Kiedy młody chłopiec dojrzewa atakuje go jakby niewidoczna, niewolnicza substancja, z którą bezskutecznie próbuje walczyć i stara się wyrwać.
Był jednym z trzech braci. Miał jeszcze młodszą siostrzyczkę, która urodziła się dużo później. Mała była rozpieszana, traktowana, jako maskotkę i całkowicie ignorowana, gdyby przeszkadzała w ich męskich grach. Matka zajęła się wówczas nią, oni wychowani w dyscyplinie stronili od wszelkich tuleń i obecności kobiet w domu.
Pamiętam tamto lato, gdy biegł przez wylane słońcem pole. Nad nim orły zataczały kręgi, a pisklęta wróbli piskały w ostatnich zielonych liściach gruszy. Biegł widząc ostatni raz oczy żniwiarek, zmęczone, jak oczy żniwiarzy. Jeszcze mały chłopiec, w ruchu, uciekający, zawsze sam, albo w towarzystwie braci. Bawił się, tylko, że teraz czas chłopięcych zabaw dobiegł końca.
Starałem się wynagrodzić mu obojętność matki, ale on już nie potrzebował czułości. Z lubością oddawał się różnym ćwiczeniom fizycznym, wspinał się na urwiska, wykonywał salta i inne akrobacje, angażował się w gry z kolegami. Nie można było oprzeć się wrażeniu, że próbuje przyciągnąć coś albo kogoś, uwolnić się od czegoś. Podobnież jak człowiek na bagnie ogania się od chmary komarów.
Jego siostra byłą już pąkiem, jeszcze nierozkwitłym, a już z cudownymi kobiecymi zalążkami. Często wyjeżdżały z matką w gościnę do sąsiadów i rodziny. A on odwracał wzrok, ba! uciekał, gdy chciały się z nim pożegnać.
Starałem się zawsze stać blisko niego, bez słów okazując, co do niego czuje. Podobnie zachowywały się kobiety w naszym domu, obserwowały, ale nie podchodziły bez przyzwolenia. Chciał być niezależny. Nie był wobec nich szorstki, ale zawsze odwracał głowę, kiedy chciałby mu spojrzeć w oczy. To jakiś uraz z dzieciństwa, do kobiet, tych najbliższych. Matki i siostry.
Któregoś dnia poszedłem do naszej figurki Artemidy, nieco dalej podążał za mną on. Był ciekawy, co zrobię, co robi dorosły mężczyzna. Niepewnie dotrzymywał mi kroku i nagle przypomniało mi się dzieciństwo i dzieciństwo mojego ojca. Obydwaj kochaliśmy się w Dianie. Zawsze ukradkiem przynosiliśmy jej pod pomnik drobne podarunki. Jej wizerunek kobiety-łobuziaka towarzyszył mi w czasie zabaw, była kimś, kto doskonale mnie rozumie. Moim skrytym marzeniem było zobaczenie jej żywej w leśnej głuszy wraz z licznymi towarzyszkami. I przyszedł czas, może miałem parę lat więcej niż mój syn, iż uznałem ją za młodą dla siebie i przeniosłem swoje uczucia na Artemidę.
Położyłem u stóp bogini bukiecik kwiatów. Liczyłam, że on rozumie, co czuję, gdy zobaczy. Nie mogłem mu powiedzieć, wprost, że jego matka i siostra nie są jedynymi przedstawicielkami płci przeciwnej.
Chłopiec wpatrywał się ze mną w Artemidę. Była ideałem piękna, nie musiała nawet brać udziału w nieszczęsnej rywalizacji pomiędzy Herą, Ateną i Afrodytą. Jej uroda nie była jednak urodą wynioślej Hery, ani urodą dostojnej i mądrej Ateny, ani też zmysłową urodą Afrodyty. Byłą to piękno sportsmenki, znane z boisk i pływalni. Ideał.
Próbowałem bez słów przekazać mu, że niezależnie od tego, jak trudne chwile czekają go w życiu, zawsze będzie mógł polegać na Artemidzie. Ona nigdy nie odejdzie i go nie zostawi. Była mi bliska, jak matka, zawsze tu była z jej twarzy nigdy nie zaniknął łagodny uśmiech.

