• Niepamiętnik Cz, 10 lipca 2008 1 komentarz

    Chudła. Atrakcyjna blondynka w mysich warkoczykach. Właścicielka świetnych piersi, których rozmiar zmieniał się wprost proporcjonalnie do wyników totalizatora wagi łazienkowej. Kiedy była samotna i nieszczęśliwa – chudła. Jej makijaże stawały się bardziej wyraziste, a spod skąpych topów, delikatnie wychylały się kuszące piersi.

    Chudła. Kiedy tylko poszukiwała tatuowała sobie ciało szyldem: „do wynajęcia”, gdzie pod spodem, małymi literkami majaczyło: „na stałe, jeśli się uda”. Przywdziewała kuse koszulki, spódniczki nie zakrywające nawet dobrze pośladków kolorowymi kwiatami i ruszała na podbój naturalnych walorów natury. Zakładała rolki, te od św. Krzysztofa, i gnała pod las niemal brukowaną drogą. Łożyska rzędu czterech plastikowych kółeczek najczęściej nie wytrzymały wyboistości podłoża i w krótkim czasie wymieniała jedno z nich, by w końcu zredukować ilość o połowę. W domu miała zapasowe, kupowane niemal co miesiąc – lśniące plastykowe rolki i masywne buty. Kiedy już nie musiała ścigać się z komarami wyjeżdżała na chodnik przed dom, gdzie stara Kafka rządziła naocznie ulicą i to ona pierwsza rzuciła w nią ulubiona doniczką z czerwoną pelargonią.
    - Kobieto, ile ty masz lat! Pożądanym ludziom nie dajesz spokoju tym wehikułem. Faceta byś sobie znaglała a nie tu burdy pod oknami urządzasz!

    Zahamowała koło rozbitej doniczki, wyjęła z plecaka butelkę z wodą i ostentacyjnie oblała dekolt. Zimna stróżka bezbarwnego płynu pośliznęła się po wgłębieniu miedzy piersiami i wzorcowo wyciętej bluzeczce, by pojawić się na odsłoniętym dołeczku pępka na chwilę zatrzymując się i móc w chłodnych dreszczach wypłynąć ze zdwojoną siłą nieco niżej… Piersi niczym nieskrępowane brylowały krągłościami pod mokrą bluzką a nieśmiałe pieprzyki na ich czubku prężyły się reprezentacyjnie. Trafiła do ust i ssała zawzięcie. Po czym wygięła się niemal dotykając dłońmi chodnika, aby babcia mogła zauważyć przypadkiem jej szyld: „I love you, sweety”. Ruszyła niezmiernym piruetem, ratując pupę przed poświeconą dla niej drugą pelargonią. Jedno przyznać babci trzeba – miała niedościgniony wzrok i celność. Ale to ona była szybsza.

    Chudła. Po maturze, na drugim i na trzecim roku, nawet, kiedy pan dziekan zapewniał ją, że jest najlepszą studentką i gładząc po karku poprosił o pozostanie na uczelni. Została, przez pięć nieśmiertelnie długich i żmudnych lat. Spod płóciennego białego fartucha prześwitywała kolorowa sukienka, wołając: „szukam!”. Przeźroczyste pipety, flakony, nabrzmiałe syfony, alkaloidy, stężone zasady, hodowle tkanek zwierzęcych, dymiące naczynia syntezy chemicznej były niczym w porównaniu z jej koewolucyjnym dążeniem. Ponad dymiącymi kwasami rozkwitała kolejna miłość.

    Już nie chudła. Kiedy wprowadzała kolejnego gościa do służbowego mieszkania. Po cichu. By za moment w szaleńczych okrzykach paść na gruby dywan… Wszyscy ci mężczyźni nie umieli, bądź nie chcieli z nią rozmywać. Jedli z nią kolacje i śniadania, czasem nawet obiady, gdy pozwoliła im wprowadzić się na dłużej. Dłużej to znaczy trzy miesiące, bo taki rekord zanotował jeden student politechniki, piszący pracę ze statystyki.
    Już na pierwszej randce snuła marzenia, w jakiej sukni pójdzie do ślubu, a na drugiej, kiedy on pytał czy idą do niej czy do niego, czy on będzie dobrym ojcem dla ich dziecka. Każdy z tych panów, któremu udało się przebrnąć przez batalię romantycznych czułostek, wprowadzał się po paru dniach. Była idealna, przez tydzień; zachwycała elegancją, porządkiem, superseksem, dobrą kuchnią. Ale zapominała zostawiać luki na popielatość. Szary popiół na pustej półce w łazience. Zaraz potem denerwowała ją obsikana deska, resztki jego zarostu na umywalce i plamy pasty na lustrze. Ci wszyscy faceci nie chcieli składać żadnych deklaracji, nie interesowała ich zepsuta wanna, kolorowe tapety w dziecinnym pokoju, wspólna lokata, bo tak się „bardziej opłaca”. Nękani problemami kobiecych rozterek wynosili się przedwcześnie. Żaliła się potem, że faceci to dziwne zwierzęta, nie stadne, ani monogamiczne. Boją się, że ich telefon się nagle rozładuje, a to, że kumpel wyhaczył na allegro lepszego lapa, a jego fura nie przypomina już all exclusive. Bali się też jej? A to nie od tego przypadkiem kwitła w ukryciu ich prostata?
    Jeszcze nie chudła.

    Brr… patrzyła ze zgrozą na porozrzucane skarpetki i delikatną muskulaturę kolejnego mężczyzny jej życia. Pogwałcał jej harmonię idealnie samotnej siły, pędu do rannego joggingu i hałasujących rolek. Leżały w kącie – zapomniane, lśniące holenderskie kółka.
    Brr.. przypomniała sobie wczorajszy wieczór zaglądając do salonu. Smród papierosów bił od świeżo położonych tapet i nowiutkich firanek. Ten wieczór – pokerowy, cholernie nudny, z idiotycznymi komentarzami, wulgarna nasiadówka przy wódce z jego kolegami z pracy.

    Chudła, wzuwając holenderki i wbijając się w za małe topy nienawistnie podkreślające każdy wałeczek na ciele. Chudła, kładąc niewinnie karteczkę na satynowej pościeli. KOCHANIE, JUTRO WYJEŻDZAM SŁUŻOBOWO. MASZ CZAS DO WIECZORA:*
    Wszyscy, ale to wszyscy mężczyźni jej życia byli inteligentni na tyle, żeby zrozumieć teść różowej karteczki. A „ten” to nie był ten, który sobie na nią zasłużył.

    Chudła. Odsłaniała po raz kolejny swój szyld, święcie wierząc, że samotność do najgorsze cierpienie. No, bo Bóg musiał być bardzo samotny skoro stworzył świat!
    Chudła. Kiedy Kafka po raz kolejny słysząc tłuczące po chodniku rolki zamachnęła się z czerwoną pelargonią.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

lipiec 2008
P W Ś C P S N
« czerwca   sierpnia »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u