
Se_perde
O trzeciej nad ranem – świt bije się ze zmierzchem.
Umówiliśmy się na czwartą. Miałam z całym zastępem składać przysięgę na Placu Wolności. 1-go maja na dobry początek słusznej drogi. Zimno poranka nie ostudziło czerwonych policzków ekscytacji, drżenia ciała i skurczów gdzieś w splocie słonecznym. Recytowane słowa wartko przedzierały się przez dziecinne usta powtarzane w mantrze połowicznego zrozumienia. Nikt nie próbował wyłamać się innym tonem, akcentem, zaprzeczaniem. Uśmiechy, gratulacje i plany, co jutro, jak przypieczętujemy kolejny krok w dorosłość? Nie mogłam myśleć, huczało mi w głowie, ciało dygotało – to z niewyspania, przejęcia, ze szczęścia…
To chyba było około dziewiątej.
Ubrana w białą bluzkę i niebieską spódniczkę, w grubych rajstopach, wybiegłam na dwór, dzierżąc dumnie poprzedniego wieczora ukończonego papierowego gołąbka. Wsparty na długiej listewce ptak ciągnął za sobą sznur kolorowej bibuły. Wiatr targał nie tylko jego włosy, ale i rzesze transparentów, flag i kwiatów. Potoczystość kolorów, niecodzienna w szarości nylonowych drelichów, wyzwalała radość dzieci. Targowały się, kto ma nieść transparent, ktoś wygrał brutalną licytację na portret ważnego towarzysza, poczty sztandarowe ulegały presji mieszania członków. Nauczycielka była dziwnie nerwowa. Ustawiała nas w kolumny, lecz po przejściu zaledwie paru metrów obierały pokaźna klaustrofobiczną pozę.
Wyruszyliśmy roześmiani, w niecodzienną podróż ulicami naszego miasta, pomalowanego na ten dzień. Na każdym słupie, sklepie, balkonie powiewały biało-czerwone flagi; na budynkach urzędów nieodzowne, koło jednej z nich, wsiały co najmniej dwie czerwone. W obowiązkowym zestawie, na specjalnie ustawionych masztach, rozciągnięto na linach transparenty z hasłami. Brystolowe, czerwone litery na białym materiale przypiętymi szpilkami krawieckimi, szpeciły gdzieniegdzie zasady ortografii, o ile nie zawoalował ich wiosenny wiatr i deszcz.
Dumnie ściskając swoje bibeloty wkroczyliśmy na ulicę, sprawdzaliśmy komfort poruszania całą jej szerokością. Po obu stronach drogi stali ludzie – dorośli i dzieci, machali do nas ręcznej roboty rekwizytami, z taką radością, jak gdyby byli świadkami momentu wyzwolenia spod katorżniczej pracy. Milicja ochoczo spychała tłumy na chodniki. Te same patrole biegały po ulicach na drugi dzień z wielką czujnością pilnując, aby flagi znikły przed 3 maja.
W witrynach sklepowych wisiały portery ukochanych przywódców narodu, przystrojone wstążkami z krepiny.
Na początku szła orkiestra i proporce, później cała socjeta miasta, a za nimi, bez bliżej określonej hierarchii, zakładowi przodownicy pracy, robotnicy, studenci i my – dzieci. Starsi przemyślnymi sposobami wkręcali się aktywistom wciskającym szturmówki i drążki ze sloganami.
Gdzieś powyżej naszych głów zamontowano megafony przestrojone w kolorowe wstążeczki i baloniki dla odstraszenia wędrownych ptaków. Coroczny lektor, wychyliwszy się nieco z bocianiego gniazda zapowiadał nadejście kolejnych zakładów pracy, wydziałów, szkół i dygnitarzy z gipsową głową Lenina. Normą dla spikera było wyrobienie nie mniej niż 150% trafności w wyliczance norm przerobowych danego zakładu, wydziału, a nawet gniazda. Średnia oscylowała w granicach 220%. Okrzykom i owacjom towarzyszyły rzucane w przerwach ociągających się pielgrzymów sentencje: „Pozdrawiamy weteranów walki i pracy – budowniczych Polski Ludowej!”, „Pozdrawiamy partie komunistyczne i robotnicze całego świata, walczące o postęp, pokój i socjalizm!”, „Lepsza przyszłość Polski zależy od nas — od pracy na każdym stanowisku!”, „Młodzieży! Bądźcie godnymi kontynuatorami dzieła Waszych rodziców!”
Nie doczekałam szczytu programu i jednocześnie jego zakończenia, kiedy popisywać się mieli zmotoryzowani: traktorzyści, motocykliści w hełmach z miniaturowymi przyczepkami, karetki pogotowia i wozy strażackie. Nie owionął mnie szary dym emitujący niewyobrażalną ilość spalin, zasnuwający na chwilę bujność sztucznych kwiatów.
Wszystko furczało, krzyczało, tańczyło w słońcu, i w głowie coś zaczęło szybko dudnić. Od kolorowego blichtru, przepychu, od gorączki szaleństwa pociemniało mi w oczach.
Nauczycielka była chyba zadowolona, nie musiała nieść ciężkiej, czarownej flagi aż do miejsca rozwiązania pochodu. Niestety, nie mogła też wcześniej urwać się do domu.
Przysięga – przepadła, pochody są wspomnieniem.
