• Donkiszoteria Cz, 3 kwietnia 2008

    Zawsze chciałam zapaść się w miękką wzorzystą kozetkę ze stertą puchowych poduszek. Nie miałabym zahamowań, patrząc w sufit i nie układając wypowiedzi w logiczną całość odpowiadać na rzucane hasła. Wejść w przedświadomość i wyciągnąć na światło dzienne wszystkie skandale osobistego życia. Odważyć się kolejny raz na dziwaczne szaleństwo.
    Długo myślałam zanim dopasowałam mój obraz psychologiczny do wiarygodnej choroby. Wmówiłam sobie nerwicę natręctw.

    Mama zawsze zwracała nadmierną uwagę na mój wygląd, była pod tym względem bardzo wymagająca. Sama uchodziła za niedościgniony wzór doskonałości, niemalże jak aktorki, która wstają z łóżka tak, jakby wyszły od kosmetyczki i fryzjera. Wiek dojrzewania był irracjonalnym znakiem protestu przeciwko tej dyktaturze opłacony problemami z nadwagą. Ostatecznie uległam. Przyswoiłam sobie narzucony przez matkę ideał piękna i perfekcji. Obsesją było, by nie chodzić spać z lusterkiem pod poduszką. Szczególnie, kiedy nie spało się samej.

    Umówiłam się na wizytę. Gabinet mieścił się w starym budownictwie. Drewniane schody, dawno nieodnawiana klatka, ciężkie, kute drzwi… Pokój prezentował się nieskazitelnie – rząd półek i regałów z fachową literaturą, na ścianach obrazy uśmiechniętych kobiet i burko z naprzeciwlegle stojącymi krzesłami. Na lóżko nie starczyło miejsca. Zawiodłam się.

    Pan z siwą bródką zaprosił mnie gestem. Słowo – jedyne terapeutyczne narzędzie – słowo, które leczy. No i gdzie to słowo? Zrobiło mi się niezręcznie. To ja mam mówić? Świdrujące małe oczka z naprzeciwka zdawały się zadawać jedno, jedyne pytanie: z czym pani do mnie przyszła? Wiec zaczęłam moją wymyśloną historię.

    Zdawałam sobie sprawę, że zwraca on uwagę na wszystkie składowe wypowiedzi: płynność, intonację, zawieszenia głosu, przerwy w narracji… Na początku zadowolona ze swoich poczynań stopniowo zaczynałam się gubić. Cisza zapadała coraz częściej i na dłużej. Dlaczego dopuszczał czasochłonne milczenie pacjenta?

    Klepałam, jak papuga mechanicznymi stereotypami. Pan uśmiechnął się nieznacznie. Robiło mi się to gorąco to zimno ze strachu, iż wyczuł moje kłamstwa.

    Cisza. I czekanie. Na co? Na złudną intymność, poczucie bezpieczeństwa w tym sterylnym, bezosobowym pomieszczeniu? Na czym mam się koncentrować skoro wszystko powiedziałam?
    Spanikowałam. Ja – opanowana do granic możliwości kobieta. Kątem oka dostrzegłam na komodzie paczkę chusteczek.

    To dla mnie, chciałam dopytywać się.

    O czym pani myśli, padło nagle pytanie.

    Zebrałam w sobie wszelką wewnętrzną refleksję, w konfrontacji jednej, drugiej, trzeciej świętokradczej myśli, nawet tej absurdalnej i wstydliwej. W tej jednej chwili zdecydowałam się na spontaniczne wyartykułowanie myśli bez zbytniej kontroli. Opowiadałam o wszystkim, co udało mi się odtworzyć w pamięci. Prześledziłam losy najbliższej rodziny. Każdego, oprócz siebie.

    A potem kolejne – kim pani jest?

    Nie wiem, zbita z tropu odpowiedziałam odruchowo.

    Ta bezsensowna wypowiedz wywołała przypływ agresji, napad lęku, to znów nagle przywołane wspomnienia i w końcu łzy. Uświadomiłam sobie istotę problemu. To nie była nerwica natręctw.
    Uczyłam się sama od siebie w urywanych płaczących słowach, często powtarzanych i ustępujących miejsca milczeniu. Dotknęłam „jadra ciemności”, czegoś, co broni się przed światłem prawdy. Czy moje poszukiwania powinny iść w tym kierunku?
    Podał mi chusteczki.

    Potrafi pan milczeć, robi to pan bardzo dobrze, wyszeptałam sarkastycznie miedzy jednym a drugim smarknięciem.

    Chce pani coś ukryć, a jednocześnie sama wie w czym tkwi problem. Jestem życzliwie bezstronny, ale moje milczenie nie wyklucza rozmowy. Musi pani przepracować swoje cierpienie dzięki słowu, a cisza otwiera drogę, by iść dalej w swoich myślach.
    Wie, pomyślałam.

    Zaczęła opowiadać o sobie… Szłam ulicą z opaską na oczach, co chwilę wdeptywałam w psią kupę. Ale w trakcie potyczek „rozkuwałam” pancerz racjonalizmu, porzucałam intelektualizowanie wydarzeń, porzucałam opaskę silnego wstydu i nie zawsze akceptowanych emocji.

    Wychodząc, ściskałam niejasny obraz diagnozy napisany na zwitku papieru „zaburzenia lękowe”. Wiara przenosi góry – moja przyniosła chorobę.

    Autor: Kadarka @ 12:03 z kategorii Donkiszoteria |

    Komentarzy: 3 do wpisu "Guano"

    • Kadarka says:

      wenus mówi:

      Psychoanalitykiem może zostać psycholog, który poddany został psychoanalizie. Sama wiedza nie wystarcza by zostać terapeutą. Powiem może tak: należy pozostawić całkowicie swoje emocje poza zasięgiem reakcji widzialnej i słyszalnej, jednocześnie celowo pobudzać osobę poddawaną terapii, określonymi bodźcami – słowami w celu uzyskania pożądanych emocji, jakie mają za zadanie raz na zawsze uwolnić daną osobę od powracających nieuświadomionych napięć powodujących stan chorobowy. Właśnie te napięcie i stawianie oporu emocjom powoduje w człowieku konflikt wewnętrzny. Reagowanie na bodźce w sposób, w jaki to robią dzieci, pozwolić może człowiekowi dorosłemu odzyskać równowagę. Tylko „Dorosły” w dorosłym człowieku potrafi bez zbędnych frustracji poradzić sobie ze stresem, bądź trudną sytuacją wyzwalająca wspomniane emocje. Potrafi je w sobie skutecznie przekierować i wyjść z opresji w kulturalny sposób. By stać się zdolnym do takiego zachowania trzeba uwolnić się od wpływu wewnętrznego dziecka rządzącego człowiekiem.( Od strachu, agresji, i od złego Boga co w piekle smaży) Terapia ma na celu właśnie „powodowanie” -”wracanie” tłumionych uczuć w celu ich zidentyfikowania i określenia źródła ich pochodzenia. Jest to tylko możliwe do osiągnięcia poprzez uzyskanie samoświadomości, które jest możliwe przy boku tylko i wyłącznie fachowca.
      Nerwica natręctw jest bardzo trudna do zauważenia u chorego, ponieważ chory ma świadomość swoich irracjonalnych zachowań i robi wszystko by ukryć objawy. Skutecznie się kontroluje nieustannie analizując każdy swój ruch i wypowiedź. Tylko szczególny stres wzmaga objawy i wtedy nie ma już odwrotu, gdyż dołącza się do tego depresja i one się potęgują do rangi tragedii. Stosowanie leków jedynie usuwa depresję i umniejsza intensywność nie nerwicy natręctw lecz zaburzeń obsesyjno- kompulsywnych.( Nazwa została zmieniona) Polecam Książkę pt „Uratuj mnie”…… wprawdzie nie o ZOK lecz o psychoterapii pacjentki cierpiącej na pograniczne zaburzenie osobowości.
      W terapii chodzi o to by nauczyć się niereagowania agresją ale i o zaprzestanie odczuwania winy za swoje uczucia, do jakich do ma każdy człowiek prawo a w tym wypadku to prawo zostało naruszone. Miłość warunkowa powoduje zaburzenie. Miłość warunkowa ma miejsce, kiedy rodzice są nieszczęśliwi i sami nie nauczyli się kochać „normalnie”,a ich dzieci w przyszłości robią dokładnie to samo lub kompletnie się blokują i wtedy jest mowa o zaburzeniu-rodzaj buntu i hamowanie go wewnątrz co w konsekwencji prowadzi do utraty tożsamości tej naturalnej tej najbardziej odpowiedniej danej jednostce a zaczyna się gra innych tożsamości wręcz zakrawających o patologię.(narkotyki, alkoholizm, uzależnienie od seksu, inne uzależnienia, złe zachowania aspołeczne)
      Kadarko masz świetne predyspozycje by być psychoanalitykiem.
      W zasadzie zbędne te moje słowa tu , ale skoro się natrudziłam to wklejam. Ty wszystko pięknie ujęłaś w tym opowiadanku innym językiem, swobodnym, dostępnym i „atrakcyjnym”

      Pozdrawiam cieplusio

      03/04/2008 godzina 19:03

      Kasia mówi:

      Czy zdziwiła się napisem na karteczce? Czy westchnęła z ulgą? A może niedowierzaniem, bo przecież ‘Jej to nie dotyczy’?
      Pozdrawiam ; )

      04/04/2008 godzina 07:43

      wenus mówi:

      Po latach dopiero rozszyfrowałaś, co to kurwa znaczy ten to łaciński napis “Obsesive Compulsive Disorder”. Nie ma określenia jednoznacznego „zaburzenia lękowe”. Będąc utarzaną w „psiej kupie” i mając opaskę ze słów otaczającej Ciebie społeczności i “rzeczywistości” taką się stałaś, zatapiając ją w swym niebycie, odgrywając role statysty. Grałaś rolę wg scenariusza, stając się jedynie piłeczką pingpongową.

      A pytanie brzmiało-A gdzie tu w tym wszystkim Pani jest?

      04/04/2008 godzina 15:18

      kadarka mówi:

      Wenus, ja rozumiem, że chcesz mi przygotować grunt do ewentualnego przejęcia funkcji psychoterapeuty, ale stanowczo już na to za późno. Zresztą leczenie siebie samej po złożeniu przysięgi, nie sprawiałoby mi takiej frajdy, jak teraz . Nie ma co się oszukiwać – blog pełni funkcję terapeutyczną – swoboda wypowiadania się, wylądowanie emocji, świadoma aranżacja dla wywołania określonego wrażenia…takie tam.

      Upss, a co to znaczy to kuriozalne rozszyfrowane przez Ciebie słowo? Upsskurwialnie stwierdzam, że terminologia się zmieniła i wszystko jest „zaburzeniem” – „Obsesive Compulsive Disorder” = zaburzenia obsesyjno-kompulsywne = nerwica natręctw.

      Zaburzenia lękowe w postaci fobii (tudzież nerwica lękowa) łatwiej zdiagnozować. Dość jaskrawo nakreślony jest bodziec, wywołujący irracjonalne zagrożenie. Osoba dotknięta fobią musi organizować sobie życie w taki sposób, żeby maksymalnie unikać obiektu nieświadomego lęku. Dochodzi do przykrych objawów – drżenia, zimnych potów, kołatania serca, omdleń, aż do ogolenej paniki.
      Koleżanka spanikowała, bo trudno uświadomić sobie, ze jest się chorym? Lęk przed publicznymi wytopieniami albo korzystania ze środków masowego przekazu? Cóż z tego, że przyczyna nie wytrzymuje krytyki rozumu: sam lęk jest jak najbardziej realny i zawsze utrudnia życie – w znacznym stopniu, zależnie od nasilenia fobii.

      Gdzie w tym wszystkim jestem ja? Wenus – nie wiem. Statystycznie gdzieś po środku.

      Kasiu, dotyczy, jak najbardziej. Każdemu przydałoby się adekwatna diagnoza i kilka seansów psychoterapii. Zaburzenia lękowe to worek bez dna. Jak na pierwszą lekcję poważnego kłamstwa, prawda była dość brutalna i… prawdziwa. Bo czy mam kłopoty z publicznym zabieraniem głosu, boję się myszy, brodaczy, albo parasoli, jest fobią, którą da się leczyć. A ile mamy takich ukrytych, irracjonalnych, niemożliwych do opanowania lęków, które obiektywnie rzecz biorąc nie kryją w sobie żadnego zagrożenia?

      04/04/2008 godzina 22:46

      wenus mówi:

      Warunkiem pozbycia się fobii/irracjonalnego lęku jest skonfrontowanie chorego, z tym nierzeczywistym zagrożeniem lub to, iż ta dana osoba poradzi sobie z nim sama, z lękiem towarzyszącym jakiemuś wydarzeniu. Unikanie sytuacji lękowych jedynie oddala w czasie terapię/uwolnienie się z uzależnienia i wpojonego/wyuczonego( przez “tresurę”) schematu reagowania. Tylko stawianie chorego w sytuacjach bez wyjścia i jego umiejętność wyjścia z nich “obronną ręką” pozwala choremu pozbyć się zaburzenia i dorośniecie do świadomości, że tylko on sam ma wpływ na swoje życie. Nikomu nie życzę, nawet najgorszemu wrogowi, nawet teściowej takiego zaburzenia.
      …Wręcz przeciwnie Kadarko podoba mi się to co napisałaś, a ponieważ mój pobyt w necie “tu” powoli dobiega końca pozwalam sobie na całkowitą szczerość.
      Dziękuje Ci , że jesteś, że poświeciłaś mi tyle czasu, tyle wręcz profesjonalnej uwagi. Nieskażana żadnym negatywnym uczuciem, obdarowująca pełnym zaufaniem, jesteś uosobieniem najdojrzalszej ludzkiej miłości-dziękuję Ci. Będę Cię czytać, czasem może coś napiszę, ale muszę się pożegnać. Czeka mnie mnóstwo pracy, będą “dzieci”
      Chciałabym też nadmienić, że dzięki niejakiemu Markowi i Krzysiowi Ciebie poznałam.(mają tez wielki udział w tym, co mogłam tu doświadczyć-dziękuję i im. Tak, słowo leczy, a najbardziej akceptowanie nas, takich jakimi jesteśmy, z całym bagażem naszych odczuć, uczuć tego kim jesteśmy i kim nie potrafimy czasem tu się pokazać a pragniemy tego.
      Życzę Ci wiele inspiracji do pisania i wspaniałych czytelników. Wszystkim życzę, aby odbierali Ciebie/Twoja naukę, wspaniałe morały z bajek, jako wskazówki do rozumienia drugiego człowieka-Jesteś wielka.

      05/04/2008 godzina 12:54

      flamenco_night mówi:

      Kadarko.. potrzeba wiele odwagi i siły, by spojrzeć TEJ kartce w twarz i nie próbować zachować twarzy..

      Ale kto potrafi, jeśli nie Ty..

      Wstyd mi, że tak mało myśli i słów tu pozostawiam.. ale one muszą najpierw odzyskać wiarę w siebie i mieć coś do powiedzenia, do odciśnięcia śladów – nie tylko wniesienia piasku, czy błota.. ściskam Cię mocno, nie wiem który raz dziękując, że jesteś :*

      05/04/2008 godzina 23:41

      kadarka mówi:

      Większość kobiet boi się myszy, to „normalne”. Takie małe “coś”, biegające miedzy nogami, robiące dziury w zapasach i rozsiewające choroby, odchody i szkody. Trudno wytłumaczyć paniom, że strach przed zwierzątkiem – zwalę to na karb nieprzewidywalności i porządku – predysponuje do leczenia. Mała wykrywalność gryzoni w obecnej erze(!) (chyba, że komuś ucieknie chomik, w końcu to mysz bez ogona) odracza w niepamięć walkę z tą “chorobą”. Z wybraniem do specjalisty łączą się pewne wydatki – psychiczne i materialne, znikomość uszczerbku na zdrowiu czyni w tym przypadku małą skuteczność porozumienia się z terapeutą. Ten przypadek nie jest najlepszym przykładem w porównaniu do poważnych zaburzeń, ale nie będąc specjalistką mogę wypowiadać się zbyt szczegółowo .
      Wenus, czuję, że chcesz mi zapewnić przymusową ciszę, by posłużyć się nią i wspomóc w ramach oddziaływania terapeutycznego na cierpienia duchowe jako jeden z moich psychoanalityków. Tylko licz się z tym, że ja bez pytań pomocniczych sobie nie poradzę. Większość czasu i tak mówię, a echo odbija się od ścian. To zakrawa już na poważniejsze podejrzenia…
      Niejednokrotnie sami fundujemy sobie ten gruz na głowę. Niektórzy wychodzą z tego bez szwanku, inni pokaleczeni a ci, którzy pośliznęli się na resocjalizacji i wstali mogą świecić trumfy. Tylko dla siebie, bo szczerze powiedziawszy – to ludzie i tam mają cię w dupie.

      Nie mam pojęcia co odpisać na Twoje słowa, pogrążają mnie w lekkim zażenowaniu. Bo jako zwykły egoista robię to wszystko dla siebie, a innym, mogącym potknąć się o metafory życzę tylko nie dostania czkawki-wywrotki. Mówisz, że słowo uczy, nawet negatywne, głęboko kpiące, nie akceptujące. Ty od niego uciekasz. Ale gdy zapanuje cisza i nie ma z kim w tej ciszy pomyśleć to tęskni się do dawnego termicznego szoku szarych komórek .
      Wracaj tutaj po odchowaniu „potomstwa”, bo myśl pustą zastaniesz, a ja wyłysieję bez Ciebie! Dzięki dobra kobieto!

      Flameco, przegryźć chorobę a potem przyznać się światu do niej – to jest wyzwanie.
      A czego Ty się wstydzisz? Jeśli takie negatywne nastawnie do pisania TU nie tyczy się tylko Ciebie, to ja zawieszam moje treści. Poszukam sobie na innej platformie innych kumpli .
      Wracaj jak wydobrzejesz, pogrzeję dla Ciebie ławę.

      06/04/2008 godzina 00:30

      flamenco_night mówi:

      Przykro mi, Kadarko, ale wygląda na to, że Twoja praca pójdzie na marne. Przepraszam Cię, ale chyba będę musiała skasować blooga. Nie zamierzam ganiać się z trollem, który ma albo dynamiczne IP, albo korzysta z różnych komputerów. To nie jest na moją wytrzymałość – ustąpiłam na Forach, przylazł i tutaj.. Przykro mi, że poświęciłaś swój czas bezinteresownie. Jesli pojawi się jeszcze raz, zamykam tamto miejsce.

      06/04/2008 godzina 17:06

      wenus mówi:

      Kadarko, ja jestem z ledwością Twym najcichszym, niesłyszalnym echem. Niewyrazistym skomleniem o prawo do wirtualnego zaistnienia. Powstrzymanym oddechem, i tylko znikającym nickiem. Skołatanym sercem, dla którego tu nie ma miejsca. Swą walką zdobywam odpowiedź, jak nikim jestem. Zwykłym robaczkiem pełzającym po uliczce złudzeń. Piękne słowa a i te drastyczne dają odczuć się fizycznie-choćby to , że pojawiają się łzy w oczach podczas ich czytania. Jeśli inni czytając mnie nic podobnego nie czują, wiec to co ja piszę, nie ma znaczenia-ja nie istnieję tu. Moje kaligrafy i niefortunne łączenie słów zdradzają me niedociągnięcia. Net to pole dla intelektualistów nie dla pospolitości. Ja na takie miano sobie nie zasłużyłam żadną miarą. Pójdę swoją dróżką, przywitam się z piękną przyrodą, pozwól, że odpocznę. Muszę i ja doszukać się cienia, by poczuć się blaskiem, by naładować swe baterie. Muszę czuć się potrzebna. Może wystarczy mi ta alchemia?

      *******************************************************

      „Kiedy normalny bieg codziennego życia zostaje nieoczekiwanie zakłócony, uświadamiamy sobie dobitnie, że jesteśmy niczym rozbitkowie, którzy próbują zachować równowagę na nędznej desce pośród otwartego morza, i nie pamiętają już, skąd się tam wzięli, ani nie wiedzą, dokąd znoszą ich fale.”(A.E.)

      06/04/2008 godzina 19:09

      kadarka mówi:

      “Nie ma zbyt wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni przemijają szybko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marzenia, a jakaś niewidzialna ręka nam je przekreśla. Nie mamy wtedy żadnego wyboru. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś, jak potrafimy być nimi jutro?
      Wykorzystaj ten dzień dzisiejszy. Obiema rękoma obejmij go. Przyjmij ochoczo, co niesie ze sobą: światło, powietrze i życie, jego uśmiech, płacz, i cały cud tego dnia. Wyjdź mu naprzeciw”

      Phil Bosmans

      07/04/2008 godzina 01:26

      wenus mówi:

      Kiedy mówisz
      **************

      “Nie płacz w liście
      nie pisz że los ciebie kopnął
      nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
      kiedy Bóg drzwi zamyka – to otwiera okno
      odetchnij popatrz
      spadają z obłoków
      małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia
      a od zwykłych rzeczy naucz sie spokoju
      i zapomnij że jesteś gdy mówisz że kochasz”
      (J.T.)

    • hanna says:

      wenus !kadarka!! …czyta sie Was jak poezje
      marzeniem znac takich ludzi i sluchac przy piwie opowiesci o codziennosci i trapieniach
      nie ..sexie,facetach,pieniadzach
      marze rozmawiac niby o niczym a czyms waznym.o czym ludzie zapomnieli albo nie potraia w slowa ubrac co sie dzieje w kolo czego niezauwazaja
      jestescie dla mnie ludzmi ktorych warto poznac i szanowac

    • Kadarka says:

      :) Haniu, często się gubię w codzienności, w banalności i, jak większość, nie umiem przystanąć i pomyśleć sama ze sobą. W tym pomocny jest drugi człowiek i jego perypetie, tu Wenus; nasze losy brzmią sieciowo i realnie podobnie. Jesteśmy dla siebie terapeutkami (na pewno była nią Wenus, którą porwał real) nie w sensie profesjonalnych zajęć, ale haseł, nad którymi zastanawiam się do tej pory. Szukam w nich odpowiedzi, racjonalizuję i patrzę czysto egoistycznie.

      Ogarnął nas zbiorowy konsumpcjonizm, pogoń za pustym szczęściem – pieniądze, seks, faceci, ale na ile to starczy? Na starość nic nam po mocarnym ogierze, pieniądze rzecz nabyta; jednie ważne są przeżycia, spełnione marzenia, chociażby tyciutkie, życie nie całkiem wbrew sobie. Walczę o siebie…

      Pozdrawiam!

    Leave a Reply

    Your email address will not be published. Required fields are marked *

    You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong> <font color="" face="" size=""> <span style="">

    Preview:

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

kwiecień 2008
P W Ś C P S N
« marca   maja »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930  

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u