• Niepamiętnik Śr, 30 kwietnia 2008 1 komentarz


    Se_perde

    O trzeciej nad ranem – świt bije się ze zmierzchem.

    Umówiliśmy się na czwartą. Miałam z całym zastępem składać przysięgę na Placu Wolności. 1-go maja na dobry początek słusznej drogi. Zimno poranka nie ostudziło czerwonych policzków ekscytacji, drżenia ciała i skurczów gdzieś w splocie słonecznym. Recytowane słowa wartko przedzierały się przez dziecinne usta powtarzane w mantrze połowicznego zrozumienia. Nikt nie próbował wyłamać się innym tonem, akcentem, zaprzeczaniem. Uśmiechy, gratulacje i plany, co jutro, jak przypieczętujemy kolejny krok w dorosłość? Nie mogłam myśleć, huczało mi w głowie, ciało dygotało – to z niewyspania, przejęcia, ze szczęścia…

    ***

    To chyba było około dziewiątej.

    Ubrana w białą bluzkę i niebieską spódniczkę, w grubych rajstopach, wybiegłam na dwór, dzierżąc dumnie poprzedniego wieczora ukończonego papierowego gołąbka. Wsparty na długiej listewce ptak ciągnął za sobą sznur kolorowej bibuły. Wiatr targał nie tylko jego włosy, ale i rzesze transparentów, flag i kwiatów. Potoczystość kolorów, niecodzienna w szarości nylonowych drelichów, wyzwalała radość dzieci. Targowały się, kto ma nieść transparent, ktoś wygrał brutalną licytację na portret ważnego towarzysza, poczty sztandarowe ulegały presji mieszania członków. Nauczycielka była dziwnie nerwowa. Ustawiała nas w kolumny, lecz po przejściu zaledwie paru metrów obierały pokaźna klaustrofobiczną pozę.

    Wyruszyliśmy roześmiani, w niecodzienną podróż ulicami naszego miasta, pomalowanego na ten dzień. Na każdym słupie, sklepie, balkonie powiewały biało-czerwone flagi; na budynkach urzędów nieodzowne, koło jednej z nich, wsiały co najmniej dwie czerwone. W obowiązkowym zestawie, na specjalnie ustawionych masztach, rozciągnięto na linach transparenty z hasłami. Brystolowe, czerwone litery na białym materiale przypiętymi szpilkami krawieckimi, szpeciły gdzieniegdzie zasady ortografii, o ile nie zawoalował ich wiosenny wiatr i deszcz.
    Dumnie ściskając swoje bibeloty wkroczyliśmy na ulicę, sprawdzaliśmy komfort poruszania całą jej szerokością. Po obu stronach drogi stali ludzie – dorośli i dzieci, machali do nas ręcznej roboty rekwizytami, z taką radością, jak gdyby byli świadkami momentu wyzwolenia spod katorżniczej pracy. Milicja ochoczo spychała tłumy na chodniki. Te same patrole biegały po ulicach na drugi dzień z wielką czujnością pilnując, aby flagi znikły przed 3 maja.

    W witrynach sklepowych wisiały portery ukochanych przywódców narodu, przystrojone wstążkami z krepiny.

    Na początku szła orkiestra i proporce, później cała socjeta miasta, a za nimi, bez bliżej określonej hierarchii, zakładowi przodownicy pracy, robotnicy, studenci i my – dzieci. Starsi przemyślnymi sposobami wkręcali się aktywistom wciskającym szturmówki i drążki ze sloganami.

    Gdzieś powyżej naszych głów zamontowano megafony przestrojone w kolorowe wstążeczki i baloniki dla odstraszenia wędrownych ptaków. Coroczny lektor, wychyliwszy się nieco z bocianiego gniazda zapowiadał nadejście kolejnych zakładów pracy, wydziałów, szkół i dygnitarzy z gipsową głową Lenina. Normą dla spikera było wyrobienie nie mniej niż 150% trafności w wyliczance norm przerobowych danego zakładu, wydziału, a nawet gniazda. Średnia oscylowała w granicach 220%. Okrzykom i owacjom towarzyszyły rzucane w przerwach ociągających się pielgrzymów sentencje: „Pozdrawiamy weteranów walki i pracy – budowniczych Polski Ludowej!”, „Pozdrawiamy partie komunistyczne i robotnicze całego świata, walczące o postęp, pokój i socjalizm!”, „Lepsza przyszłość Polski zależy od nas — od pracy na każdym stanowisku!”, „Młodzieży! Bądźcie godnymi kontynuatorami dzieła Waszych rodziców!”

    Nie doczekałam szczytu programu i jednocześnie jego zakończenia, kiedy popisywać się mieli zmotoryzowani: traktorzyści, motocykliści w hełmach z miniaturowymi przyczepkami, karetki pogotowia i wozy strażackie. Nie owionął mnie szary dym emitujący niewyobrażalną ilość spalin, zasnuwający na chwilę bujność sztucznych kwiatów.

    Wszystko furczało, krzyczało, tańczyło w słońcu, i w głowie coś zaczęło szybko dudnić. Od kolorowego blichtru, przepychu, od gorączki szaleństwa pociemniało mi w oczach.

    Nauczycielka była chyba zadowolona, nie musiała nieść ciężkiej, czarownej flagi aż do miejsca rozwiązania pochodu. Niestety, nie mogła też wcześniej urwać się do domu.

    Przysięga – przepadła, pochody są wspomnieniem.

  • Niepamiętnik Pn, 28 kwietnia 2008 Brak komentarzy



    Pytała ścianę, czy ją kocha. Te same pytania kierowała do wody, drzew, pająków, ślimaków i wszelkich robaków. Gdy zobaczyła pszczołę za oknem, przemawiała do niej: pszczółko, kochasz mnie?! W czasie spacerów siadała sama z boku drogi i nie ruszała się z miejsca. Pytana, czy coś się stało, odpowiadała: ja słucham robaków. One mnie kochają? Kochacie robaki?

    - Proszę pani, woda mnie kocha?

    - Woda tego nie potrafi. Ludzie potrafią kochać.

    - Ludzie kochają dzieci?

    - Tak, najczęściej kochają.

    - Wie pani jakie kochają dzieci?

    - Jakie?

    - Take normalne!

    - Jakie to są dzieci?

    - Nie wie pani, nie wie??? Takie normalne!

    Koncentrowała swoją energię psychiczną na poszukiwaniu osoby znaczącej wśród wielu osób dorosłych przewijających się przez jej życie. Dążyła do uzyskania jakiejś przewidywalności, stałości. Interesowała się innymi, sama była osobą nieważną. Aż do czasu, gdy dano jej „szansę nowego początku”. Regresję, do korzeni. Opatuliła się w „kokon” i myślała, że ponowne jest w brzuchu mamy a świat dał jej szansę na powtórne narodziny.

    Osoba etykietowana jako upośledzona ma wiele do powiedzenia i wiele może nauczyć. Tylko , że zazwyczaj nie słucham jej, bo cóż może powiedzieć, skoro wiadomo, że jest głupia.

  • Niepamiętnik Cz, 24 kwietnia 2008 Komentarzy: 4

    Zamknij oczy
    Niech widok odgłosu nie stworzy
    Wyrzuć dotyk
    Skóra strawny nie pomnoży
    Przegnaj woń
    Zapach doznań nie zaostrzy
    Słuchaj szeptu
    Nie słów – ich sens owoc chłosty
    Tembr nie kłamie
    Sprzecznych komunikatów kody
    Wybrać musisz:
    Wierzyć słowu czy w kontekst bezsłowny?

    Słucham go po raz setny. Szepce mi do ucha życiowe udręki, opowiada radosny dzień w pracy, piątkowy wypad do pubu. Nie widziałam go już parę miesięcy. Nauczyłam się odczytywać jego nastroje, bez słów, po niewidocznym uśmiechu, nieznaczącym kaszlnięciu, po oddechu. Stałam się ślepcem wśród widzących, który nawet dotyku nie może wydobyć, by zrozumieć słowa. Prawdy nie wychwycę.

    Czuję się jak niemowlę nierozumiejące treści rzeczowej słów i zdań, ale niewątpliwie dociera doń ton głosu.

    Przybieram formę afazji sensorycznej z uszkodzeniem zdolności rozumienia mowy. Nie staram się rozszyfrowywać znaczenia słów. Zastępuję swoje kalectwo szczególnym wyczuleniem na treść emocjonalną mowy.

    Autentyczni afatycy wykazują ogromna wrażliwość na mimikę, gestykulację, natężenie głosu w kontyście sytuacji życiowych. Tak dobrze się kamuflują, iż otoczenie niejednokrotnie nie zauważa ich defektu. Maja wyolbrzymioną zdolność odróżniana w strumieniu języka tonu prawdziwego od sztucznego. Nie da się ich oszukać. Aftycy, oglądając przemówienie prezydenta uderzą w śmiech, nie rozumieją słów, ale powala ich sztuczność wypowiedzi. Są autentycznymi wykrywaczem kłamstw.

    W czasie naszych rozmów staję się takim filtrem.

    Wyczuwam niemal namacalnie, kiedy mnie zbywa. Mówi niskim, matowym, chropowatym głosem, niedbale, znudzony szybko wybiega w przyszłość, wymawiając się nawałem obowiązków.

    Kiedy skupia się na jakiejś ważnej dla siebie rzeczy parafrazuje, odzwierciedla swoje natchnienia na przykładach. Nie muszę wiedzieć o czym mówi, głos melodyjnie i swobodnie wydobywany określa stopień zadowolenia.

    W pewnym momencie zaczyna osądzać, ucieka od problemów, a nawet chce je przypiąć komuś innemu. Brzmienie staje się pretensjonalne, szybkość słów podwojona i nagle urywa. Zastanawiam się, czy zabrakło motywów, a może sugeruje się moim milczeniem. Czyżby wyczuł, że ja wiem, że on wie…

    Nie lubię się kłócić, a on lubi dominować. W liczbie wypowiadanych morałów, w słowotoku myśli, narzuconych regułach. Na moje sprzeciwy reaguje szybko, podniesionym głosem, ale i powoli, płynnie, jak do dziecka Włączam wtedy inny kanał odbioru – staje się sceptyczna i ironiczna. On podświadomie to wychwytuje i stawia wszelkie argumenty przeciw moim. Przepychamy się słownie, nie ważę słow, wciąż powtarzamy je od nowa z innym natężeniem, akcentując inne sylaby. Czyżby któreś byłby z nich ważniejsze? Zacietrzewiam się, bo może i ma rację, ale zrobię tak, jak uważam. I właśnie w tym momencie nasze głosy maja podobną siłę, tempo i melodię. Dostrajamy się na poziomie emocji, nie semantycznie a brzmieniowo, obydwa kody pozostają w sprzeczności a wyrażają ten sam komunikat.

    Nadal pozostajemy ze sobą w dobrym kontakcie, bo choć słowa banalne odnajdziemy się bez światła po brzmieniu naszych głosów

    ***

    Firma KishKish we współpracy z komunikatorem internetowym Skype wprowadziła na rynek dodatek do programu sprawdzający brzmienie głosu. Wykrywacz reaguje na suptelne różnice w natężeniu głosu, jego barwie i tonie, rozpoznając zmiany głosu wywołane kłamstwem. Przy każdej przychodzącej rozmowie pojawi się okienko detektora.
    Przez pierwsze dziesięć sekund rozmowy kalibruje się on do głosu rozmówcy, po czym prezentuje wyniki w postaci różnych wskaźników: wykresu rejestrującego poziom napięcia rozmówcy, miernika pokazującego aktualny poziom w zakresie od 0 do 100, czy też lampki, która zmienia kolor z zielonego na czerwony, jeżeli zmierzony poziom przekroczy normę.

  • Niepamiętnik N, 20 kwietnia 2008 Brak komentarzy

    Oskarżyli mnie, że zabiłam. Wybroniłam się nikłą dla nich stratą moralną – osierociłam siebie. Te stworzenia latające, których skrzydła śmigają tak szybko, iż nie sposób zlokalizować ich tożsamości. Dokąd biegną, skąd przybywają, co w moich słowach, oczach, dłoniach jest takiego, że czasem przysiadają? Czego pragną? Głaszczę je leciutko, poję wodą z mojej roztoki, oswajam z zapachem, obrazem, korzyścią. Zamykam w ciasnej gablocie – tęczy bez słońca, wiatru bez pola, kwiatu bez barwy. Dostaję ostoję na minutę, może dłużej, w czasoprzestrzeni niezmierzonej miarą człowieczą. Żołnierską odwagą, pozwoleniem na zatracenie w sobie, sobą nie będąc, grą nieczystą, z mieczem słowem przebitym, szukam nadal i wciąż ślepcem zostaję. Siatka przecina powietrze zamkniętych powiek, kolorowe skrzydła pyłkiem przyprószone palą się w rozwiązłym świetle uciechy ku hańbie i szkodzie mojej i Twojej.
    Uczę się tracenia, gubienia, pozbawienia, powierzania, pożyczania i nie domagania się zwrotu, przepadania… rozstawania z ludźmi.
    Niby nic, a trochę boli.
    Nic. To tylko plama na ścianie.

    A ty pisz, nie oczekuj nic w zamian, jakbyś pisała prywatną książkę. Nie każdemu autorowi dziękujesz. Nie każdą grą zachwycasz się głośno. A jednak pozostawia w tobie pięto myśli.

    Unikaj długich opisów i filozofowania, nie rób też z siebie psycholożki. Krótkie treściwe zdania. To mają być opowiadania, nie poradnik.

    Nie chcę już pisać o tym, co się tu dzieje, jest tyle fajnych rzeczy. Zaraz przyjdzie do mnie znajoma, później wychodzę, potem wrócę przebiorę się i znów wychodzę. Będę około 21-ej, zjem kolację i pogadam z tobą Ehhh, jaki ten dzień krótki.

    Mam dość zaspanych poranków, nie chcę już nigdy pić kawy w pośpiechu. Mam dość tego, na co nie mam wpływu. Dlaczego człowiek przez całe życie musi być sam? Czemu patrzył w ideał; czyżbym był głupi? Ty jesteś głupi – dość!!! Czas przeprosin, czas zmian!

    Wypij dzisiaj za drzewa, które rosną na mojej trumnie, niechaj żyją jak najdłużej.

    Czasem to muzyka maluje to, o czym piszę. Razem z NIMI naszkicowała powyższy obraz.

    02-amon_tobin-esthers

  • Moje podwórko Wt, 15 kwietnia 2008 1 komentarz


    Myhate

    W drzwiach malutkiego biura spotkałam mojego szefa o znaczących nożnym nazwisku. Uśmiechnął się do mnie milusio, jak do rodowodowej trzpiotki.
    - Pani do nas??? – otrząsnął się jakby z wielkiego przestrachu i zagrodził wejście.
    Nawet zdziwienie nie było mnie w stanie ogarnąć, bo ten przemiły facet, który pokątnie wypłacał mi pensję, skrupulatnie licząc każdy grosz brązowymi monetami, nie odróżniał niczego od własnych korzyści majątkowych.
    - Tak, przyszłam na szkolenie.
    Prześliznęłam się koło starego pryka, nie miałam czasu na bezsensowne dysputy o bezdrożach tej firmy. O ile pamiętam nie podpisywałam z nim żadnej umowy, praca w trybie zaocznym na razie mi odpowiadała.

    Panna Mania przywitała mnie w wielkich blaszanych wrotach hali produkcyjnej, niemalże wypychając z powrotem na zewnątrz.
    - Nie może pani dziś przyjść do pracy. Mamy wizytę ważnej delegacji państwowej.
    - Znów PIP?
    - A nooo… – przysunęła palec wskazujący do ust.
    Przeszyłyśmy do maleńkiego pokoiku, gdzie miało znajdować się moje miejsce pracy. Panna Mania wyciągnęła spod ukrytej pod burkiem skrytki znoszony skrypt.
    - Niech pani poczyta i zaznaczy kolorowym flamastrem ikonki w tekście. Za parę dni, jak się tam uspokoi – pokazała znacząco na halę – poćwiczymy rysowanie kuli.
    - A gdzie płyta? – zaczęłam przekartkowywać kserwóki – Mam uczyć się na sucho?
    - A nooo, a co, pani od razu w programie chciałaby działać? Najpierw niech pani kreśli na papierze ikonki, to wystarczy. Ten program jest za drogi, by tak sobie z nim poczynać, nawet jeśli… jest tak skrakowany, że zaplącze się pani przy pierwszym łamańcu kodu.. Nie… pani komputer wymagałby porządnej renowacji, bo on nawet nie pociągnie programów użytkowych. Jak pani chce działać w przyszłości na NX to proponuje kupić nowy.
    Upita jej wiedzą o mnie zmilkłam bezproblemowo. Nauczona firmowo robić co każą, a pokątnie stawiać na swoim, przytaknęłam dobrotliwie.
    Pani Mania wszystkowiedząca, a wszędzie szukająca pomocy, wydająca komendy zza szerokiego biurka, głowa firmy w roli nieudokumentowanej sekretarki i ja, jej asystentka, która miała prawdopodobnie współuczestniczyć w napisaniu poważnej pracy, jako osoba znająca większość procesu produkcyjnego wytwarzania butelek. Ale jak? Dostałam tylko skrypt! Doświadczenie nakazało mi szukać pomocy, bo żadna praca z komputerem przewidziana jedynie teoretyczny i suchym procesem przetwarzania wzrokowo literek z ewentualnym zakreślaczem w dłoni nie powiedzie się. Nawet jeśli musiałabym wykrakać komuś na pamięć wszystkie zaszyfrowane kody firmy musiałam zdobyć ów program.
    Na razie udawało się na jednej zębie – powiedziałam do siebie – zaszłam aż tak daleko, pójdę i dalej.
    - Proszę jeszcze to przeczytać – wręczyła mi 3 opasłe tomy – żeby się pani nie nudziła. I nie gnała bezmyślnie po sieci, my tu potrzebujemy niezdemoralizowanych pracowników.
    - Na kiedy? – moja pokora sięgała kresu, ale w porę ugryzłam się w palec. Zaraz zażąda ode mnie bym wróciła na polernię, a nie po to malowałam paznokcie, by teraz je opiłowywać papierem ściernym.
    - Na czwartek, jutro jadę na uczelnię. I proszę zrobić notatki z tych działów, które są zaznaczone.
    OOppsss… chciałam krzyknąć, ale poczułam dreszcze niepewności, co do mojej umowy na murze fabrycznym pisanej, wielkimi, acz bezproblemowo mogącymi się zmyć literami.

    Wracając do domu zakupiłam trochę okrągłych owoców. Włączyłam muzykę i oddalając się od świata brnęłam w deszczu dobre parę kilometrów. Ludzie jakoś dziwnie na mnie patrzyli. No właśnie, nie miałam parasolki. Z każdym krokiem robiło mi się coraz lżej.
    - Pani! Gubi pani cały dobytek! – wydarł mnie z rozmyślań dziadek z laską.
    Spojrzałam na torebkę – wszystko było na miejscu, ale zawartość siatki…
    - O …! – wrzasnęłam.
    Z paru kilogramów pomidorów i m jabłek zostało parę marnych sztuk. Spaghetti szlag trafił. Za mną usłana droga z czerwonych owoców, a przede mną pożywka słodyczą wiedzy.
    - Mamo, ty znów na wagarach? – zapytał syn, gdy zastał mnie na studiowaniu zakreślania ikon.
    - Tak, synuś, czasem i powagarować trzeba, sam wiesz… ale dostałam pracę domową.
    - A co z obiadem?
    - A tu masz literaturę, jak zrobić coś z niczego. Tą wiedzą naprawdę można się najeść.

  • Moje podwórko Pt, 11 kwietnia 2008 1 komentarz


    Callmequeenie

    Udało się – żyjemy w erze handlu wymiennego! Zmieniamy domy na większe, starsze samochody na nowsze. Chcemy lepszej pracy, lepszych zarobków, wyższej emerytury, dogodniejszych świadczeń. Chcemy mieć sprawne ciała, chodzić do najlepszych siłowni. Nasze komputery stają się dla nas za stare, wiec kupujemy szybsze. Popularne hasła brzmią: „Nowe i ulepszone”, „Wyrzuć stare, czas na nowe”. Jeśli dosłownie brać przesłanie handlowców, to najlepszym sposobem na długi jest zaciągniecie jeszcze większej pożyczki. W ten sposób pozbędę się długu i jeszcze coś kupię, coś lepszego od tego, co już posiadam. Chcę, chcę, wciąż więcej – coś innego, zawsze lepszego. Do pewnego stopnia zrozumiałe staje się to, że przynajmniej jakaś cząstkę tej neurotycznej tendencji przenoszę na mojego faceta. W końcu filozofia typu „coś innego byłoby lepsze” stanowi nierozerwalną część myślenia. Dlaczego mój związek miałby stanowić wyjątek od tej zasady? Właśnie tak wentyluję myśli – od czasu do czasu. Może ktoś innym byłby przystojniejszy albo byłby lepszym kochankiem. Lepiej by mnie traktował, poświęcał więcej uwagi. Ktoś nowy umiałby zaspokoić więcej moich potrzeb i byłabym w końcu zadowolona. Prasa, telewizja umacnia we mnie ten sposób myślenia. Słuchając, oglądając, można by pomyśleć, że wszyscy mają albo romans, albo znajdują właśnie nową miłość.

    Wietrzę wnętrze, kupuję nowe sadzonki, odcinam stare pędy, wyrzucam chore liście, przekopuję ziemię, by ożywić zamarłe zimowe życie… Pragnę nowości, wyrzucam, by dać miejsce nowemu. Odkurzam fotografie…

    Ciekawe jak długo cieszyć się będę wymieniając jedyną, wrośniętą, żywą „rzecz” w sowim wiosennym ogrodzie?

  • Donkiszoteria N, 6 kwietnia 2008 1 komentarz

    Andromeda Gustave Doré

    Anonimowość w autobusie jest wykluczona. Z nadmiaru czasu obserwujemy siebie nawzajem, podsłuchujemy rozmowy, krytycznie spoglądamy na gusta powierzchniowości. Mogę bez większych problemów określić czyjś wiek, płeć, pozycję społeczną a nawet detale głosu, temperamentu, gdy uda mi się przez przypadek przechwycić dialog ze słuchawką. Jak bardzo mnie irytuje, kiedy przygarbiona, zakapturzona postać z długimi włosami zastawia mi drogę do wyjścia. Jak się zwrócić? Nie wiem czy to kobieta czy mężczyzna. Wołam wiec – przepraszam – wysiadam! Bezpłciowy osobnik nie reaguje. I jak mam się zachować? Przepychać się na siłę, bo nie wiem jak się odnieść? Denerwuje mnie ta niepewność.

    Kim jest owo „ono”?

    W autobusie, w sieci zawsze najpierw sprawdzam płeć i wiek. No cóż, stereotypy są moją protezą. Oczekuję, że ludzie w określonym wieku, określonej płci, zawodzie będą zachowywać się tak, a nie inaczej, chociażby nawet opacznie. Dla zaoszczędzenia czasu rutynowo posługuję się kategoriami i szablonami. Łatwość, z jaką ludzie mogą eksperymentować ze swoją tożsamością i trudność jaką niesie wykrycie takich eksperymentatorów, sprawia, że czuję się nerwowo bezradna. To, że w sieci, przy wyrabianiu sobie sądów silniej polegam na stereotypach niż w prawdziwym życiu, wynika z tego, iż na niewiele mogę tam liczyć.

    Gdybym powiedziała, że jestem sprzątaczką przypisano by mi atrybuty sprzątaczki – pochylona postać ze ścierką, ochronny, nylonowy fartuch. Co można się o mnie powiedzieć? Kobieta o niewielkiej elokwencji, o ograniczonych tematach do rozmowy, ciągle z przygłupawym uśmieszkiem. Zaskoczę ich – trysnę humorem, świsnę spostrzegawczością, błysnę wiedzą i doświadczeniem, zaplączę niejednemu węzełek na języku. U rozmówców od razu budzi to podejrzenia, bo nie okazuję nadmiernych emocji, a z racji żeńskiego nicka powinnam być bardziej uczuciowa. Obronię się przed tym – w każdej wolnej chwili czytuję grube tomy psychologiczne, filozofię od czasu do czasu, na bieżąco jestem ze zmianami politycznymi na świecie, historia to moje hobby, przerobiłam par kursów Zen… umiem logicznie łączyć fakty, a ukrywanie emocji wezmę na karb trudnego dzieciństwa.

    Kim jest owo „ono”?

    Rozmówcy już ładują swoje baterie w wykrywaczach kłamstw. Z osobnikiem tarasującym przejście w autobusie jestem w stanie porozumieć się werbalnie, jest to o wiele prostsze niż w Internecie. W sieci kłamstwo wymaga ode mnie wielkiej koncentracji i wysiłku. Chociażby, że zmniejsza się spontaniczność normalnych ludzkich reakcji.
    Jeśli nie mam czasu, nie ukryję braków w wykształceniu, mierności w języku, czy błędów w wyrazach. Jeśli to, co o sobie powiedziałam jest prawdą i nadal będę zaskakiwać kontrowersyjnością poglądów, dążąc do swojej odrębności i nie mniejszej nietykalności z powodu trafności wypowiedzi, to czy nie zachwieję stereotypami wszystkich poznawczych skąpców? Będą pytać się nawzajem, kim jest owo „ono”, nie pasujące to nas i do niczego? Zaczną doszukiwać się drugiego dna, dopatrywać się pułapek słownych, nielogiczności treści, drwić z oczywistych rzeczy, bo wg nich to i to wypada, a tamto nie. Następnie pod młotek pójdzie dyskretna wiwisekcja delikwenta. Jak układa się jej życie osobiste, a może to więzień, taki ma czas na naukę i chęci w średnim wieku. Może okłamała nas i jest niedoszłym doktorantem tkwiącym cały czas na jakieś zatęchłej uczelni? I wgląd. Pani z kubłem mydlin już im nie wystarcza. Przeszłość wyczytana z brodawki na nosie, krzywych nóg czy groteskowej twarzy. Kiedy daję do wglądu fotografie, mówię, pokazuję się na wizji, słyszę głosy – fotografie i obraz z kamery można swobodne preparować na potrzeby sytuacji.

    Wiec kim jest „ono”?

    Może to plotka rodząca się za sprawą sekretów i anonimowości. Łatwiej krytykować, ganić, wymierzyć ciosy ludziom, których nie postrzegają mnie jako realnego człowieka i nie mają ze mną bezpośredniego kontaktu. Zrzucenie bomby na miasto wywołuje mniejszy stres niż zastrzelenie człowieka z karabinu. Brak obrazu danej osoby, znaczne oddalenie czyni ludzi bezkarnych. Nie znam źródła skąd się wzięła plotka i kto ją rozpuszcza. To pożar lasu, jest i ciekawa i wiarygodna. Nie bez powodu mówi się, że półprawdy są groźniejsze od kłamstw. Nikt nie będzie powtarzał rzeczy rażąco głupich i jawnie fałszywych oszczerstw, ale wiarygodna plotka zasieje ziarno niepewności nawet w osobach, które znają mnie dość blisko. Nie wiem czy coś tu pomoże obrona – zaprzeczając, tłumacząc czy bagatelizując, to utwierdzi w przekonaniu, że „coś musi być na rzeczy”.

    Nie, zrobię inaczej. Powiem prawdę o sobie. Pomimo, że jestem tylko sprzątaczką na uniwersytecie mam dojście do wielu informacji, które staram się wykorzystać. Poza tym jestem instruktorką fitness i dorabiam na weekendach jako pomoc kuchenna. Moje marzenie? Wycieczka dokoła świata z niepełnosprawnym dzieckiem. Internet jest jeszcze jednym źródłem dochodu, niezbyt popłatnym, ale rozwój mojego hobby przyćmiewa lekko zyski.

    Ta plotka jest bardziej karkołomna, trudno jej dać wiarę? Kiedy opowieść wygląda tak bujnie czy są powody, by ją analizować i doszukiwać się ziarenka pewnika? Skoro pogłoska pozbawiona jest dowodów materialnych, każdy sam decyduje, czy jest wiarygodna, czy nie. Im bardziej zmyślę, tym mniej będzie autentyczna i tym mniej ciekawa się stanie. Nonsens gwarantowany, bo komu wierzyć i w co?

    Jestem głęboko sceptycznie nastawiona do tego, że w Internecie prawda BRONIĆ będzie się sama. Ale komu chce się zmieniać lub poprawiać raz przypiętą etykietkę? Tendencja do potwierdzania pierwszego wrażania jest tak silna, że człowiek ignoruje dowody stojące w sprzeczności z nimi a szuka informacji potwierdzających.

    W którym momencie zaczyna się robić niebezpiecznie? Wtedy gdy ramy rzeczywistej gry fabularnej nie mają jasno zarysowanych granic? Maskarada przestaje być fair odbywającą się za zgodą zainteresowanych, w którym wszyscy wiedzą, co jest maską, a co prawdziwą twarzą i nie obowiązuje już zasada zachowania iluzji.

    Autentyczność czytana jest jako kłamana, a blef jako oczywista rzetelność.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

kwiecień 2008
P W Ś C P S N
« marca   maja »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u