
Zawsze chciałam zapaść się w miękką wzorzystą kozetkę ze stertą puchowych poduszek. Nie miałabym zahamowań, patrząc w sufit i nie układając wypowiedzi w logiczną całość odpowiadać na rzucane hasła. Wejść w przedświadomość i wyciągnąć na światło dzienne wszystkie skandale osobistego życia. Odważyć się kolejny raz na dziwaczne szaleństwo.
Długo myślałam zanim dopasowałam mój obraz psychologiczny do wiarygodnej choroby. Wmówiłam sobie nerwicę natręctw.
Mama zawsze zwracała nadmierną uwagę na mój wygląd, była pod tym względem bardzo wymagająca. Sama uchodziła za niedościgniony wzór doskonałości, niemalże jak aktorki, która wstają z łóżka tak, jakby wyszły od kosmetyczki i fryzjera. Wiek dojrzewania był irracjonalnym znakiem protestu przeciwko tej dyktaturze opłacony problemami z nadwagą. Ostatecznie uległam. Przyswoiłam sobie narzucony przez matkę ideał piękna i perfekcji. Obsesją było, by nie chodzić spać z lusterkiem pod poduszką. Szczególnie, kiedy nie spało się samej.
Umówiłam się na wizytę. Gabinet mieścił się w starym budownictwie. Drewniane schody, dawno nieodnawiana klatka, ciężkie, kute drzwi… Pokój prezentował się nieskazitelnie – rząd półek i regałów z fachową literaturą, na ścianach obrazy uśmiechniętych kobiet i burko z naprzeciwlegle stojącymi krzesłami. Na lóżko nie starczyło miejsca. Zawiodłam się.
Pan z siwą bródką zaprosił mnie gestem. Słowo – jedyne terapeutyczne narzędzie – słowo, które leczy. No i gdzie to słowo? Zrobiło mi się niezręcznie. To ja mam mówić? Świdrujące małe oczka z naprzeciwka zdawały się zadawać jedno, jedyne pytanie: z czym pani do mnie przyszła? Wiec zaczęłam moją wymyśloną historię.
Zdawałam sobie sprawę, że zwraca on uwagę na wszystkie składowe wypowiedzi: płynność, intonację, zawieszenia głosu, przerwy w narracji… Na początku zadowolona ze swoich poczynań stopniowo zaczynałam się gubić. Cisza zapadała coraz częściej i na dłużej. Dlaczego dopuszczał czasochłonne milczenie pacjenta?
Klepałam, jak papuga mechanicznymi stereotypami. Pan uśmiechnął się nieznacznie. Robiło mi się to gorąco to zimno ze strachu, iż wyczuł moje kłamstwa.
Cisza. I czekanie. Na co? Na złudną intymność, poczucie bezpieczeństwa w tym sterylnym, bezosobowym pomieszczeniu? Na czym mam się koncentrować skoro wszystko powiedziałam?
Spanikowałam. Ja – opanowana do granic możliwości kobieta. Kątem oka dostrzegłam na komodzie paczkę chusteczek.
To dla mnie, chciałam dopytywać się.
O czym pani myśli, padło nagle pytanie.
Zebrałam w sobie wszelką wewnętrzną refleksję, w konfrontacji jednej, drugiej, trzeciej świętokradczej myśli, nawet tej absurdalnej i wstydliwej. W tej jednej chwili zdecydowałam się na spontaniczne wyartykułowanie myśli bez zbytniej kontroli. Opowiadałam o wszystkim, co udało mi się odtworzyć w pamięci. Prześledziłam losy najbliższej rodziny. Każdego, oprócz siebie.
A potem kolejne – kim pani jest?
Nie wiem, zbita z tropu odpowiedziałam odruchowo.
Ta bezsensowna wypowiedz wywołała przypływ agresji, napad lęku, to znów nagle przywołane wspomnienia i w końcu łzy. Uświadomiłam sobie istotę problemu. To nie była nerwica natręctw.
Uczyłam się sama od siebie w urywanych płaczących słowach, często powtarzanych i ustępujących miejsca milczeniu. Dotknęłam „jadra ciemności”, czegoś, co broni się przed światłem prawdy. Czy moje poszukiwania powinny iść w tym kierunku?
Podał mi chusteczki.
Potrafi pan milczeć, robi to pan bardzo dobrze, wyszeptałam sarkastycznie miedzy jednym a drugim smarknięciem.
Chce pani coś ukryć, a jednocześnie sama wie w czym tkwi problem. Jestem życzliwie bezstronny, ale moje milczenie nie wyklucza rozmowy. Musi pani przepracować swoje cierpienie dzięki słowu, a cisza otwiera drogę, by iść dalej w swoich myślach.
Wie, pomyślałam.
Zaczęła opowiadać o sobie… Szłam ulicą z opaską na oczach, co chwilę wdeptywałam w psią kupę. Ale w trakcie potyczek „rozkuwałam” pancerz racjonalizmu, porzucałam intelektualizowanie wydarzeń, porzucałam opaskę silnego wstydu i nie zawsze akceptowanych emocji.
Wychodząc, ściskałam niejasny obraz diagnozy napisany na zwitku papieru „zaburzenia lękowe”. Wiara przenosi góry – moja przyniosła chorobę.
