Archiwum z: » październik, 2008 «

Wierzyć…

Niedawno przeczytałam u Krisa, że wiara, religijność, wpływa na inne funkcjonowanie i budowę mózgu, intensyfikuje go. Potem jeszcze gdzieś, że ludzie wierzący są szczęśliwsi. Z religii płyną różnego rodzaju korzyści, np. wsparcie społeczne, duchowe, poczucie celu i sensu życia. Człowiek religijny czuje się częścią społeczeństwa. Wiara łagodzi stres w trudnych chwilach, łagodzi lęk związany z chorobą, śmiercią, wszakże jest życie pozagrobowe. Pomaga wyjść poza własne egoistyczne cele i w końcu pozwala odnajdywać w sobie współczucie, a okazując je człowiek czuje się lepszy.
Dla niektórych ludzi ograniczenia narzucane przez religię są ogromną ulgą. Narzucone zasady uwalniają od podejmowania pewnych decyzji, bo mogą postępować zgodnie z nauką Kościoła, np. dotyczących aborcji czy eutanazji, unikając w ten sposób trudnej dyskusji.

Społeczności religijne, miejsca kultu, przyciągają ludzi, bo w nich zawiązują się przyjaźnie, miłości, a ludzie znając rytuały wyznają te same wartości. Może to kontakt z innymi sprawia, że ludzie są szczęśliwsi, a nie samo wyznawanie religii? Wspólna modlitwa zmniejsza wrażenie izolacji (wśród ubogich, starszych, samotnych…), zwiększa poczucie szczęścia dzięki atmosferze wzajemnego wsparcia, pracy charytatywnej, czy wspólnego przeżywania.

Niewierzący muszą rozwinąć cały arsenał swych umiejętności poznawczo-logicznych, by chociażby próbować naruszyć silnie zakorzenioną wiarę. Nie tylko znać źródła, ale i dowody świadczące przeciw sferze sacrum, świętości sfery boskiej.
Jeśli zastanowić się, to wiara daje szczęście, stabilizację w uznanych prawach i prawdach, ale jakby zwalnia od myślenia innymi kategoriami. Różnych sposobów myślenia człowiek nabywa dopiero z wiekiem. Cżesto jest tak, że wtłoczone dziecku zasady są tak mocno wbite w życie, że nie chce mu się pomyśleć inaczej już jako dorosły, bo ma przecież wszystko na tacy.
Bezwyznaniowcy muszą być odważni, by chociaż umieć przeciwstawić się gotowym objawieniom i licznym dowodom wierzących. Znaleźć prawdę w sobie, nauce i mieć siłę nie wierząc w Boga iść w nieznane.

A może wierzący wcale nie są szczęśliwsi od ateistów, tylko czują się zmuszeni tak twierdzić, ponieważ nie chcą, by sądzono, że brakuje im wiary?

Urywki

Dzieci zawsze są radosne. Potrafią cieszyć się z błahostek, z kukurydzanej laleczki, czy krzywego patyka nadającego się na łuk. Czemu uśmiechają się te, które chodzą boso, mieszkają na ulicy, nie mając dosłownie nic, często nawet rodziców? To, że na twarzach dorosłych nie widać uśmiechu, jest zrozumiałe, zważywszy jakie wiodą życie. Ale dlaczego dzieci wyglądają na szczęśliwe? Może nie zadają sobie jeszcze sprawy z własnej sytuacji i nie mają jej z czym porównać? Zapewne smutne dzieci szybko umierają, wiec ich nie widać. Przeżywają tylko wesołe.

To było w kraju, gdzie samochód przedstawiał ogromna wartość. Dzieci podbiegały do szyb i z szerokim uśmiechem nadstawiały chude rączki. Nie daj Boże jak zorientowały się, że samochodem jedzie ktoś nowy. Ugrzęźniecie w korku, chwilowo dawało złudzenie wielości ryczących wraków, ale to nie ich ilość, lecz znikoma ilość dróg koncentrowały ludzi w tym miejscu. Spoza ruder połatanych dyktą, blachą falistą, przysłoniętych dachów liśćmi palmy wyłaniały się wille – niewątpliwe piękne, teraz w ruinie. Tam też koncentrował się handel, ludzie oblepiali uliczki i sprzedawali różności. Takie, które my z sentymentu wrzucamy na strych zamiast do śmieci.

Gdzieś z boku klęczała kobieta. Całkowicie ukryta pod czarnym materiałem. Tylko luźniejszy splot włókien na oddech i delikatne wybrzuszenie pozwalało domyśleć się, gdzie jest jej twarz. Sprzedawała chusteczki higieniczne. Od czasu do czasu kołysała rocznego synka. Obok niej biegła mała dziewczynka proponując, niemal wciskając, przechodniom towar. Komu były potrzebne chusteczki? Czy ktoś w wysokiej temperaturze cierpiał na katar? Do otarcia czoła i twarzy służyły poły długich rękawów.
Dziecko zaczęło głośni płakać i nie udało się matce dłużej powstrzymywać ani jego krzyków, ani swobody. Musiała odejść, upał był nie do zniesienia. Mała dziewczynka z ostatnim krzykiem przyzywającym matki sprzedała paczuszkę chusteczek. Instynktownie wiedziała, że dla uśmiechniętego dziecka ludzie są milsi.

Nikt

aniolon

Naprawdę nie wiem kim jesteś.

Akceptujesz? Westchnienie ukojonej duszy w mrokach modlitwy.

Ból? Rozmowę z pasją cierpiętnika.

Marzenia? Tylko przyziemne.

Uśmiech? Powaga życia zmusza do tego.

Wierzysz? W proste słowa zasznurowane w wysokie szpilki.

Zmiany? Wzmogą ruch osiągnięć.

Upór? Przetrwanie ciężkich czasów.

Miłość? Pomnożysz i podzielisz.

Przyszłość? Wiara, zmiany, upór i miłość.

Wybaczasz? Zawsze, gdy jestem.

Milczysz?

Milknę.

Już nie zapytam.

O email.

Kategoria: Pętla  10 Komentarzy
Nocne zabawy


apocalypse_vasnetsov

Moje rozmowy nocą zawsze kończą się jakimś niedosytem. Zapewne jest to wynik późnego ich rozpoczęcia.

Wczoraj przygalopowały do mnie konie trojańskie. Walczyłam z nimi przez pół dnia, by na koniec w liczbie 20-stu, mogły uciec z mojego komputera. Ostatnio na pocztę tlenową przychodzą mi dziwne „zamorskie” pliki w rozszerzeniu ZIP. Antywirus, bardzo czujny doświadczony mędrzec od razu kwiczy i uniemożliwia dostęp. Niestety, niektórzy biegają sobie po sieci bez takowych zabezpieczeń i nabywają różnorodne robaki, tudzież większe gabarytowo kobyły. Ten sam wirus (z poczty tlenowej) trafił na moją znajomą i zainfekował jej kompletnie komputer. Jako zagorzała fanka netu przeżywa teraz apokalipsę…

Notka o czterech koniach apokalipsy? Właściwie jak ludzie szukają natchnienia do pisania, jeśli zakładają, że treść nie będzie miała charakteru pamiętnika? Jedni patrząc na obrazek, znaleziony gdzieś w sieci, piszą wiersze lub notki najwierniej odbijające ich emocje. Inni wpisują frazy w Google i mają gotową teść, albo bazują na skojarzeniach. Tą ostatnią zasugerowałam w rozmowie Krisowi. Od słowa do słowa, od koni trojańskich, poprzez apokalipsę, hedonizm, nihilizm i pruderię doszliśmy do późnonocnych wniosków.

Właściwie konie apokalipsy kojarzą mi się z filmem „Ostatni dzwonek”, Jackiem Wójcickim i jego apokaliptyczną pieśnią „A my nie chcemy”. Czas przemian, trudne dojrzewanie, pigułka wielkich dziejowych sporów, tętent wojny, zarazy, głodu i śmieci jakiegoś okresu. Większość z podzielonego społeczeństwa spało, nieświadome w kaftanach bezpieczeństwa, na materacach w zakładach zamkniętych. Ci bardziej świadomi przebijali mury śmierdzącej, żarzącej się zarazy, próbując uciec. Dokąd? Dzień gniewu końca lat 80-tych ubiegłego wieku, obraz klęsk ideowych, bunt osobowościowy, i jak to słyszymy w piosence, spadający grad i ogień, płonąca ziemia. Muszą zginąć słabsi, by narodził się zdrowy, bezgrzeszny duch.
Tak zmierzamy do katastrofizmu – gwałtownej zagłady obecnej formy świata i cywilizacji. Ale skąd ta kara, czy człowiek nie jest sam w sobie dobrem? Każdy chce zachować życie, bez względu na zasady i wartości, jakie nim kierują. Wiara w słuszność własnych poglądów daje człowiekowi siłę, by głosić, że unikanie cierpienia i bólu jest podstawą do osiągnięcia szczęścia. Obranie kursu ku szczęściu jest „etycznie dobre”, natomiast człowiek nie wie, jak to szczęście osiągnąć. Można np. zgromadzić wielką ilość dóbr majątkowych i sukcesywnie zużywać w ciągu życia, otoczyć się szczęściem poprzez chwilowe przyjemności niezwiązane z fortuną, czy poprzez postawę – brak cierpienia jest równy szczęściu. Wolność osobistą i to szczęście ogranicza jednak prawo naturalne, normy etyczne i sumienie.

Dla jednych pomyślnością będzie kierowanie się zasadami zawartymi w prawach boskich, inni, gromadząc majątek różnymi ścieżkami, chwilowymi uciechami, wykluczą w swej drodze dekalog. Ci ostatni odrzucają Boga ograniczającego ich prawami etycznymi i sumieniem, hamującego przed działaniem. Może lepiej odgonić tradycyjne wartości i prawa, bo nawet „najwyższe wartości tracą wartość” (Bóg)? Czy współczesne chrześcijaństwo nie jest systemem nihilistycznym, bo poza rytuałami i symbolami nie ma wpływu na społeczne wzorce postępowania? To, co kiedyś było w inwencji boskiej, teraz da się racjonalnie wytłumaczyć. Komu potrzebny jest jeszcze taki Bóg, czy nie lepiej przenieść go na mniej problemowy teren? Ale ludzka kultura opiera się głównie na odwołaniu do Boga, wiec, na czym będzie się wspierać, gdy go racjonalnie odrzuci?
Upadkiem kultury jest brak jasno zarysowanych wartości, wszechobecna pustka i nuda, którą ludzie starają się wyplenić byle, czym. To wówczas słabnie religia, kultura, prawo, zanikają obyczaje. Następnie zapanuje chaos i rozbój.
Została jeszcze pruderia, ale jaki ona ma związek z nihilizmem? Na pewno ma z zasłanianiem pseudonakładką blogów, w których znajdują się treści „dorosłych” nieprzeznaczone dla dzieci. Co daje nakładka, jeśli dziecko nie umie czytać i klika gdzie popadnie? Czy po obejrzeniu TAKICH fotografii stanie się mniej niewinne i zapyta mamę, albo tatę: co to? A rodzic, z pąsem na licu zabierze dziecku myszkę, krzycząc: a feee! Wartości moralne, jakie nałożyła na nas kultura, Bóg, prawo tyczą się też ciała. Wszelkie normy, szczególnie normy KK nakazują powściąganie się od uciech ciała, wiec niechybnie pruderia łączy się z bogobojnością (niektórzy nie łączą wiary w Boga z przynależnością do KK, wiec ich wykluczam), co nie znaczy, że wynika tylko z wiary.
Zatrzaśniecie dziecku komputera przed nosem, bo weszło na niewłaściwe strony niestety zakrawa na nihilizm. Zamkniecie tematu, nie odpowiadanie na pytania, udawanie, ze nic się nie stało, zaprzeczenie ze pojawił się problem…. Pruderia? Fałszywy wstyd (przed sobą czy dzieckiem?), bo rodzic za chwilę sam przejrzy z wielkim zaciekawieniem tę stronę?
Wszakże wszystko jest dla ludzi, tylko, jako dorośli powinniśmy wiedzieć, jaki jest poziom moralności dzieci i przygotować je na bezpruderyjną rzeczywistość. A net do dżungla.

Parę osób mówiło mi, że piszę za dużo, gnuśnie, a nawet niespójnie. Powiem Wam, że piszę różnie i tak lubię, raczej nie zrezygnuję z tej formy. Pisać będę dla siebie, bo ciągnie mnie do wielowyrazowości i takiego opisywania świata. Wiele razy zastanawiałam się nad wyłuskiwaniem mądrości filozofów w postaci cytatów, a potem wyrażenie swojego zdania na temat w dosłownie jednym zdaniu. Byłoby mniej do pisania i zastanawiania dla ewentualnych komentatorów. Kris przypomniał mi tą złota myśl na chwile z pustą głową i kartką.
„Im głupsza myśl, tym więcej odpowiedzi. Wszyscy będą pisać takie mądre rzeczy, bo treści nie zrozumieją”.

Konik

Zadzwonił budzik. Szybko do łazienki, ubieranie, śniadanie. Całus dla mężusia i bieg do pracy. Na schodach jeszcze słyszę: dziś wystawiają w teatrze twoją ulubioną sztukę. Zatrzymuję się na chwilkę – nie, znów będę spała w fotelu! Przykro mi, idź sam, pracuję do późna! Krzyczę już z parteru. Nie mam nawet czasu na myślenie, co stało się z moim czasem, ucieka przede mną jak złodziej.

Złodziejem jest ta pani za ladą, która zamiast podać mi drożdżówkę rozmawia przez telefon. Aczkolwiek nie o pomyłce w zamówieniu a różowej bluzeczce, ze wspaniałej promocji. Pani okłada mnie wzrokiem kata przed egzekucją. Jak ja w ogóle śmiałam przyjść do sklepu! Ona najchętniej siedziałaby i nic nie robiła. Na każdym kroku spotykam ludzi, którzy robią coś, co im nie odpowiada, nie maja zazwyczaj wyboru. Może to takie kraj, gdzie człowiek robi cokolwiek byle robić?

Kim jest człowiek bez pasji? Jest człowiekiem, który wykonuje swoją pracę z obowiązku, bez rozmachu. Zaraża swoją nudą innych. Czy to wypalenie czy też wybór finansowy, szuka odskoczni. Wie, że jeśli już się zatrzyma będzie za późno, sił już nie starczy na przyjemności. Człowiek sam popada w niewolę. Zabiegany schodzi w schemat, z którego trudno się wyrwać. Życie staje się rutyną A kiedyś starał się robić coś niezależnego, spontanicznego, nietypowego, dziś szarość spowiła jego życie.

Może to strach, że ludzie powiedzą, że jest wariatem? A to, co robi szaleństwem? Jeśli dla niego będzie ono szaleństwem to ludzie też w to uwierzą! Ci, którzy zmieniają świat raczej nie myśleli o niedorzeczności swoich pomysłów. Oni po prostu zrobili to, co mieli zrobić. Zrealizowali to z pewnością, stworzyli coś, co urozmaiciło rzeczywistość.

Ciekawą postacią jest pan Czesław rozwijający swą muzyczno-wokalną pasję. Ktoś by powiedział, że jest wariatem, bo kto niby w dzisiejszych czasach zajmuje się archaicznym instrumentem, jakim jest akordeon? Do spektakli teatralnych może się nadaje – proste akustyczne instrumenty, naiwne i rymowane teksty baśniowego przesłania. Aż dziw berze jak dobrze został przyjęty przez rzeszę fanów w naszym kraju, którzy tak a propos nie są fanami pantomimy. Muzyka Czesława to alternatywa, miejski folk, tango, kabaret, punk, a to jedynie drogowskazy, jakimi może podążać w swojej twórczości.

Dopóki się czegoś nie wyprodukuje i nie zachęci ludzi do słuchania, naśladowania lub innych wymiernych korzyści, dopóki się nie spróbuje, nie będzie dane stwierdzić czy wybór jest rzeczywistym szaleństwem.

Człowiek i obcy

Był sobie człowiek, żył nad wielką wodą. Sam od świtu do zmierzchu, jedynie w nocy odwiedzały go duchy, jedyni jego towarzysze. W ciągu dnia łowił ryby, wędził je, suszył; zbierał owoce, nauczył się uprawiać warzywa na maleńkim pasku żyznej ziemi. Jego szałas był ostoją bezpieczeństwa. Nie brakował mu niczego, a jednak…

Gdy tylko otwierał oczy marzył o zmroku, kiedy będzie mógł porozmawiać z niewidzialnymi postaciami i kiedy one będą go uczyły innego świata. Dzień zaczynał od spaceru brzegiem plaży, wpatrując się intensywnie w widnokrąg rafy. Szukał niewidzialnego. Było tak pięknie, lecz nie cieszyło go to. Cele, do jakich dążył osiągnął, nie potrafił wyrazić, czego mu brak, co uczyni go jeszcze szczęśliwszym.

Samotność dokuczała mu tak bardzo, że zaczął uczyć się różnych rzeczy, które nie były mu potrzebne do przeżycia. Z lip ciosał rzeźby, z dębów budował tratwy, stworzenia wodne i rośliny lądowe posłużyły mu do mieszania farb i klejów. Klecił blejtramy i obciągał błoną wielorybią. Plaża zmieniła kolory wraz rozwijającym się talentem człowieka…

W nocy człowiek poznawał tajemnice duchów, ich rytuały i muzykę, alegorie i poezję . Wtedy świat wydawał mu się lepszy, wart jego wysiłków. W ciemności, gdy był tylko ze swoimi myślami i duchami. Nie mógł ich dotknąć, przepływały mu przed palce. Czy były prawdziwe?

Pewnego dnia wypłynął na tratwie nieco dalej. Kiedy zabrakło mu wody wpadł w panikę. Suchość ciała trawiła go tak bardzo, że tracił zdolność racjonalnego myślenia. I w tym momencie zobaczył łódkę. Inną niż jego tratwa, zbitą z innego drewna, z innym ładunkiem. Resztką sił podpłynął do znaleziska – w łódce spał człowiek. Taki sam jak on.

Nieznajomy oddał mu ostatnie krople wody. Złączyli łódki i zasnęli wyczerpani. W nocy rozpętała się burza. Rano ich ciała woda wyrzuciła na brzeg plaży człowieka.
Człowiek obudził się pierwszy. Obejrzał dokładnie przybysza i stwierdziwszy, że nie różni się od niego prawie niczym, zaczął cucić.
Cieszył się, że będzie mógł z kimś dzielić dni, cieszyć się nocą, odkrywać drzemiące zdolności i dal, która nie była jeszcze przebyta. Na jego malej wysepce zwanej światem.

Obcy szybko zaaklimatyzował się w światku człowieka. Razem z nim nurkował, malował, żeglował i rzeźbił, łatał sieci, gotował i lepił garnki. Był mu powiernikiem i wiernym towarzyszem.

Człowiek coraz rzadziej rozmawiał z duchami, stały jakby mniej potrzebne, niemal zbędne. Ich inność już nie zachwycała. Podczas jednej z długich nocy zażądały by usunął obcego z wyspy. „Jest obcy, zaszkodzi ci w rozwoju. Kiedy byłeś sam lepiej malowałeś, rzeźbiłeś, miałeś więcej czasu na łowienie i rozmowy z nami. Więcej i szybciej pojmowałeś. Teraz twoje myśli biegają tylko wokół niego, to tępi twój talent. My byliśmy tu pierwsi”.

Tak, obcy był inny, nie mówił, i nie słyszał. Ta odmienność nie przeszkadzała człowiekowi, jak i niemoc usłyszenia jego myśli. Na początku, wykorzystując zdobytą wiedzę, próbował nauczyć przybysza słów, ale niesłyszane dźwięki zamieniała się na ustach w ochrypły jęk. Jakakolwiek gramatyka nie wchodziła w grę, ponieważ przybysz nie znał mowy na tyle, by czytać z ruchu warg. Ich system porozumiewania opierał się na obrazowaniu. Uczyli się od siebie nawzajem, swoich ciał i emocji, bez słów, gestykulacją i zmysłami. Każdemu ich działaniu towarzyszyła wzajemna spontaniczność, pociągała ich własna inność.

Człowiek stanął przed dylematem. Co będzie dla niego lepsze – dalszy rozwój i obcowanie z duchami, czy obecność namacalnej istoty. Co jest lepszą drogą – ciało obcego czy mądrość zjaw.
Uległ duchom. Spętał obcego i położył pod starym drzewem, które miało zapewnić mu przetrwanie rośliny.

Obiecali mu bóstwo. Od niego będzie zależał dzień i noc, przypływ i odpływ, zima i lato, śmiech i płacz. Dostał dar tworzenia, myślą i mową. Tylko dwóch rzeczy nie mógł zrobić – zapanować nad duchami i otworzyć obcemu ust i uszu.
Został sam, znów sam w sowim geniuszu i samowystarczalności. Z duchami nie musiał rozmawiać, wystarczała rozmowa z samym sobą. Sam, bez skazy i obcych myśli.

Koszmar dnia poprzedniego

Straciłam pracę, to chyba było miesiąc temu. Nie pamiętam dokładnie, spiłam się Porto, potem leżałam nieprzytomna, by w końcu dogorywać na ogromnym kacu.

Kiedy już mogłam stanąć na własnych nogach, aczkolwiek z pustą kiesą, błądziłam po pustych robotniczych ulicach Przytłaczała mnie wizja bezrobocia, ale nie biedy, a braku zawieszenia, przeciekającego bezproduktywnie czasu.
Z poprzedniej roboty sama odeszłam, z tej wyleciałam z hukiem. Męczył mnie dyshonor. Bo tak naprawdę nie znałam przyczyny obicia o krawężnik, smakowania śmietnika ludzkich odpadów. Strawiła mnie prawda – im człowiek bardziej się stara, tym gorzej wychodzi. Na państwowym wikcie byłam kimś, chciałam jednak sięgnąć wyżej, rwąc prywatę. Rozbiłam się, przerosła mnie ambicja.

Zawsze sama wyciągałam się z rynsztoka, nawet po takim pijaństwie jak to. Pierwsze dni były koszmarne. Pukanie od drzwi do drzwi, za chlebem, za wypełnieniem pustego worka namiastką potrzeby. Odsyłali mnie, oświadczając, że mam za wysokie kwalifikacje. Nie pomagały sfałszowane curriculum, zaniżanie szkół, wycieranie akapitów, aż do jedynej linijki pod doświadczeniem. Gotowa byłam nawet wrócić na polernię, szorować papierem formy do butelek. Tam też dostałam wilczy bilet, bo niby zaczęłam filozofować do pana przodownika pracy. Ze swojego świadectwa znów wykreśliłam słowo: płynność. Bezpłynność była w modzie? Muszę dostosować się do potrzeb rynku.
Moja długa tułaczka po tym dużym mieście rozciągnęła się w czasie. Zawiesiłam broń, przestałam walczyć. Położyłam się na łóżku z tym samym kieliszkiem i nie robiłam nic. Ktoś pomyśli – totalny marazm, zwątpienie, nic podobnego!
Niewątpliwie nagrody dają satysfakcję, ale jeśli ograniczę się tylko do nich, nie starczą na długo. Uzależniłam się od cudzych ocen, stając się niewolnikiem. Czy to była przyjemność, czy tylko presja otoczenia? Zgonie z prawem efektu wycofałam się.

Wszystko zaczyna się w głowie. Tam na pułkach układane przedmioty, niektóre zamknięte, zapomniane, albo otwarte, sączące się starocie, gderliwe kopce kurhanów.
Tak naprawdę nie ma nudnych rzeczy, nie ma problemów nie do zrozumienia, są blokady, które wytworzyłam sobie sama. Zrobiłam rekonesans, wyszukałam z zatęchłej przeszłości jeszcze żywą wiarę i młode myśli. Śmierdzące paskudztwo przeleciało przez katalizator podświadomości, oczyściłam drogi oddechowe i jelita z zeschłej farby, by nadać nowemu tynkowi niebieski odcień świeżości. W generalnej przebudowie przyświecałam sobie jedyną myślą – bezrobotnym nie można być!

Traci się czas przeznaczony tylko dla siebie. Co mi po podziwianiu obłoczków na niebie, czy z urosną mi skrzydła, spłynie myśl twórcza, albo poznam człowieka podobnego do siebie?

Jedyną rzeczą, na jaką było mnie stać po remoncie to własny interes. Egoistyczny pastisz, własny, jak i rachunek osobisty. Tak by być fair wobec własnych myśli i szczerze zapomnianego „ja”. Znalazłam w końcu pracę, która zasługuje na mnie, a ja na nią.