Styczeń
Dziś nie zadzwonił… Nie wiem co się stało, może odcięli dopływ gazu do jego domu, może awaria w elektrowni? Wczoraj zaczęły się okropne mrozy, to też jakaś przeszkoda żeby się nie odezwać… Zdaję sobie sprawę, że może dzieci mu przeszkodziły…W każdym razie do późna czekałam na telefon tak, jak zawsze, w te dni, 2 dni w tygodniu, w których usłyszę jego głos, ciepłe słowa płynące z głębi serca, jak miód na moje czarne myśli. Jednak próżna moja nadzieja na chwile zapomnienia, zapadnięcia się w otchłań nie myślenia o szarości żywota ludzkiego, czasu lizania ran po nieudanych próbach odnalezienia się w świecie. On daje mi siłę na dalsze zmagania z życiem. To taka cotygodniowa dawka adrenaliny psychicznej, a może inaczej – to słodki szept wprost do podświadomości, kiedy odźwierny wpuszcza go bez przeszkód do umysłu subiektywnego, gdzie świat jest bezpośredni, bez refleksji wprost do magazynu uczuć.
Skąd się wziął? Nie wiem. Po prostu któregoś dna pojawił się, jak kolejna pora roku, faza w życiu… bezosobowo. Nie wiem jak wygląda, a i on nigdy nie pytał jaki mam kolor oczu, długość włosów… Mężczyźni przykładają dużą wagę do wygładu kobiety, a czasem nawet przedkładają to nad inteligencję, przyjaźń i te wszystkie uczucia, które są niezbędne dla fundamentów związku. On nie pytał… Mnie również nie interesowała jego powierzchowność. Zamykam oczy i widziałam mężczyznę otulonego gęstą mgłą i słyszę głos. Muzyka słów układa się w wypowiedzi, które czule tulą rany w mym sercu i duszy. Słodka melodia kołysząca do snu, snu tak ulotnego, jak czas który był nam dany.
Jestem zmęczona tym ciągłym czekaniem, układaniem scenariusza rozmów, gdy dialog i tak obiera zawsze swoje tory. Podnoszę spuchnięte powieki i nie wiem gdzie jestem, czy w realnym świecie, czy tym wymyślonym? Męczy mnie ciągły strach, może nie zadzwoni i nie powie: „Dzień dobry, jaki masz dzisiaj nastrój?”, a ja nader pogodnie odpowiem: „Świat pojaśniał, ptaki zaczęły śpiewać w środku stycznia, a na niebie pojawiła się tęcza w nieprawdopodobnych kolorach…” Ta obawa wyniszcza mnie psychicznie, kaleczy serce, które potem on starannie ceruje.
Uzależniam się tak już prawię od roku…Od obcego faceta, a w zasadzie jego głosu, myśli, fantazji, opinii, wyborów… On chyba też, skoro dzwoni, kończymy to, a nie możemy się rozstać. Dziwna rzecz, której nie da się namacalnie sprawdzić to czas. Jeśli dane jest nam rozmawiać do późna w nocy to tylko to tej godziny, którą ktoś odgórne wyznaczył. Na 3.40 nasz czas się kończy, słyszę tylko martwy sygnał w aparacie. Cały świat, który udało mi się stworzyć przez te godziny rozmowy rozpada się w czeluściach nocy. W lecie to już świt… Pocieszam się, że rozładowała się komórka, albo operator miał dość kontrolowania naszych rozmów.
Głupota.
Ciągle się okłamuję. Czy to nie szczyt głupoty bawić się jak małe dziecko? Stąpać po śliskim lodzie, żyć złudzeniami i marzeniami, które z góry są skazane na śmierć? Czego mam spodziewać się po tej znajomości? Niczego sobie nie obiecywaliśmy, nie planowaliśmy niczego. Zresztą o spotkaniu nie może być mowy. Mieszkamy bardzo daleko od siebie (momentami bardzo sobie to chwalę), on ma dom – żonę i dzieci. Poukładane życie przetykane tylko gdzieniegdzie długimi rozmowami telefonicznymi, tak dla rozrywki, jeśli czuje się samotny. Jestem jego maskotką i sama narzuciłam sobie tę rolę, pozwoliłam żeby się mną bawił.
Gdy jest opuszczony czule go kołyszę i tulę do swych wyidealizowanych piersi. Bierze co chce, mnie całą albo tylko część: moje ciało, fantazje, namiętność albo uczucia, ciemne myśli, zaborcze poglądy.. Tego nie da się oddzielić, zwłaszcza przez telefon. Bierze mnie całą, ale, pomimo to uważam, że dostaję więcej niż sama jestem w stanie dać.
Dlaczego? Nauczył mnie tego wszystkiego czego nie udało mi się przejąć od żadnego mężczyzny, z którym byłam. Daje mi siłę do życia, przez pryzmat różowych okularów, ale to tylko otoczka, pod którą kryje się potworna ilość myśli, doświadczeń, życiowych powinności…
Nauczył mnie wsłuchiwania się nie tylko we własne pragnienia, ale przede wszystkim dawania tego co chce druga osoba. Mówienia o uczuciach i realizowania ukrytych pragnień. Tak po prostu. Przekazaniu tego czego oczekuję nie czekając na domysły partnera, jego trafne lub błędne wybory.
Kiedyś nie umiałam rozmawiać o tym co jest głęboko, co jest dostępne tylko dla mnie i dlatego wszystkie moje związki kończyły się rozczarowaniem. Brnięcie w tę pustkę, nie widząc podłoża błędu, przyczyniało się do jeszcze większego zamknięcia. Przyznaję, dla tych wszystkich mężczyzn byłam tylko na pokaz, umiałam się zaprezentować, wiedziałam co powiedzieć w chwili męczącej ciszy, kiedy się uśmiechnąć, a kiedy zacząć płakać. Myślę, że to ja zabraniałam im poznać mnie głębiej, widzieć coś więcej niż tylko fizyczność. Oni próbowali, a jakże! Ale bardzo szybko tracili ochotę zdobycia mojej podświadomości, bo przecież oczy jej nie widzą, nie można jej nawet poczuć, a walka okazała się nazbyt ciężka i długotrwała. Na tym polu przegrałam.
Drugie dno?.
On je odkrył zdumiewająco szybko i trafnie umiał zaaplikować lekarstwo. Niestety, trzeba tego zbyt dużo, a co najgorsze – systematycznie.
Krzyczę na cały głos : NIE CHCĘ TAKIEJ MIŁOŚCI
Zdają sobie sprawę, że nikt nie otrzymuje tyle miłości ile pragnie, zaś każdy chce otrzymać jej jak najwięcej. Zostaliśmy skonstruowani w taki sposób, że najlepiej funkcjonujemy jeśli jesteśmy kochani. Miłość nie liczy wysiłków, ani energii , jakie zużywa aby kogoś obdarzyć. Nie zastanawia się czy ktoś jest jej wart, czy doceni to, co od nas otrzymał. Nie kalkuluje, nie spodziewa się rewanżu. Ten kto posiada zdolności dawania miłości nigdy nie przestanie jej okazywać.
Ale dlaczego w pustkę?…
Łapię się na tym, że idąc ulicą spoglądam w oczy obcym mężczyznom. Może wśród nich jesteś? Ty, który nauczyłeś mnie nie ukrywać się przed drugim człowiekiem. Wieczorem zawsze uchylam furtkę i chłodzę czerwone wino na wypadek gdyby ktoś, żyjący blisko, chciał złożyć niezapowiedzianą wizytę z bukietem konwalii…
…bo Ty nie możesz…