Drogi Panie!
Dziś premiera naszego przedstawienia, które z takim trudem pierwszeństwa wystawiamy. Wreszcie, po wielotygodniowych próbach, nadchodzi ten dzień, kiedy trzeba zderzyć się z publicznością, wygrać albo przegrać. Trema, nieprzygotowany strach, zasłona bez twarzy towarzyszy i mojej garsonierze, kiedy tępo i nieprzychylnie przyglądam się w lustrze garderoby. Czy dobrze wybrałam zawód, czy zostanę obiecująco oceniona w tej roli, jak przyjmą mnie recenzenci, publiczność, a kolega, który psuje najlepszą scenę, ranny kac i pozorna charakteryzacja.
No właśnie, charakteryzacja, ja mam ją w środku. Jestem tak autentyczna, że widzowie myślą, iż bohater i ja, to jedność. Dochodzi do tego, że nie odróżniam jego od siebie.
Rozwiera się ciężka bordowa draperia, oddzielająca świat magii od szarości dnia powszedniego. Próbuję tego nie zauważać. Jak radził Diderot, uzyskuję efekt „czwartej ściany”, kurtyna nigdy się nie podnosi, a ja w naturalnych ruchach, nie w żadnych olśniewających pozach, z nienaganną dykcją, co jest podstawą rzemiosła aktorskiego, porozumienia miedzy mną a nimi.
Przyznam się, na próbach nie mogłam odpędzić zmęczenia. Wyrywałam troglodycki bełkot rodem spod budek z piwem, slang grypserko-młodzieżowy, ten pseudowytworny, debilno-rządowy radiowy, telewizyjny język. Chciałam wydobyć z siebie całą ekspresję, powietrze do płuc nabrane przytłumia jednak dźwięk, wydając głos trumienny. Usta skrzywione cwaniackim grymasem, co od razu określą dykcję – pospolitą, wulgarną, bełkotliwą. Obruszy się Pan i zaraz wtrąci, że wszystko musi być słyszalne, plastyczne, obrysowane, o najszlachetniejszym brzmieniu, w najczystszym kształcie.
To nie jest takie proste, jeśli w prześwicie draperii widzę byłego szefa, który raz po raz wyrzucał mnie z pracy pod pretekstem utajonej choroby psychicznej. Albo kochanka, który przerzucił swoje intymne problemy na moją łóżkową nieudolność. Nie chcę leczyć niczyich kompleksów, jedynie pokazać kierunek i jak najrealniej odegrać swoją życiową rolę.
Skuteczności nadawania nowej siły słowom szukam w ruchach ciała, które im niezmiennie towarzyszą. Pewny krok, wzniosły, dostojny, bez podrygiwania. Ręka oderwana bez wysiłku, najpierw górna część, potem dwie pozostałe, które nabiorą sił ruchem nieśpiesznym i regularnym. Palce w lekko zaokrąglonej gradacji. Niech mnie Pan strzeże od gestu w kształcie krzyża, jak u dyrygentów w czasie finału arii.
Dialog, podstawa zrozumiałości, to nie tylko dykcja, to prowadzenie rozważania, atakowanie kolegi tekstem, zmienność rytmu podawanie pointy – myślowej. Nie poddaję się miedzy bluzgotem, rzężeniem, rozmawiam, mówię do Pana, bo odkąd człowiek zszedł drzewa i zaczął myśleć – kontakt z drugim nawiązywał poprzez słowo.
Nie boję się też, że zapomnę treści, mam go w żelaznych ryzach. Tak łatwiej, bo sztuką jest słuchanie suflera jednym uchem, a jednoczesnej rozgrywanie tekst poprzedzającego. Nikt tego już nie umie.
Przyglądając się próbom, zastanawiałam się dlaczego gra niektórych aktorów jest tak porywająca. Aktor powinien mieć w sobie jakąś tajemnicę, świadomość świata, w którym żyje i swego w nim miejsca, a ja chcę dowiedzieć się czegoś o nim, nie poprzez tekst, ale ponad tekstem. Techniki technikami, a jeśli aktor nie ma nic do powiedzenia o sobie? Najbardziej interesujący jest człowiek z własnym światem, a nie udający najwspanialej histrion. Staram się.
Myśli Pan, że aktorzy, zdając sobie sprawę z konsekwencji, która pociąga za sobą dwuznaczność – z jednej strony zarzut kłamstwa, z drugiej dosłowne nakładanie na ich prywatną osobowość cech bohatera? To kłamstwo, że widz karmiony jest nieprawdą, to on ma skłonności do utożsamiania się z bohaterami. Moim zadaniem jest podsunąć odbiorcom złudzenie, że sami bohaterowie działają i mówią, a nie aktorzy ich przedstawiający. Pan doskonale wie, że jest jeszcze druga sprawa, problem matactwa. Trzeba doskonale poznać cechy, w które natura wyposażyła innych, by być panem swej duszy, przy kształtowaniu jej tak, by upodobniła się do innych dusz. To pewna manipulacja, to tu rodzi się doskonała iluzja, której widzowie nie mogą się oprzeć, która porywa wbrew woli. Widz dostrzega najdoskonalszy obraz prawdy, a taki stopień iluzji, że aktor dobrze gra.
Tak, jestem egocentrykiem, podobno cecha nierozerwalna z tym zawodem. Można to nawet zrozumieć. To ja pokazuję się, na mnie patrzą, na mnie chodzą, jestem najlepsza. Skupienie na sobie uwagi – owszem, o to przecież chodzi; pewność siebie – tak, jeśli pomaga w opanowaniu widowni. Ale czy oprócz mnie nie ma nikogo w teatrze, na scenie, czy naprawdę reszta to… Szukam w pamięci momentów, kiedy zauważyłam innych wokół siebie, niewiele tego było. Chyba w tym zawodzie trzeba myśleć tylko o sobie, tylko ja jestem tak wyborna.
Łatwo się pogubić w pogoni za formą, znakiem, umownością, zaprzepaścić się w tym, co najważniejsze, zawieruszyć człowieka z jego emocjami, ale i z jego myślami, człowieka, z którym chcę obcować bezpiecznie schowany w fotelu lub w blasku reflektorów. A ja chcę go obserwować, współczuć mu, myśleć jego myślami. Niech podniesie się kurtyna, albo opada, zawsze będziemy grać swoje role, bez względu czy słowami, gestami i myślami cudzymi czy swoimi.
Pan dawno odgadł, jaka jest moja największa wada – za dużo mówię lub piszę, ja kto woli. Wszakże trzeba ważyć przerwy w dyskursie, tu i tam, chociażby po to, by dać odpocząć widzowi i pozwolić mu na rozróżnienie wrażeń oraz oddzielenie poszczególnych uczyć, narastających w marę rozwoju akcji. Aż w końcu trzeba mu dać odetchnąć od siebie, co waśnie czynię.
Z poważaniem – V.
Postscriptum: Teraz wiem, co chciał mi Pan powiedzieć milcząc na próbach. Dobry aktor to ktoś, kto grając, zostawia swoją prywatną uczciwość na czas przedstawienia w garderobie i doskonale manipuluje uczciwością tych, którzy go słuchają i oglądają. Prowokacja? Ma Pan rację.