• Niepamiętnik Cz, 29 maja 2008 1 komentarz

    Maj, dość zimny, dziś zlitował się nad korzystającymi z solariów. Nieustannie padało, nie nadążam zmieniać przeciekających parasoli. I ten ból głowy – mój cichy przyjaciel. Nie mogę w takich dniach leżeć, spać, jakikolwiek statyczny czy dynamiczny podział czasu wyzwala dziwne myśli. W bólu największe wariacje się rodzą.

    Jak pisze Johnson: „Każdy z nas potrafi tworzyć, a większość tak czy inaczej się tym zajmuje. Nie ulega wątpliwości, że pełnię szczęścia osiągamy właśnie, tworząc, chociażby dzieła nawet skromne i niepozorne”. Jako potomkowie Boga nosimy w sobie wrodzoną iskrę tworzenia.

    Niektórzy mają podwójne szczęście, dostali dar pisania, rzeźbienia, malowania, doskonale słyszą dźwięki, popisują się erudycją, walczą na argumenty… Pozostawiają po sobie namacalne dzieła, które przetrwają wiele lat, a ich nazwiska owieje niejeden historyczny wiatr. Nie każda twórczość jest tak bezsporna. Ktoś, kto buduje fabrykę, daje pracę wielu tysiącom ludzi, czy nie czuje satysfakcji z tworzenia? Jest namacalne, jako skupisko budynków, połacie ziemi, maszyn, zwierząt. Produkty z tej fabryki można kupić w wielu miastach świata. Ale czy ktoś pamięta, kto stworzył grabarkę do siana czy jaki jest prawdziwy rodowód Barbie? Są to rzeczy użyteczne, ale kto by zapamiętał nazwiska tych wszystkich twórców i po co? To jak z ogrodami. Ile jest w przekazach źródłowych opisów pięknych starożytnych ogrodów. Twórca starał się za wszelką cenę sprawić radość ludziom, pięknymi kwiatami, owocami, kompozycjami alejek i altanek. Ten luksus przepadł w efektach i nietrwałości naszego eleganckiego świata.

    Pewna ciotka na zgromadzeniach rodzinnych zawsze wspominała epizod, który zaważył na jej przyszłości. Marzyła o dostaniu się na ASP. I dostała się. Z namaszczeniem opisuje ten moment, kiedy otwiera szarawą kopertę z uczelni i czyta o pomyślnych notach przebrnięcia przez batalie graficznych prac. Satysfakcję szybko ostudził jej ojciec, rodowity rolnik, zdaniem: Z tego ziarna mąki nie będzie. Ciotka przez trzy miesiące walczyła o własne miejsce w świecie, w końcu z braku środków do życia stanęła za sklepową ladą. Nie miała już czasu na malowanie (jej stare szkice są naprawdę dobre), praca w sklepie, w polu, potem dzieci, mąż i proza życia zawiązała jej talent na łańcuszku. Nigdy nie wróciła do wyrażania świata w ten sposób. Jak to określiła – dzieci będą pamiątką po tym, że żyła. Przykro, może byłaby z ciotki sławna osóbka? Jej dzieci, jak i mąż, odeszli a twórczość przeistoczyła w sprawianie radości ludziom; komponuje różne gatunki kwiatów w przydomowym ogródku. Kształtem, barwą, artystycznym zmysłem dobiera rośliny i przeistacza je w gustowne naziemne dywany. Nie wiem czy umiałaby zatrzymać rośliny na płótnie, czy to z racji braku zdolności. czy zamknięcia życia w ciasnej klatce.

    A czy to nie jest tak, że obowiązki rodzinne bardziej kobietom niż mężczyznom utrudniają tworzenie? Do twórczości potrzebna jest samotność, niekoniecznie ból czy schizofreniczny szał. Bóg (los – jak kto woli) daje nam różne dary, samotność też jest darem rozwijania zapomnianych talentów. Samotność nie jest porażką, i jak pisze Johnson – jest wsłuchaniem się w siebie. Przecież tak naprawdę jesteśmy samotni przez całe życie, a byt w pojedynkę nie oznacza przegranej.

    Twórcą jest rolnik, szklarz, malarz, właściciel fabryki i sprzątacz na ulicy. I ten kto po kryjomu bazgroli na kolanie małe karteczki, które nigdy nie ujrzą światła dziennego. Szczęściem jest umieć dostrzec w swym życiu element twórczości.

  • Listy Pn, 26 maja 2008 1 komentarz

    się JEMU, jak własnemu odbiciu, widzę w nim siebie, wierną kopię nakreśloną przez kryptonim świata. Kiedy wstaje rano już wiem co powie, o co zapyta, co będzie jadł na śniadanie, jakich słów użyje, by powiedzieć „kocham”. Nakłada ubranie, które idealnie pasuje do całości i wychodzi. Mam cały czas w pamięci zielone, wesołe oczy zza małych okularków, rozpromienioną twarz i tę wrażliwość w każdym zakamarku Jego istnienia. Czekam na Niego, by znów móc się przyjrzeć genetycznemu cudowi jaki dała mi natura.

    „Postaram się ciebie nie zawieść…”

    Helisa splecionych ciał – geometryczny obraz świata zapisany na liniach naprzemiennie leżących zasad. Zasad jasnych, acz skomplikowanych pietyzmem uporządkowania w kochających się białkach. Prawidło tkliwości podyktowane skurczami nabrzmiałych ciał, chwila nieuwagi i magicznie krople rosy wymieniają się komórkami w godowym tańcu.

    Pamiętasz, nasz związek uwieńczyliśmy wymianą tych drobnych iskierek chemicznych. Nie wiedziałeś, że to się tak skończy. I tak zacznie nowy alfabet życia…

  • Listy Cz, 22 maja 2008 1 komentarz

    Nigdy nie myślałam, że buszując po sieci można ugrząźć po kostki, a życie przelewać cicho przez ilość szarych komórek zerojedynkowego świata. Długo komputer był tylko meblem z osadzającym się niezmiennie kurzem, ewentualnie, z racji komercjalizacji, narzędziem do wystrugania pisemnej pracy. Zupełnie nie bawiły mnie mapy bitowe, czy wektorowe strzałki, o kodach nie miałam pojęcia; czego nie obejrzałam na papierze, o tym nie mogłam powiedzieć – wierzę.

    Świat się nagle skurczy do rangi 17 cali i pozostał taki do dziś. Cały świat w zasięgu klawiatury i myszki. Wybrałam? Musiałam zamknąć się w tym świece, jakkolwiek by mieć coś dla siebie, nie ograniczać się jedynie do tego, co muszę, a pogodzić to z chęcią „bycia”. A to i mój wybór.

    Świat synchroniczny z tym za oknem, tamten oczywisty, ten wymyślony. Porównywalnie tworzy obrazy, wyzwala myśli, wysila wyobraźnię i uczy ciągle czegoś nowego. Ten, kto nigdy nie buszował po sieci (czy jest ktoś taki?), a całą wiedzę czerpie z opowieści, może myśleć, że roi się ona od ludzi niezrównoważonych umysłowo. No właśnie, tak zwani normalni ludzie zaczynają zachowywać się inaczej w różnych warunkach, a czasami ta inność jest wręcz szokująca. Mogę mówić o sobie, że jestem zrównoważona, spokojna czy przychylna, ale nie doceniam siły, z jaką oddziałuje na mnie konkretna sytuacja. W odpowiednich warunkach środowiskowych każdy jest zdolny zrobić coś, co uzna za nietypowe dla siebie. Nowa technologia daje nam rolę twórcy, producenta i użytkownika, wielką możliwość wpływania na to środowisko, a to kształtuje nowe struktury społeczne i odmienne zachowania. Dlatego nas tu tak ciągnie?

    Wciąż mało mi człowieka. Przeszukuję zakamarki mojej sceny, czytam głosy i często po pewnym czasie nasuwają mi się zupełnie inne myśli niż zawarte w moich odpowiedziach na nie. Łapię za słówka komentujących i ich myślami dziergam nowe teksty. Czy bez nich grałabym częściej, dłużej, treściwiej? Nie wiem, na pewno zubożałabym o wiele informacji, które przez przypadek udało mi się wychwycić z przymusu, teraz robię to z premedytacją.
    Szukam i pytam: „czy odnajdziemy wspólne słowo?” Nie znajduję odpowiedzi na wiele pytań, dopytuję nadal. Co dziwne, ludzie odnajdą też mnie, niespodziewanie, nie tylko we wpisie, gdzieś na czacie, a nawet proszą o coś fizycznie. O dialog napisany na potrzeby teatru.

    Tutaj, czy tam, różnicą jest tylko namacalność; paradoksalnie – tam można dotknąć widza, tu tylko z nim rozmawiać.scenaUśmiecham się, gdy pomyślę, że w sieci jestem poza ciałem. Nie mam oprawy, która wymaga drukowania ulotek, paktów, reklamówek, nie muszę biegać za technicznymi sprawami. Siedzę i gram – słowem, podobnie jak aktor. Gdy nie mówię – nie jestem. Może nie mam dużej publiki, ale to też mnie cieszy, jeśli mam trafić do kogoś – znajdę furtę, o mur też się obiję, tak od czasu do czasu dla zdrowia psychicznego. Nie tworzę żadnej grupy, jestem sama, decyduję o moim scenariuszu i poszczególnych aktach, każdy wyraz mogę dowolnie tworzyć od nowa. Nawet wytrzeć błąd wyrazowy w oku przeglądarek. Nie jestem zmuszona liczyć na spóźniającą się trupę, a pan reżyser nie ubliży potoczyście dekoratorowi, który pomylił znaczniki, przez co światło dało inny obraz całości.Na początku mojej drogi sieciowej potykałam się o licznych reżyserów. Moje spektakle produkowałam na zamówienie, o określonym temacie, z pokazowymi słowami kluczowymi. Twórcy ci także brawurowo grali, uwalniali emocje, szczególnie we mnie; otwierali nowe perspektywy. Zawiodły mnie trochę ich cele. Siłą pieniądza w sieci nie ma dla mnie racji przebicia, jednak ludzkie emocje są powszechnym środkiem płatniczym. Czego człowiek nie robi, by dostać obiecany dodatek, dopóki omamiony świecidełkami nie trafi w pustkę. Okłamuje się. Radzi sobie, naśladując tłum gapiów i twórców zarazem.
    Mam wewnętrzny sprzeciw karmienia się obłudą, okłamałabym siebie z bezwzględną premedytacją
    Aż w końcu usłyszę słowa: kop swój ogórek, czuj, że zbierasz siły do walki i nie stój w miejscu.

    Wpis ten dedykuję Gosi, która starała się podźwignąć materialny ciężar przedstawienia, będąc początkującym aktorem. Tu, czy tam można się rozwijać, pracować nad sobą, wyrażać siebie. Zbyt duża przekładnia? Teatr jest wszędzie.

    ****************************************************************************

    Zdjęcia pochodzą z przedstawienia W pętli wystawionego 8 marca 2008 w Gdańskim Ateneum.

  • Donkiszoteria N, 18 maja 2008 1 komentarz

    Czytałam kiedyś artykuł o niewybrednej sztuce porozumiewania, jaką to Europejczycy zafundowali sobie w związku z przysposabianiem innych ras ludzkich do cywilizowanego świata. Niewolenie to ma dwa wymiary – nasze i ich – mieszkańców dzikich krain.Po pierwsze: kiedy „nasi” rozumieli, że istnieją lepsze sposoby relacji z innymi rasami niż niewolenie, zaczęli intensywnie prowadzić badania nad tym czy można od nich czegoś się nauczyć. „Nasi” czuli się istotami wyżej uorganizowanymi, czyli tamci stali na sporo niższym poziomie. Minęło niemało czasu i badań, a „nasi” nadal mieli problemy z porozumiewaniem się z tubylcami. Niektórzy z nich wypowiadali jakieś zdanie, by po chwili zaprzeczali mu. Badacze chcieli nazwać ich idiotami, lecz z racji ucywilizowania nie wypadało im używać tego słowa, wiec nazwali ich myślenie prelogicznym. Nikt nie zbadał czy plemiona mają te same pojęcia logiczne, co my i czy istniała u nich w ogóle taka kategoria jak sprzeczność. Dla nich sprzeczne komunikaty wydawały się naturalne, dla nas wprowadzały konflikt wypowiedzi.

    Zastanowiło to „naszych” na tyle, że postanowili nie krytykować odmienności i dalej badać jej genezę, bo być może myślenie prelogiczne jest o wiele przyjemniejsze i bliższe naturze niż nasza uporządkowana i uprzemysłowiona społeczność. Uzbroili się zatem w zasadę życzliwości (podejrzewam, że było to następne pokolenie „badaczy”) i nie wychodząc z założenia, że tubylcy są prelogiczni, zaczęli dochodzić wyjaśnienia dającego pogoić niedorzeczność z prawdą.

    A prawda była o wiele mniej skomplikowana. Myślenie prelogiczne nie istniało. Tubylcy, podobnie jak badacze, wznawiali zasadę niesprzeczności. Zdarzały się przypadki, w których tubylcy, podziwiając oryginalność przybyszy, wymyślali jakieś absurdalne historie typu „Wczoraj padał deszcz i ukazała się jednobarwna tęcza, dziś też będzie padać, ale tęcza będzie fioletowa” .

    Po drugie: Po co tubylcy wprowadzali ten chaos? Aby zobaczyć minę przyjezdnych, a potem śmiać się z nich w gronie przyjaciół. Nie chcieli okazać się zbyt łatwi i prości a „naszym” dali szansę na zniewolenie myślenia kategoriami ich poczucia humoru.

    Błędem „naszych” było tworzenie niezbyt fachowego spojrzenia, zamiast badać język tubylców – słaba znajomość gramatyki i słownictwa powodowały, że niewłaściwe tłumaczył to, co do niego mówiono. Tubylec mógł nie powiedzieć „Dziś nic nie jadłem”, tylko „Nie powinienem dziś nic jeść”, a co równało się zdaniu „Dziś jadłem jednego banana”. Może było jeszcze gorzej, może fonetycznie „nic” i „jeden banan”, są do siebie w ich języku bardzo podobne i zinterpretował myślenie miejscowego jako myślenie prelogiczne, a zdanie to mogło brzmieć po prostu: „Dziś jadłem tylko jednego banana”.

    Ten artykuł, wyszperany gdzieś z niepamięci, potwierdza jak ważne jest elastyczne myślenie, nie zamykanie się w sztywnych zasadach teorii pomieszanej z przeżytkami czyichś odległych doświadczeń. Zanim pomyśli się, że ktoś nie jest inteligentny lub jest prelogiczny albo jeszcze coś innego, warto jeszcze raz przeanalizować jego zachowanie i wypowiedz. Sztywne współczynniki, takie jak iloraz inteligencji, nie przypadają się nikomu do mierzenia prawdziwej inteligencji.

  • Pętla Śr, 14 maja 2008 1 komentarz

    Zdusiłeś mnie swoim ciałem
    Nie spałam – czuwałam
    Tak bardzo nie bolało…
    Zabrałeś – co chciałeś
    Chłód nocy wyrwany przemocą
    Linie bioder kołyską wyciętą
    Próżne ręce dotykiem natrętne

    Mowa nie wyrazi udręki
    Lęk słabo wyrywa się z piersi
    Cicho – krzyczy
    Do świtu czas rytmiczny
    Ogień kilka barw zdobędzie
    Modlitwą o ranek

    On wie jaki ból sprowadza
    Kochanek kocha się droczyć
    I…
    Nie pozwala odejść

  • Niepamiętnik N, 11 maja 2008 1 komentarz


    Themeny

    - Mańka! Zaczekaj! Tu jestem! – zza kolorowych parasoli dobiegł głos Valerci.

    Mania zatrzymała się nieco zdezorientowana, pociągnęła wzorkiem po małomiasteczkowej pstrokaciźnie i odnalazła koleżankę ze szkolnej ławy. Podbiegła i rzuciła się Valerci w ramiona.

    - Co się stało? Co mnie tak od prania oderwałaś?! – Mańka, po standardowych wylewnościach, zapieniła się niczym najpopularniejszy proszek.

    - No czytaj! – podsunęła jej gazetę. – Sam świat do nas przychodzi!

    Mańka chwyciła łapczywie zwichrzoną prasę.

    - Jak mam czytać, jak nie mom okularów! – oddała nerwowo koleżance strzępek makulatury.

    - Tu piszą, że kobiet szukają do Francyi, do roboty. To znaczy do zamęścia, ale chłop ma farmę, wiec do pola im potrzeba rąk. Polek potrzebują.

    - A co to, u nich mało kobit? Płodozmian zmieniają, jak to?

    - No wiadomo, tamte dziewuchy rozwiązłe, tłuc się tylko chcą po dyskotekach. Polki są moralne, wierne i rodzinne i robotne, naturalnie. Wiesz, chyba usłyszeli o nas gdzie trza. Nie bez powodu mamusia uczyła nas pleść powrósła, robić snopki i stawiać kuczki. Aż do dziś pamiętam te siniaki od kabla żelazkowego, com na grzbiecie czuła, jak o 6 jeszcze w łóżku leżała. A tu krowy nie wydojone, ser nie ukiszony, a trza iść w buraki. Albo jak nie ulepiłam na czas pierogów i wszyscy głodni czekali pod lasem – wspominała Valercia.

    - Ty, ale oni tam piszą, że te gospodarstwa są w pełni zmechanizowane! – wyczytała trzecim okiem Mania. – Do czego Ci plewienie, sadzenie czy kopaninie?

    Valercia wyrwała jej strzęp gazety.

    - To po co tym desperatom kobiety?! Szukać na obczyźnie, nie wiadomo jakie choróbsko przywlec?! Tak se tamte kobity wyhodowali, że wszystkie takie uczone, a nie umią zaprzęgać kunia do orki i siewu. Popręg za luźno założony? Kuń dobry jak mu się świeży owies i obrok do żłoba sypie, a te lafiryndy pewnie sianem tylko karmiły.

    - Konia też trza mądrze wychować, jak powtarzała mamusia. Pamiętasz, jak podsuwała karemu cukier i chleb? Słuchaj, jak tam taki folwark, to nic ino jechać. Tam mają tylko stada owiec albo krów i hektary kukurydzy – wycedziła Mania lustrując każdą literkę z osobna. – Nic podejrzanego!

    - No… pani na włościach. Już se wyobrażam: siedzę na werandzie wielgachnego domu, na bujaku, przede mną zagony kukurydzy, bliżej grządki światowych kwiatów. Po prawej stada owiec, po lewej krowy (już wydojone), no i kury, kocham kurki! A na środku pasie się pstry konik – rozmarzyła się Valercia.

    - Tak, a nieopodal stawik z rechoczącymi żabkami. To oszczędność, bo zobacz… Francuzi przepadają za żabimi udkami i to może byłaby ta praca, którą tam robić trzeba? Codzienny wypad nad staw i łowienie żab? O! Tu piszą, że oni mają grube portfele, to i pewni maja kucharkę i służącą.

    Valercia poczęła szukać kruczków w dalszej części ogłoszenia.

    - Mania, jak my się z nimi dogadamy? – zakłopotała się nagle.

    - Toć pisze, że znajomość języka nie jest wymagana. Nawet ja widzę, bo wypunktowali grubymi wołami! A język w gębie masz to i po cichu się dogadasz, wrzeszczeć nie musisz jak do parobka. Ja widziałam kiedyś taki wywiad z bramkarzem, chyba na niego Platini wołali. No, ładnie mówił, a jak językiem po literkach jeździł aż mu czubeczek raz po raz niemal z ust się wyślizgiwał. I tak to „r” mu dźwięczało! Jedziemy kochana, to robota dla nas! Damy radę! – wrzasnęła Marianna.

    - Panie, daj pan wody! – Valercia zaczepiła kelnera.

    - Źródlanej, gazowanej, niegazowanej, średnio nasyconej, niskosodowej, wzbogaconej…

    - A co pan tu Amerykę odkrywasz przed mami. My do Francyi jedzim, farmerować będzim, żabie udka pan lepiej szykuj, trza skosztować czy to się z kościami je. I wody, ze studni, chybcikiem!

    Kelner oddalił się pospiesznie.

    Valercia trzęsąc się, przeczytała jeszcze raz na głos ostatni wers ogłoszenia.

    - „Panowie szukają Polek między 18 a 45 rokiem życia. Najchętniej panien, ale rozwódki też -mile widziane, mogą być z dzieckiem. Kandydatami na przyszłych mężów są katolicy, szukający pań, które do wiary przywiązują dużą wagę.”

    - To dobrze. Ja chodzę do kościoła co tydzień, nie opuściłam żadnej majówki i czerwcówki ani pomniejszych świąt – pochwaliła się Mania. – A jak z tym wiekiem, do ilu lat szukają?

    - Do 45 lat – skrzywiła się Valercia.

    - No to chybcikiem, daj telefon, bo lata lecą! O, zobacz – „Sprawa jest pilna, że oferty kandydatek są przyjmowane bezpłatnie”. Mamy jeszcze pół roku.

    - Pani zamawiała źródlaną? – kelner wpadł im się w słowo, próbując wydrzeć resztki gazety. – Wezmę to, sprzątaczka znów byle jak sprzątnęła kanapy.

    - Nie! Przeglądamy ogłoszenia! – Valercia zdębiała, próbując odebrać gazetę.

    Nagle dojrzała na niewielkim skrawku datę druku. Ogłoszenie ukazało się pół roku temu.

    Łzy grochu popłynęły po ogorzałej od słońca twarzy.

    - Mogę przynieść dzisiejszą prasę – zareagował szybko kelner zaniepokojony o innych gości, i już niósł na tacy pachnącą farbą gazetkę. – Proszę – otworzył, wskazując na ogłoszenia.

    - Valerka, nie rycz. Słuchaj: „… biura matrymonialne mają informacje, że nawiązaniem kontaktów z Polkami bardzo zainteresowani są panowie z Danii!!!”

    - A jaki jest tam… język? – rozpłakała się na dobre Valeria.

  • Moje podwórko Śr, 7 maja 2008 1 komentarz


    North Bull Istand, Irlandia

    Internet to pracownia do badań tożsamości, jest pełen kibiców, widzów i graczy asystujących przy naszym osobistym teście. Niewielu ludzi odchodzi w nim od prawdziwego „ja” tylko manipuluje kilkoma sowimi cechami, które chciałby zmienić. Cechy te dotyczą zwłaszcza ekstrawersji. Jednak są tacy, którzy przekraczają granicę, która oddziela wywierane wrażenie od oszustwa . Możemy żyć w błogiej nieświadomości, że nasze testy są tylko nieszkodliwą rozrywką, lecz białe laboratoryjne myszki mogą mieć inne zdanie na ten temat.

    Oszustwa mogą mieć różnoraką postać. Względnie łagodną formą jest świadome wcielanie się w inną postać.

    Przebieranie, udawanie inną osobę obserwuje się u dzieci w wieku 2 lat, które traktują to, jako rodzaj zabawy. Kiedy więcej dzieci zaczyna dogrywać swoje rólki, tworzy się pewna kultura, rządząca się określonymi prawidłami dotyczącymi przystąpienia do gry, sposobu udawania postaci i zachowania w jej trakcie. Zasada zachowania iluzji mówi, że uczestnicy zabawy powinni wytrwać w swych ideach, muszą unikać uwag sugerujących, „że to jest tylko na niby”. Uwagi nie należące do partii granej postaci drażnią innych uczestników, zakłócają rytm gry i osłabiają fantazję.

    Wyraźna linia graniczna, jaką dzieci kreślą w trakcie zabawy, tworzy specyficzną ramę nierzeczywistości, która jest wewnątrz większej ramy rzeczywistości prawdziwego świata. Te reguły rządzące światem zabawy mogą być bardziej wymagające niż w prawdziwym świecie i chronią ramę zabawy przed wdarciem się do niej zasad prawdziwego życia.
    Z wiekiem dzieci tracą zainteresowanie odgrywaniem skrzętnie układanych ról, a wciągają je inny rodzaj zabaw.

    W dzieciństwie bez oporów przyjmujemy zasadę zachowania iluzji i inne ograniczenia związane z odgrywaniem ról. Jednak dla dorosłych w sieci ów mur oddzielający ramę rzeczywistości od ramy gry staje się cienką, półprzepuszczalna błoną. Ściśle i szybko przyswojone przez dzieci przedszkolne reguły gry, aby zdefiniować granicę miedzy prawdziwym życiem a udawaniem, znajdują mniej zrozumienia u dorosłych w sieci. Czasem są one bardzo sztywne, a niekiedy przesiąkają jak sito

    Internet stwarza możliwość zabawy. Ale wielu ludzi nie zna zasad, nie wie, kiedy inni przeskakują z jednej ramy do drugiej. Człowiek musi zdać sobie sprawę, czy odpowiadają mu poznane reguły gry, porównując je z realnym życiem i akceptując, albo przyjąć, że to tylko dziecięca gra kinowa. Jeśli wszyscy grają jakieś role i wszyscy o tym wiedzą, to nie ma dylematu. Problem pojawia się, gdy wejdzie się do ramy odgrywania ról, w której sieciowa tożsamość jest rażąco odmienna od naszego „ja”, a inni tego nie robią. Rodzi się nowa forma, ale czy niewinnego oszustwa?
    Maskarada przestaje być fair, bo co jest prawdziwą twarzą, a co iluzją odbywającą sie za zgodą zainteresowanych? A ile w tym momencie otwarło się drzwi ewakuacyjnych? A czy wielu skorzystało z krzyżyka na drzwiach? Skoro gracz jest tylko pustym graczem, nie mającym nic do przekazania; zasiadającym przed monitor do Quake’a z miotaczem piorunów i piłą mechaniczną, odreagowując real, to czy nie warto poszukać innej piaskownicy?
    Sieć umożliwia przeprowadzenie wielu eksperymentów; nie wiadomo czy mają one pozytywne czy negatywne następstwa w grach miedzynickowych. To laboratorium jest czynne całą dobę i przeprowadza w nim badania mrowie osób zza ekranu osobistego komputera. I, jak dzieci, chcą uczyć się przez zabawę założeniami wszystkich chwytów manipulacyjnych.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

maj 2008
P W Ś C P S N
« kwietnia   czerwca »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u