• Donkiszoteria N, 30 marca 2008 Komentarzy: 5

    Czasoprzestrzeń dwa razy w roku stawia mnie przed frazesem dokonanym, który z racji swej natury ciężko obejść. Czas napędził mi stracha.

    Musiałem spotkać się z nią koniecznie. Padał deszcz, ona płakała deszczu łzami. Drżała w szlochu targana rozpaczą. Rozłożyłem parasol. Fontanny łez nie ustały. Przytuliła się do mego ramienia, osłoniłem ją od wiatru i poszliśmy przed siebie aleją parkową.

    Czemu płaczesz? – nie zapytałem.

    Błoto ułożyło nam dywan pod butami. Opowiedziała mi swój ostatni sen.

    No, co też pani za dziwne sny miewa – roześmiałem się. Mój Boże, to mój sen! – pomyślałem.

    Chłapnąłem w kałużę, woda wlała się jej do buta.

    Uważaj – zawołała i ominęła dżdżownicę.

    Potem wiatr jej włosy i łzy wywiewał na moja twarz. Zrobiło jej się bardzo zimno, mnie bardzo gorąco.

    Wiosna – powiedziała – na krótko będzie cieplej, weselej. Fontanny nadal będą ciskać łzami – co się narodziło musi zginąć.

    W parasol uderzyła zerwana gałąź. Mogłaby być moją córką, westchnąłem i wdepnęliśmy w dżdżownicę.

    Zobacz, zabiliśmy. Spazmy wstrząsnęły jej ciałem, zaczęła szukać papierosów. Znad klombu poderwał się paw. Czy jesteś gotowa pokazać swoje prawdziwe kolory? Deszcz ustał, wodotryski łez także.

    Uśmiechnęła się z papierosem w palcach, gdy zza drzewa wyłaniał się księżyc. Teraz pokaże ci prawdziwą wiosnę – wyszeptała.

    Ciekawe gdzie podział się ciąg dalszy. Zaginął w skradzionej godzinie snu? W między czasie straciłam rachubę dziergania słów. Komputer kopniakiem zapędził mnie w inne urojenie.

    Koniec, schodzę we frazes. Trzeba spotkać się od początku.

  • Cybertaniec Pt, 28 marca 2008 1 komentarz

    Ciekawą zmianą w moim ogrodzie było pojawienie się kolejnych niezapowiedzianych gości. W pewien słoneczny dzień wiatr przywiał orzeszki z kwiatów pokrzywy, a może to mrówki, gubiąc bogate owocki zapoczątkowały zalążek nowej ogrodowej ery. Na przeciwległych końcach tego świata pięły się jeszcze dwie czterokanciaste łodygi z naprzemiennie ułożonymi liśćmi. Ten inny, nitrofilny gatunek ziela budził ożywcze szmery całego otoczenia.

    Pokrzywy nie darzyły się sympatią, ale ich antagonizm nie był zbyt silny. Miały jakiś sprzężony cel, niezrozumiałą nić porozumienia, patent na wspólną podświadomość. Plac rozgrywek nie był miejscem krwawych bójek. Tu liczyło się słowo. Okrężnym rewirem wystawiły wszelkie zmysły, wyłapując błędy genetyczne, podarte liście, różnice i podobieństwa; liczbę szkodników przeciwstawiały liczbie ptaków, ilość zwolenników ilości przeciwników, wielość zasług i mierność niepowodzeń, aby zwietrzyć najmniejszy zapach zawahania i strachu, powalając przeciwnika złamaniem zdrewniałego honoru. Obserwacja groteskowego spektaklu z udziałem wyszukanych socjotechnik, mających na celu przekonanie do siebie różnych, co bardziej znaczących osobistości ogrodu, gdzie szala przechylała się, co dnia na inną stronę, rozwinęła we mnie ducha nałogowego hazardzisty.
    Pokrzywy doskonale rozpoznawały dążenia w obrębie danego gatunku. Umiały wykorzystać potrzeby, by stały się motywem działania w momencie, gdy intensywność odczuwania osiąga dostatecznie wysoki poziom, a zaspokojenie ich obniżało odczuwane napięcie. Zdawały się być bezwzględnymi wyzyskiwaczami żerujących dzięki mimikrze na organicznych automatyzmach, choć, co prawda automatyzmy te miały charakter niewrodzonych sekwencji zachowań, ale były regularnymi stereotypami zbieranymi w ciągu całego życia. Wszystko zaczynało się niewinnie przez delikatne komunikacyjne oddziaływanie poprzez perswazję i propagandę aż po agitacje i indoktrynację. Cały ogród wrzał, jak przed wyborami najpiękniejszej, tylko żadne wybory nie opierały się dotychczas na molestowaniu psychicznym. Rośliny wahały się, komu przyznać rację, kogo wyróżnić, kogo uśmiercić przegraną. Bały się zemsty oportunisty, ale i błędnego wyboru triumfatora. Napięcie było nie do zniesienia.

    Zapanował istny tropizm. Negatywne skutki widać było wszędzie – opadały płatki kwiatów, gniły owoce poziomek, stonki przerzuciły się na liście rabarbaru, wrony wydziobały wszystkie czereśnie, mszyce atakowały z niebywałą zaciekłością, a na wielu liściach pojawiły się grzyby… chaos wyzierał z każdej strony, zapowiadając rychły kataklizm małego światka. Otrząsnęłam się z amoku gracza w ostatnim momencie, gdy jeszcze coś ocalić było można i, już w rękawiczkach, wykopałam zdradne ziółka, nie pozostawiając jednego liścia ani korzenia głęboko ryjąc ziemię w poszukiwaniu nitek nienawiści autorytetów.
    Nie było jednak rzeczą oczywistą czy znów wiatr błędnik nie przywieje nasionek pokrzywy, czy mrówki w swym roztargnieniu nie upuszczą orzeszków w drodze do swojego kopca. Moc uzdrawiania tkwiąca w zielu odradzała się z popiołów i straszyła wizją powtórzenia dzieła zniszczenia.

    Dziś, patrząc na mój ogród zastanawiam się, kiedy ponownie zbudzi mnie ta histaminowa prowokacja jako osobliwe deja vo.

  • Cybertaniec Wt, 25 marca 2008 1 komentarz

    W odpowiedzi na post Defetystki napisałam kiedyś taką oto bajkę:

    W moim ogrodzie wyrosła pokrzywa. Jedna, jedyna, pośród wielości drzew, kwiatów, owoców i warzyw. Nie wyplewiłam jej, czekałam na reakcję ogrodu. Pokrzywa znana ze swych właściwości leczniczych, niestety, czasem bywała powodem przykrych dolegliwości. Ziele lubiło wzrastać w najmniej odpowiednich miejscach, wybijało w górę wysoko strzępiaste liście, roszcząc sobie najlepsze miejsce przy słońcu. Nie była piękna, nie pachniała też nadzwyczajnie. Nosiła jednak na sobie coś, co trzymało na dystans inne rośliny, które kosztem spokojnego snu czy karłowatością, wolały opłacić brak jej towarzystwa.

    Moje rośliny stłoczone w jedność, drżały na jej widok, gdy rano kąpała się w rosie i osuszała promieniami czerwcowego słońca. W upalne południa drzewa użyczały jej cienia zatroskane o swój los. Wieczorem miała kaprys wąchania kwiatów i te musiały mocniej wyzwalać swą woń. Późnym wieczorem życzyła sobie rzewnych serenad od krzaków bzu i porzeczek, nastrojowych ballad od paproci i kołysania traw pod łodygą. Odkąd wyrosła śpiewy ptaków ucichły, wiatr ustał w konarach drzew. Trzmiel, kolega z tamtego lata, zaprzestał odwiedzin, przyjaciółki pszczoły wybrały inną łąkę, okłamując, że tam nektar słodszy, a żuki… cóż wzniosły sobie nową siedzibę w cieniu samotnej wierzby w drugim końcu ogrodu.

    Co w niej było strasznego? Podchodziłam, co dzień przyglądać się jej z bliska. Szeptała mi niewytłumaczalne słowa, niepodobne do języka mego, zawikłane myśli w węzeł gordyjski, sugerowała zachowanie swoje, chciała przypodobać się, a jednocześnie pokazywała wyższość. Dopiero po paru spotkaniach w niezrozumiałej formie zauważyłam pokrycie jej ciała – z łodygi i liści starczały delikatne włoski. Nie śmiałam pytać, ale domyślałam się, że nie powinnam jej dotykać bez rękawiczek. Rośliny ostrzegły, że pokrzywa jest trująca, straszyły nią swoje dziadki, które nieostrożnie biegały za muchami po ogrodzie. Ona stała na honorowym miejscu, uzurpując prawo do wszystkiego i do wszystkich, pozornie każdy ulegał pod karcącym spojrzeniem intryg i manipulacji. Kiedy bawiła się z nimi w „ciuciubabkę” nigdy nie zamykała oczu, gdy w chowanego – ukrywała się tak, że żadna roślinka nie była w sanie jej znaleźć, gdy goniła nikt nie ustrzegł się oparzenia. Zawsze czujna, gotowa wbić rażący kolec w bezbronne ciało. Rozmawiała z nielicznymi, tymi, którzy bali się o tyle mniej, o ile sama na to pozwoliła. Pobłażała różom za ich piękne płatki, woń i podobną broń, świerki koiły frustracje poszumem igieł, ruta słuchała opowiadań o jej wielkości, z jaskrem jadowitym i barszczem prowadzili długie polityczne dialogi, oset wymyślał dla niej pikantne zadana. Czasem siliła się na akty pomocy w rozwiązywaniu konfliktów, będąc mediatorem w ogrodowych sprawach. Nader gorliwie pytała, zmuszając do bezgłośnej wypowiedzi, ale niewielu udawało się pokazać prawdę w swym obliczu nie zostając zdeptanym.

    Kłopotem dla pokrzywy były liczne gąsienice motyli. Nie umiała ustrzec się od napaści odpornych na wszelkie jady natrętnych, małych, włochatych fitofagów. Atakowały raz po raz w przerwach łapanki ptaków, z którymi miała podpisany długoterminowy kontrakt zawarty ze saprofityczną przebiegłością.

    Pewnego dnia i ja chciałam dowiedzieć się, co tkwi w jej wnętrzu. Przykucnęłam tuż obok mięsistych liści i stało się – wiatr zaplątany w krzaki malin poszybował w naszym kierunku. Pokrzywa dotknęła mojego ciała, włoski załamały się i skaleczyły skórę. Kwasy podrażniły nerwy, a na skórze pojawiły się swędzące pęcherze. Immunoglobulina E podniosłą alarm, wydzielając histaminę, ścianki naczyń krwionośnych stały się bardziej przepuszczalne, krew przez nie przepływająca odłożyła się pod skórą powodując reakcję alergiczną. Moja ciekawość została właściwie nagrodzona. Ale czy bolało tak bardzo? Może to była tylko obrona pokrzywy przed moim dotknięciem, przed nieznanym, broń na miarę samotnego bohatera? W pierwszym odruchu chciałam ściąć zielsko, okazało się, bowiem że jestem uczulona na kwasy mrówkowy i octowy. Podrażnione miejsce piekło przez parę dni, jednak pozostawiłam przy życiu sprawcę zamieszania – pokrzywę urozmaicającą mój ogród. Inna od pozostałych – silna i pociągająca osobowość, choć przez niewielu kochaną, dążąca do afiliacji i uznania, realizującą swoje potrzeby i dążenia niejednokrotnie przez boleść innych. Czy nie byłoby nudno bez niej? O czym szeptałyby nocne ćmy, czym straszono by młode latorośle, kto byłby autorytetem i dawał do myślenia, kto umiałby tak tworzyć muzykę, by cały ogród trwał we współbrzmieniu? Nawet piwonie ośmielone moim zainteresowaniem dziwadłem podchodziły, nawiązując dialog, po nich przyszła kolej na lilie i tawułki, najbardziej nieufne kwiaty w ogrodzie. Tylko opowieści o pokrzywie były straszne, a ona sama utrzymywała dystans otoczeniem, bo taka była – rosła nieproszona, trudno było ja wyplenić, ale zyskiwała przy bliższym poznaniu. Bezpiecznie bliskim dla niej. Była osobliwą surowicą, tchnęła w mój ogród chwile medytacji i drżenia, wyzwolenie reakcji nie zawsze pozytywnych, ale na pewno nie nudnych.

    Po pewnym czasie przekonałam się, że pokrzywa miała cechy uzdrawiające. Poza właściwościami eterycznymi pomagała przywrócić spokój, porządek w ogrodzie i oczyszczała skutecznie ze złej energii „nieprzyjemnych” uczuć, a przede wszystkim była skuteczną szczepionką na dolegliwości ludzkie – nie wszyscy jednak umieli z niej skorzystać. Obserwowałam ją nadal, rozmawiałam, badałam tak, jak ona mnie; kilkakrotnie parzydełka znalazły się na mojej skórze, ale rany zdały się przybierać mniejsze bąble, aż w końcu ból przestał być dotkliwy. Czujność moja nie malała; być może pokrzywa wyciągnie kolejną broń, zwabiając jeszcze bliżej, by zadać ranę okłamując limfocyty w swoistym ataku destrukcji?

    Szczepionką była przednią o ile odpowiednio się ją dozowało.

  • Listy Cz, 13 marca 2008 1 komentarz

    W. Bouguereau

    Kochanka tafli zwierciadła

    Czesząc jedwabiste włosy

    W zadumaniu wzywała na mokradła

    Tą, co ostatnie zbiera pokosy

    Srebrne łzy wsparte o pęt skarg

    W szał zmysłów oplotła

    W szepcie krwistych warg

    Śmierć kusiła w zalotach wilgotna

    - Stanowczo muszę zaprotestować, mój drogi! – zawołała Basia. – Nie podoba mi się ta strofa, niby jeszcze o mnie pisana? Jeśli chcesz rzeczywiście zostać bardem musisz wiersz zacząć dyplomatyczniej, piękniej, nie cisnąć tragizmem już na początku, skoro już chcesz mnie uśmiercić. Co będzie się działo w czwartym wersie? Nie będzie go, bo śmierć do swej piersi przytuli Barbarkę. Nie natchniesz tym do czytania potomnych. Cisną ci się na usta wulgaryzmy? Kobietę powinieneś zachęcić do czytania przewrotną eksklamacją albo zastanawiającym retorycznym pytaniem.

    - Najukochańsza, o co tu pytać, gardło zedrę, naiwność stracę, cierpliwość o drgania zmysłów przyprawię. Prawda o twym grobowym dziś nastroju, nasuwa mi tylko jedno skojarzenie.

    - Co? Śmierć? Dąsam się jedynie, wiersz o mnie ma być szczęśliwy, czerwony, nasiąknięty najdelikatniejszymi słowami. Tak przemawia się do gawiedzi, a ty ponad gawiedź masz wzlatać, masz ją prowadzić jak męski Beatrycze, jak duchowy führer: symbolicznie, uparcie, do końca

    - O nieskalana muzo moja, grzechu pełna, o jakim tym końcu mówisz? – przestraszył się Kamil – Tyś mi największą z wróżek, napawasz pięknem, subtelnością i delikatnością przed „lustrem ciszy”. Bez ciebie dawno bym umarł na suchoty, nie napisawszy ani jednego wersu.

    - Nie panikuj, Kamilku, wszyscy kiedyś pomrzemy. Po cóż o tym pisać i zadręczać się, to nieuniknione, a jakie niesmaczne! Problem leży nie w nas, lecz w potomnych. Jeśli nie podbijesz sztuki przemilczania, nie wprawisz się w przenośniach, hiperbolach i zdrobnieniach, jeśli urzeczony zgubną szczerością na dobre piękno śmierci będziesz sławić, to cóż zostawiasz potomnym. Zgubę i nicość, przygnębienie i marazm miedzy liniami wzlatać będzie? Z kim się będą utożsamiać narzeczone. Jak cię zinterpretują studenci, do jakiego pamiętnika wpiszą dzieci? Zamiast otwartej drogi zostawisz po sobie żałosny, jednozgłoskowy wrzask zgorzkniałego człowieka, którzy bramę do fartu zamyka; miast cieszyć się chwilą o śmierć w latach miłości, co chwilę potyka strzemiona. Żaden szanujący się magister o tobie doktoratu nie napisze, może jakaś licealistka wspomni mnie w szpalerze lektur nadobowiązkowych. Sam jednak przyznasz, to wbrew tradycji, żeby do historii nie przechodził artysta tylko jego muza.

    - Milcz, Barbaro! Wyjaśniłaś mi wszystko – krzyknął Kamil. – Zmienię słów potok, oddam się prozie, nie miłosnej śmierci udręce.

    Ach, zadumani, zaliumani wiecznie

    w kroki zegarów, w wierszy krągły lament,

    w łzy – dzwonki nocy, w smutki obosieczne.

    Ja wiem: te łzy – pół-woda, pół-atrament.

    Poli nicba białą koroną, pod racami blasku

    drżycie jak kret na słońcu, który zgłębił drogę.

    Ja mam gest. Ja was wszystkich kupić mogę

    za jedno żywe ziarnko piasku.*

    *Ach, zadumani – K.K Baczyński

  • Listy So, 8 marca 2008 1 komentarz

    Drogi Panie!

    Dziś premiera naszego przedstawienia, które z takim trudem pierwszeństwa wystawiamy. Wreszcie, po wielotygodniowych próbach, nadchodzi ten dzień, kiedy trzeba zderzyć się z publicznością, wygrać albo przegrać. Trema, nieprzygotowany strach, zasłona bez twarzy towarzyszy i mojej garsonierze, kiedy tępo i nieprzychylnie przyglądam się w lustrze garderoby. Czy dobrze wybrałam zawód, czy zostanę obiecująco oceniona w tej roli, jak przyjmą mnie recenzenci, publiczność, a kolega, który psuje najlepszą scenę, ranny kac i pozorna charakteryzacja.

    No właśnie, charakteryzacja, ja mam ją w środku. Jestem tak autentyczna, że widzowie myślą, iż bohater i ja, to jedność. Dochodzi do tego, że nie odróżniam jego od siebie.

    Rozwiera się ciężka bordowa draperia, oddzielająca świat magii od szarości dnia powszedniego. Próbuję tego nie zauważać. Jak radził Diderot, uzyskuję efekt „czwartej ściany”, kurtyna nigdy się nie podnosi, a ja w naturalnych ruchach, nie w żadnych olśniewających pozach, z nienaganną dykcją, co jest podstawą rzemiosła aktorskiego, porozumienia miedzy mną a nimi.

    Przyznam się, na próbach nie mogłam odpędzić zmęczenia. Wyrywałam troglodycki bełkot rodem spod budek z piwem, slang grypserko-młodzieżowy, ten pseudowytworny, debilno-rządowy radiowy, telewizyjny język. Chciałam wydobyć z siebie całą ekspresję, powietrze do płuc nabrane przytłumia jednak dźwięk, wydając głos trumienny. Usta skrzywione cwaniackim grymasem, co od razu określą dykcję – pospolitą, wulgarną, bełkotliwą. Obruszy się Pan i zaraz wtrąci, że wszystko musi być słyszalne, plastyczne, obrysowane, o najszlachetniejszym brzmieniu, w najczystszym kształcie.

    To nie jest takie proste, jeśli w prześwicie draperii widzę byłego szefa, który raz po raz wyrzucał mnie z pracy pod pretekstem utajonej choroby psychicznej. Albo kochanka, który przerzucił swoje intymne problemy na moją łóżkową nieudolność. Nie chcę leczyć niczyich kompleksów, jedynie pokazać kierunek i jak najrealniej odegrać swoją życiową rolę.

    Skuteczności nadawania nowej siły słowom szukam w ruchach ciała, które im niezmiennie towarzyszą. Pewny krok, wzniosły, dostojny, bez podrygiwania. Ręka oderwana bez wysiłku, najpierw górna część, potem dwie pozostałe, które nabiorą sił ruchem nieśpiesznym i regularnym. Palce w lekko zaokrąglonej gradacji. Niech mnie Pan strzeże od gestu w kształcie krzyża, jak u dyrygentów w czasie finału arii.

    Dialog, podstawa zrozumiałości, to nie tylko dykcja, to prowadzenie rozważania, atakowanie kolegi tekstem, zmienność rytmu podawanie pointy – myślowej. Nie poddaję się miedzy bluzgotem, rzężeniem, rozmawiam, mówię do Pana, bo odkąd człowiek zszedł drzewa i zaczął myśleć – kontakt z drugim nawiązywał poprzez słowo.

    Nie boję się też, że zapomnę treści, mam go w żelaznych ryzach. Tak łatwiej, bo sztuką jest słuchanie suflera jednym uchem, a jednoczesnej rozgrywanie tekst poprzedzającego. Nikt tego już nie umie.

    Przyglądając się próbom, zastanawiałam się dlaczego gra niektórych aktorów jest tak porywająca. Aktor powinien mieć w sobie jakąś tajemnicę, świadomość świata, w którym żyje i swego w nim miejsca, a ja chcę dowiedzieć się czegoś o nim, nie poprzez tekst, ale ponad tekstem. Techniki technikami, a jeśli aktor nie ma nic do powiedzenia o sobie? Najbardziej interesujący jest człowiek z własnym światem, a nie udający najwspanialej histrion. Staram się.

    Myśli Pan, że aktorzy, zdając sobie sprawę z konsekwencji, która pociąga za sobą dwuznaczność – z jednej strony zarzut kłamstwa, z drugiej dosłowne nakładanie na ich prywatną osobowość cech bohatera? To kłamstwo, że widz karmiony jest nieprawdą, to on ma skłonności do utożsamiania się z bohaterami. Moim zadaniem jest podsunąć odbiorcom złudzenie, że sami bohaterowie działają i mówią, a nie aktorzy ich przedstawiający. Pan doskonale wie, że jest jeszcze druga sprawa, problem matactwa. Trzeba doskonale poznać cechy, w które natura wyposażyła innych, by być panem swej duszy, przy kształtowaniu jej tak, by upodobniła się do innych dusz. To pewna manipulacja, to tu rodzi się doskonała iluzja, której widzowie nie mogą się oprzeć, która porywa wbrew woli. Widz dostrzega najdoskonalszy obraz prawdy, a taki stopień iluzji, że aktor dobrze gra.

    Tak, jestem egocentrykiem, podobno cecha nierozerwalna z tym zawodem. Można to nawet zrozumieć. To ja pokazuję się, na mnie patrzą, na mnie chodzą, jestem najlepsza. Skupienie na sobie uwagi – owszem, o to przecież chodzi; pewność siebie – tak, jeśli pomaga w opanowaniu widowni. Ale czy oprócz mnie nie ma nikogo w teatrze, na scenie, czy naprawdę reszta to… Szukam w pamięci momentów, kiedy zauważyłam innych wokół siebie, niewiele tego było. Chyba w tym zawodzie trzeba myśleć tylko o sobie, tylko ja jestem tak wyborna.

    Łatwo się pogubić w pogoni za formą, znakiem, umownością, zaprzepaścić się w tym, co najważniejsze, zawieruszyć człowieka z jego emocjami, ale i z jego myślami, człowieka, z którym chcę obcować bezpiecznie schowany w fotelu lub w blasku reflektorów. A ja chcę go obserwować, współczuć mu, myśleć jego myślami. Niech podniesie się kurtyna, albo opada, zawsze będziemy grać swoje role, bez względu czy słowami, gestami i myślami cudzymi czy swoimi.

    Pan dawno odgadł, jaka jest moja największa wada – za dużo mówię lub piszę, ja kto woli. Wszakże trzeba ważyć przerwy w dyskursie, tu i tam, chociażby po to, by dać odpocząć widzowi i pozwolić mu na rozróżnienie wrażeń oraz oddzielenie poszczególnych uczyć, narastających w marę rozwoju akcji. Aż w końcu trzeba mu dać odetchnąć od siebie, co waśnie czynię.

    Z poważaniem – V.

    Postscriptum: Teraz wiem, co chciał mi Pan powiedzieć milcząc na próbach. Dobry aktor to ktoś, kto grając, zostawia swoją prywatną uczciwość na czas przedstawienia w garderobie i doskonale manipuluje uczciwością tych, którzy go słuchają i oglądają. Prowokacja? Ma Pan rację.

  • Donkiszoteria Pn, 3 marca 2008 1 komentarz

    Kto powiedział, że bajki są dla dzieci skoro na ich kanwie buduje się hipotezy poważnych teorii naukowych? Autor niby przypadkiem odkrył „nowe plemię”, czy wiedział doskonale, co kryje za swoimi słowami? Przekazywać dzieciom podobnie poważne treści, wdrażając powoli w poplątany świat dorosłych? Wzięłam pod młotek „Alicję w krainie czartów” – zasadniczy naukowiec roześmiałby się, gdyby kazać mu wyszukiwać logiczne treści pisane dziecięcym językiem.

    Co Alicja odkrywała po drugiej stronie lustra? Odpowiedz na pytanie jednego z ogniw ewolucji.

    Jest w książce pewna scena, gdy Królowa chwyta Alicję za rękę i obie zaczynają biec jak szalone. Kiedy zmęczone zatrzymują się, znajdują się dokładnie w tym samym miejscu, z którego wyruszyły. Królowa tłumaczy dziewczynce: „Widzisz, trzeba biec tak szybko, jak się potrafi, żeby zostać w tym samym miejscu”. W języku ewolucji znaczy to, że stworzenia, które stale się zmieniają, są biologicznie odporne na działanie bakterii, wirusów i innych pasożytów. W tym temacie rozmnażanie płciowe rozwinęło się, jako narzędzie obronne przed zarazkami. Dlaczego jednak dwie płcie – męska i żeńska?
    Dlaczego nie rozmnażać się jak teidy, znoszące po parę jaj, z których wykluwają się ich dokładne repliki? Teidy nie marnują czasu na flirty, nie mieszają swojego materiału genetycznego, nierzadko gorszego, nie wystawiają się na niebezpieczeństwo, że mniej czujne podczas zalotów staną się ofiarą drapieżników. Ich potomstwo w stu procentach przejmuje ich DNA. Albo w taki ekscentryczny sposób jak ryby z rafy koralowej. Kiedy brakuje w stadzie samca, dominująca samica przeistacza się z „niej” w „niego”. Bezpłciowość ma niezaprzeczalne zalety, ale wiele stworzeń poszło drogą reprodukcji płciowej dlatego, że zapewnia ona różnorodność, a rekombinacje przynoszą nowe rozwiązania: niektóre jednostki zginą, inne jednak sprostają nieustannym dążeniu przyrody, by odcinać słabsze pędy. Gdyby mężczyźni i kobiety byli samowystarczalni, na zawołanie przeistaczali się w jedną i drugą płeć, najpewniej nie wypracowalibyśmy kokieteryjnej mowy ciała i całej fizjologii mózgu odpowiedzialnej za zauroczenie i przyzwyczajanie. Staliśmy się mężczyznami i kobietami, istotami cząstkowymi, które albo będą mieszać w genach, albo znikną bez śladu.

    Dorobię jeszcze inną ścieżynę do tej teorii. Kojarzy mi się ona przepoczwarzaniem. Świat podąża cały czas na przód. Żeby nie zostać w tyle, aby uodpornić się na działanie bardziej wyspecjalizowanych, zjadliwych jednostek, trzeba założyć biologiczne skrzydła, chociaż one nie gwarantują przywództwa. Lecieć niejako na oślep, swoimi dróżkami, szukając własnego tropu, bo stagnacja nie tyle daje mylny spokój, co uwstecznia nas tak bardzo, że możemy obudzić się w końcu na klepisku pradziadka. Mamy coś z teid – możemy być zarówno kobietą i mężczyzną – bezpłciowo rozmnażać się na sto różnych, nickowych sposobów, DNA będzie wciąż to samo. Jesteśmy jak wargacze, kiedy zaczyna robić się bezbarwnie wśród osobników tej samej płci, przywdziewamy pelerynkę „jego” lub „jej”. Aż w końcu jak truskawki. Porównywalnie, jak teidy cieszą się one aseksualną reprodukcją, ale gdy brakuje miejsca i trzeba opanować nowe rubieże, zaczynają kwitnąć i rozmnażać się płciowo (to a propos nicków egzaminujących się w rzeczywistości). Niemniej hermafrodyczne istoty za wszelka cenę starają się uniknąć samozapłodnienia – rozwiązania, które łączy wszystkie wady płciowości i bezpłciowości. W internecie na przekór naturze mamy wybór – płciowość lub bezpłciowość, marszruta własna lub cudza.

    Wszystko idzie miedzy bajki włożyć.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

marzec 2008
P W Ś C P S N
« lutego   kwietnia »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u