca, zwichnięć duszy… Stare, pomarszczone ciało było łącznikiem miedzy nim a mną. Było zmęczone, ja za młoda, aby nauczyć się języka Isis. Czas zabrał babinę, a po paru dniach dostałam pocztą to wahadełko, które w dzieciństwie i młodości ratowało mi życie.

    Celebrowałam każdą chwilę z Isis, ale złote pierścienie milczały, ostrze nie drgnęło nad żadną rzeczą. Słowa i myśli pozostały głuche, patrzyły na mnie zza grubej szyby, powątpiewając w rozumienie jego świata. Opakowałam go starannie w ulubione nawyki i drobne przyzwyczajenia, unikając wszelkich komplikacji zamknęłam bezpiecznie w szkatułę swojego egoizmu.

    Ostatnimi słowami, jakie od niego usłyszałam była przestroga przed truskawkami.

    Rwałam je zawsze garściami w ciepły, wiejski poranek. Żadne lato nie zaczęło się bez słodkiego zapachu czerwonego owocu. Żadna jesień nie kończyła się ich pewną łubianką, przypominającą o nadejściu zimy.
    Odstawiłam słodycz zapachu, okrągłość czerwonej stróżki na szyi, zaniechałam czerpania z tworów czerwonego koloru, taszcząc tęskne wspomnienie soczystego smaku. Po paru miesiącach ból głowy ustąpił, dziś jest wspomnieniem.

    Rozkoszowałam się wiatrem gdzieś w polu, w górach, który omiata moją twarz, głaszcze delikatnie i targa włosy. Otwierałam usta, wyciągam język, a on studził moje gorące wnętrze czułam jego smak – taki naturalny, bezcenny i bezimienny. Przeszywał mnie tym swoim ciepłem i chłodem. I miał smak, naprawdę, miał! A on nic nie chce w zamian. Trudno go jednak znaleźć… smak, zapach i takiego człowieka

    Został mi tylko wiatr. Truskawki nie są dla mnie. Soczyste, słodkie owoce darowane światu zgniją w tym samym słońcu, wietrze, deszczu i ziemi, od których brały życie. Niezerwane, niemogące nacieszyć nikogo dojrzałą podniebienną rozkoszą. A ja będę patrzyła, jak co roku przez palce skapuje nam życie.

  • Cybertaniec Cz, 20 listopada 2008 Komentarzy: 25

    Dlaczego łańcuszki, spam i ankiety trafiają do mnie tak często? Nigdy nie jestem na nie przygotowania, bo jak można zawsze nosić gotowość na wywołanie do tablicy? Kris wywołał skutecznie ;) .

    1. O jakiej porze dnia czytasz jak najchętniej?

    Kiedy mam czas. Pora dnia i nocy przeróżna.

    2. Gdzie czytasz?

    W łóżku, wygięta czy też rozłożona w różne pozycje. W pociągu, autobusie, na przystanku i w lekarskiej poczekalni, także w szpitalu… Jeśli tylko nie mam nic na uszach.

    3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?

    Bywa tak, bywa siak i na opak.

    4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

    Wszelakie, które mogę ugryźć.

    5. Jaką książkę ostatnio kupiłeś?

    Kupuje książki hurtowo, a potem ich nie czytam, albo czytam wybiórczo. Zawsze wracam do nich po pół lub roku. Najczęściej są to książki, których nie sposób przeczytać od razu i w całości, a powroty do nich, niekoniecznie chronologiczne, następują w miarę potrzeby ewoluowania mej dojrzałości. Np. „Atrybucje” F. Försterling, „Umysł” D. Casacuberta…

    6. Co czytałeś ostatnio?

    Czytam wszystko na raz, stąd chaos głowie. „Podróże Hektora” F. Lelord, „Świat bez kobiet” A. Graff, „Szczelina” Doris Lessing, „Orientalista” Tom Reiss, „Strach” J.T. Gross.

    7. Co czytasz aktualnie?

    „Przypadek Adolfa H.” E.E. Schmitt, „Egipcjanki” C. Jacq, ”51 zabaw (z) rzeczami” R. Droit.

    8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

    Zakładam oczywiście książki zakładkami darowanymi przy zakupie książek i przyborów piśmienniczych ;) . Wiadomej jakości i kolorystyki ;) . Rogi ośle także preferuję, jeśli mam zamiar wrócić do ciekawego fragmentu.

    9. Co sądzisz o książkach do słuchania?

    Nieoceniona przysługa dla leniwców. Korzystam przy zmywaniu naczyń i prasowaniu, miast muzyki z radia. Jak najbardziej jestem za książkami w tej formie, które zawierają materiały do uczenia się. Mimochodem łatwiej wtłoczyć konieczne treści. Pomijam tu wzrokowców.

    10. Co sądzisz o e-bookach?

    Nie czytam. Wystarczy mi wiedza wyniesiona interaktywnie (nie za każdym razem ;) ) ze stron WWW. Szkoda oczu…

    Miejsce na uwagi (dodane przeze mnie):
    Nie cierpię łańcuszków, ankiet również. Jeśli do łańcuszków ustosunkowałam już kiedyś, to wypełnianie ankiet niesie ze sobą niejednokrotnie zacny cel. Chociażby pomóc biednemu studentowi popchnąć swoją mgr. Czemu służyć ma powyższa? Lepszemu poznaniu się nawzajem, pochwaleniu, pośmianiu z samego siebie? To ostatnie robię zawsze, kiedy ktoś mnie prosi o wypełnienie ankiety, a że nie chce wyjść na buca (nie w sensie regionalizmu krakowskiego), więc wypełniam!

    Wywołuję do odpowiedzi Orchideę, L. Amicus’a, Stefana, Magentę i Paulę. Wydają mi się przygotowani.
    Wystarczy, że dwoje z Was przejmie pałeczkę, inaczej trafi mnie wszelka cholera.

  • Niepamiętnik Pn, 17 listopada 2008 Komentarzy: 11

    Pojawiają się w chłodne dni, kiedy powiew wiatru urasta do naginania konarów drzew. Z szarych obłoków wysypują białe tąpnięcia ciszy lekko trzeszczące pod butami. Ostry wdech i łagodny wydech znaczy ślad, to pobierane do płuc powietrze świstem obwieszcza nastanie nowej ery, znanego z przeszłości, stanu odmiennego.

    Przeźroczyste pęcherzyki zaczynają swoją liryczną melodię, kradnąc zasłyszane światowe wariacyjne arie. Legenda, ballada i kaprys, a może humoreska?
    Zaczyna się niewinnie posunięciami pałeczek po cytrze, szturchnięciem trójkątów, niskim rezonansem wiolonczeli. Przygrywka nagle zmienia się niespokojnie w uderzenia klawiszy fortepianu, nerwowe pociągnięcia smyczków, głośnie dmuchnięcia trąb. Bezsenność każe słuchać awangardy nieznanego metrum – bólu wysokich trąbek przekrzykujących się z uderzeniami wielkiego bębna. Dudni polifonia obcych ciał, świszczy w takt niekreślonych notacji. Walczy z chaosem przekrzykujących się instrumentów. Zdmuchnięte przez niepogodę nuty, niewyśpiewanych kantat, oper a nawet musicalów dudnią mutacją po żebrach, kiczem drażnią słuchacza, nie znawcę.

    Dyrygent zgubił partyturę, jego dynamiczna a battuta opadała na ciepłe łóżko.

    Zapisane na pięciolinii kluczem mojego imienia. Muzyka serca i nastrój ustroju.

    Odłóż ten stetoskop!

  • Donkiszoteria Pt, 14 listopada 2008 Komentarzy: 17


    Vitor Silva Soares

    Zapytajmy mężczyzn czy którykolwiek chciałby być kobietą (z wyjątkiem tych, którzy uważają, że są kobietami przed pomyłkę uwięzionymi w ciałach męskich). Rzadko, który przytaknie. Właściwie dlaczego miałby to robić? Mężczyźni mają więcej przywilejów, więcej pieniędzy, cieszą się większą władzą i niezależnością niż kobiety. Czy chcieliby to oddać? A jednak jest w kobietach coś, co sprawia, że mężczyźni czują się niezręcznie, a w ich podświadomości czai się strach.

    Tu naturalnie w świetle dziennym bryluje męski szowinizm. Wypełzł on z czci Nicolasa Chauvina do swojego wodza – Napoleona, człowieka o wybujałych ambicjach. Chauvin aż do śmierci celebrował cześć wodza, a jego płomienna miłość stałą się synonimem wyjątkowego patriotyzmu i ślepego posłuszeństwa. W słownikach szowinizm uściśla się, jako wyjątkowe przywiązanie lub oddanie grupie bądź miejscu, do którzy się należy.

    Na tejże kanwie w latach sześćdziesiątych ub. wieku powstało pojęcie „męski szowinista” dla oznaczenia mężczyzny, który nie chce uznać kobiet za równe mu istoty. Idąc dalej – ślepe posłuszeństwo i bezgraniczne oddanie swojej męskości na zawsze, z czym łączy się otwarta lub skrywana pogarda dla kobiet, które budzą w tym mężczyźnie lęk.
    Czym jest wiec męski szowinizm? Na pewno męską obroną przed kobietami, jest też i obrazą… Niektórzy mężczyźni boją się kobiet i tylko w snach czują się im równi.

    Zaczyna się od pierwszej kobiety w jego życiu i pierwszej miłości – matki. Jeśli była ona nawet delikatna, łagodna, czuła – zawsze się jej bał. Wydawała mu się wszechpotężna, wszechwiedząca. Część tego strachu pozostaje w mężczyźnie na zawsze i zostawia swe piętno w jego dojrzałych związkach z kobietami. Często bogaty, zadowolony z siebie mężczyzna może odczuwać nieuświadomiony lęk przed kobietami. Czyżby obawiał się władzy kobiety? To panowanie różni się od jego władzy. Jest bardziej przerażająca.

    Mimo to mężczyźni nie chcą zamienić się miejscami z kobietami. Żyją w niebiańskim przekonaniu, że wszystko co męskie jest lepsze. Wygląda na to, że znaczna część kobiet też tak uważa…

  • Donkiszoteria Pn, 10 listopada 2008 Komentarzy: 12

    On
    Mieszkaliśmy z żoną w wieżowcu, w dużym mieście. Gdy urodziło się dziecko, wziąłem kredyt i kupiliśmy domek na obrzeżach miasta. Był dla nas o wiele za duży, ale świetne nadawał dla gości, których mieliśmy przyjmować, gdy awansuję. Nie stać nas było na niego. Przez wiele lat ściany i podłogi były gołe, a meble darowane przez rodzinę. To nam nie przeszkadzało, wiedzieliśmy, że sytuacja się zmieni. Uradziło nam się troje dzieci, byliśmy ciągle zmęczeni, marzeniem stało się przespanie spokojnie chociażby jednej nocy. Przez pięć lat… W tym czasie znalazłem lepszą pracę w dużej firmie reklamowej. Przynosiłem papiery do domu, harowałem nocami i w niedziele. Było ciężko…
    Całkiem nieźle nam się żyło. Przed lata jedynym szaleństwem, na jakie nas było stać to butelka taniego wina i jednogarnkowe dania przed telewizorem. Ale potrafiliśmy się śmiać do łez, żartować z płytek, które odpadały, gdy ktoś za gwałtownie odsunął krzesło, i marzyć patrząc na bajzel za oknem. Jednocześnie, gdy przypomnę sobie te nieprzespane noce, kiedy leżałem nasłuchując powoli zapadającej dziecięcej ciszy, myślałem ze strachem, co się dzieje w biurze… Kto próbuje, pod kogo się podkopać i jak przechytrzyć konkurencję. Nie chciałbym wracać do tamtych czasów, a jednak coś w nich zostało, coś zgubiłem. Wtedy dwukrotnie awansowałem. To była zmiana! Zaczęliśmy kupować meble, cichy, urządzać dom… Kiedy podniecenie opadło okazało się, że czegoś brakuje. Nie musiałem już tyle pracować, wieczory miałem wolne. Mogliśmy wyjeżdżać na wakacje i na weekendy z dziećmi, zapraszać przełożonych do domu, który głównie temu miał służyć. Bardzo szybko zacząłem się nudzić. Żona działała mi na nerwy, potrafiła rozmawiać wyłącznie o dzieciach. Nie z taką kobietą się żeniłem. Nie umiała odpowiednio się ubrać, jej światopogląd był makabrycznie ograniczony, z jej dawnej zalotności pozostał jedynie popiół… Poznałem Izę na jednym ze służbowych spotkań. Była przeciwieństwem mojej żony. Lepiej ubrana, potrafiła rozmawiać na różne tematy, robiła karierę za granicą. Miała w oczach ten kokieteryjny błysk… Nasza znajomość trwałą jakiś czas. Dowiedziała się o Izie i zażądała rozwodu. Dostała go.

    Ona
    On uważał, że kobieta powinna być matką i gospodynią. Na początku tak było. Kupiliśmy dom, nieco przyduży na nasze potrzeby. Zadłużyliśmy się. Potem posypały się oficjalne obiady, kolacje z ludźmi z jego pracy. Byłam wściekła i skrępowana. Żony przełożonych męża rozmawiały wyłącznie o ciuchach, fryzjerach, grze w tenisa, plotkowały… Ja miałam wciąż tę samą spódnicę zamiennie z czarnymi spodami i bluzką wyszperaną z ciuchlandu. Wytrzymałam. On dostał wymarzony awans. Miał zacząć się cudowny czas oddechu od codziennego być albo nie być. Mogłam w końcu wysłać dzieci na wymarzone ferie, wychodzić co tydzień do fryzjera, mieć samochód. I ten wyśniony czas z marzeń okazał się jałowy. On pozrywał stare przyjaźnie, nowi znajomi byli wysoko sytuowanymi ludźmi, z którymi nic mnie nie łączyło. Często stałam w salonie jedynie, jako aranżacja jego wnętrza, czując coraz wyraźniej pustkę.
    Czego można oczekiwać od kobiety, która zabsorbowana od rana domem i dziećmi, męża widzi dopiero późno w nocy? Wszechstronnego kunsztu?
    Przeczuwałam, że to jego przyjaciel ich ze sobą poznał. Ja już swoje zrobiłam, zajmowałam się domem i dziećmi, rezygnowałam z wielu rzeczy. Wierzyłam w niego, myślałam, że razem do czegoś dojdziemy, odetchniemy. Ale on chciał oddychać z kimś innym. Długo się zastanawiam i postanowiłam odejść. A on wcale nie był zbytnio zmartwiony.

    Żadnemu z nas nie przyszło do głowy, że idziemy dwiema różnymi drogami.

  • Moje podwórko Cz, 6 listopada 2008 Komentarzy: 11



    Mam coś takiego w fizjonomii, że wzbudzam zaufanie, wręcz nachalną chęć rozmówcy do zwierzeń. Rozmówcy! – za dużo podziwiane, bo gdy ja przytaknę zaczyna się potoczysty monolog pana lub pani z krzesełka obok. Czy to w butiku, kolejce do lekarza, autobusie, a nawet stojąc „ za mięsem” (tak, tak, zdarza się, jeśli sklep ma rzeczywiste świeże mięsko), zostaję zaatakowana obcymi problemami, wysłuchuję historii miłosnych sprzed ćwierćwiecza, katują mnie procesy obcych chorób… Na dłuższą metę jest do męczące, ale odpowiednio dozując (umiejętnie uciekając) przypadki krasomówstwa babć, panów w sile weku, można doświadczyć ciekawej spowiedzi. Dlaczego ludzie mają tak wielką potrzebę zwierzania się? Takiego paplania trzy po trzy? Zaznaczyć trzeba, że niektórych nawet nie rozumiem, mają tak poważne ubytki w uzębieniu, albo szepcą wielokrotnie powtarzaną mantrę życia. Z kobietami rozmawia się zupełnie inaczej niż z mężczyznami, chociażby dlatego, że ci starsi panowie są skazani na nędzne życie. Emeryturę spędzają na ławce w parku, rzadko dobierają sobie towarzystwo, np. do gry w szachy na naszym miejskim placyku. Potem, gdy już osiądą na mieliźnie w zakładach, otaczają ich sami geriatrycy.

    Czy dziwi, że jeśli jeszcze mogą szukają jakiegoś młodszego ducha, który zaszczepi im chęć do życia? Ta cześć społeczeństwa traktowanego jest, jako ciężar, brzemię państwa. Oni z tego sobie zdają sprawę i czują się jak śmiecie. Kto ceni sobie towarzystwo starego człowieka? A z kim on ma pożartować, jeśli zatarły się przyjaźnie z pracy, a nie znalazł nikogo równego sobie? Wiec mówią o samotności. Tylko tak czują się jeszcze wartościowi. Robią z siebie doświadczonych pedagogów, ale mieszają czas i przedmioty. Przebiega do na zasadzie: ja dam ci swoją wiedzę o przeszłości i o sobie, ty podtrzymasz mnie siłą, miłością, młodością, codziennym doświadczeniem, którego nie mogę już zbierać. Bardziej niż sama nieuchronna starość przeraża mnie coś innego. Jako ludzie mamy tak silną potrzebę społecznego kontaktu, że szukając go gdziekolwiek stajemy się natarczywi i nudni, tracimy szacunek w oczach rozmówców. Lekarz zniesie przedłużającą się wizytę, bo bierze za to pieniądze, ale inni wykorzystują łatwowierności i szczerość starszych osób. Bezlitośnie okradają ich z resztek złudzeń i niewielkich oszczędności. Chodzi tylko o garstkę zainteresowania. Widać i to jest niebezpieczne. Zapewne jestem zbyt cierpliwa, powiedzenie od razu „nie” nie przechodzi mi przez usta.

    PS. Wpis ten miał zawierać pierwotnie odmienne treści. Z racji chaosu myśli i nasuwających się tematów „w trakcie” jeden z ciekawszych problemów mojego rozmówcy wypadł z programu. Rzetelne zapiski popełnię przy najbliższej okazji.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

listopad 2008
P W Ś C P S N
« października   grudnia »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u