• Moje podwórko Wt, 15 kwietnia 2008 1 komentarz


    Myhate

    W drzwiach malutkiego biura spotkałam mojego szefa o znaczących nożnym nazwisku. Uśmiechnął się do mnie milusio, jak do rodowodowej trzpiotki.
    - Pani do nas??? – otrząsnął się jakby z wielkiego przestrachu i zagrodził wejście.
    Nawet zdziwienie nie było mnie w stanie ogarnąć, bo ten przemiły facet, który pokątnie wypłacał mi pensję, skrupulatnie licząc każdy grosz brązowymi monetami, nie odróżniał niczego od własnych korzyści majątkowych.
    - Tak, przyszłam na szkolenie.
    Prześliznęłam się koło starego pryka, nie miałam czasu na bezsensowne dysputy o bezdrożach tej firmy. O ile pamiętam nie podpisywałam z nim żadnej umowy, praca w trybie zaocznym na razie mi odpowiadała.

    Panna Mania przywitała mnie w wielkich blaszanych wrotach hali produkcyjnej, niemalże wypychając z powrotem na zewnątrz.
    - Nie może pani dziś przyjść do pracy. Mamy wizytę ważnej delegacji państwowej.
    - Znów PIP?
    - A nooo… – przysunęła palec wskazujący do ust.
    Przeszyłyśmy do maleńkiego pokoiku, gdzie miało znajdować się moje miejsce pracy. Panna Mania wyciągnęła spod ukrytej pod burkiem skrytki znoszony skrypt.
    - Niech pani poczyta i zaznaczy kolorowym flamastrem ikonki w tekście. Za parę dni, jak się tam uspokoi – pokazała znacząco na halę – poćwiczymy rysowanie kuli.
    - A gdzie płyta? – zaczęłam przekartkowywać kserwóki – Mam uczyć się na sucho?
    - A nooo, a co, pani od razu w programie chciałaby działać? Najpierw niech pani kreśli na papierze ikonki, to wystarczy. Ten program jest za drogi, by tak sobie z nim poczynać, nawet jeśli… jest tak skrakowany, że zaplącze się pani przy pierwszym łamańcu kodu.. Nie… pani komputer wymagałby porządnej renowacji, bo on nawet nie pociągnie programów użytkowych. Jak pani chce działać w przyszłości na NX to proponuje kupić nowy.
    Upita jej wiedzą o mnie zmilkłam bezproblemowo. Nauczona firmowo robić co każą, a pokątnie stawiać na swoim, przytaknęłam dobrotliwie.
    Pani Mania wszystkowiedząca, a wszędzie szukająca pomocy, wydająca komendy zza szerokiego biurka, głowa firmy w roli nieudokumentowanej sekretarki i ja, jej asystentka, która miała prawdopodobnie współuczestniczyć w napisaniu poważnej pracy, jako osoba znająca większość procesu produkcyjnego wytwarzania butelek. Ale jak? Dostałam tylko skrypt! Doświadczenie nakazało mi szukać pomocy, bo żadna praca z komputerem przewidziana jedynie teoretyczny i suchym procesem przetwarzania wzrokowo literek z ewentualnym zakreślaczem w dłoni nie powiedzie się. Nawet jeśli musiałabym wykrakać komuś na pamięć wszystkie zaszyfrowane kody firmy musiałam zdobyć ów program.
    Na razie udawało się na jednej zębie – powiedziałam do siebie – zaszłam aż tak daleko, pójdę i dalej.
    - Proszę jeszcze to przeczytać – wręczyła mi 3 opasłe tomy – żeby się pani nie nudziła. I nie gnała bezmyślnie po sieci, my tu potrzebujemy niezdemoralizowanych pracowników.
    - Na kiedy? – moja pokora sięgała kresu, ale w porę ugryzłam się w palec. Zaraz zażąda ode mnie bym wróciła na polernię, a nie po to malowałam paznokcie, by teraz je opiłowywać papierem ściernym.
    - Na czwartek, jutro jadę na uczelnię. I proszę zrobić notatki z tych działów, które są zaznaczone.
    OOppsss… chciałam krzyknąć, ale poczułam dreszcze niepewności, co do mojej umowy na murze fabrycznym pisanej, wielkimi, acz bezproblemowo mogącymi się zmyć literami.

    Wracając do domu zakupiłam trochę okrągłych owoców. Włączyłam muzykę i oddalając się od świata brnęłam w deszczu dobre parę kilometrów. Ludzie jakoś dziwnie na mnie patrzyli. No właśnie, nie miałam parasolki. Z każdym krokiem robiło mi się coraz lżej.
    - Pani! Gubi pani cały dobytek! – wydarł mnie z rozmyślań dziadek z laską.
    Spojrzałam na torebkę – wszystko było na miejscu, ale zawartość siatki…
    - O …! – wrzasnęłam.
    Z paru kilogramów pomidorów i m jabłek zostało parę marnych sztuk. Spaghetti szlag trafił. Za mną usłana droga z czerwonych owoców, a przede mną pożywka słodyczą wiedzy.
    - Mamo, ty znów na wagarach? – zapytał syn, gdy zastał mnie na studiowaniu zakreślania ikon.
    - Tak, synuś, czasem i powagarować trzeba, sam wiesz… ale dostałam pracę domową.
    - A co z obiadem?
    - A tu masz literaturę, jak zrobić coś z niczego. Tą wiedzą naprawdę można się najeść.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

kwiecień 2008
P W Ś C P S N
« marca   maja »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930  

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u