• Listy Cz, 28 lutego 2008 Komentarzy: 6

    fot. V. Frances

    fot. V. Frances

    „Biada (…) niewiastom jeśli kochają szaleńców”

    „Bo (…)
    Kto nie dotknął ziemi ni razu,
    Ten nigdy nie może być w niebie.”

    Zawsze miałam oczy szaleńca. Piękne, niebieskie mgławe opętanie. Od czasu, kiedy hormony zawładnęły moim ciałem, a miłosna mapa wnętrza napotkała przeszkodę w postaci filigranowego neuroprzekaźnika.

    Dzieciństwo – zgiełk i spokój domu, łagodny ojciec i władcza matka, żarty rodzeństwa i zapach mazurka. Spalony dom przy drodze i przyjaciółki z niedalekiego rynsztoka, zabawy w brudnej klatce schodowej i szczeniak z kulawą nogą. Dojrzewanie – ból istnienia, odlew ściekający w idealny obraz mojej sympatii. Z czasem wszystkie wspomnienia zaczynały układać się w pewien wzorzec tego, co mnie w nim pociąga, a co odpycha. Zalewały mnie uczucia erotyczne, mapy, niczym wosk krzepły w pustych dłoniach – wymarzona sylwetka, kolor oczu, temperament narowistego ogiera, nawyki z klasztornej izby, jego opanowanie, jego aspiracje, jego charyzma… Pojawiłeś się przypadkowo, wczoraj, jutro, dziś, w szkole, w biurze i na ulicy. Zaczepiłaś – nie, to ja przejmowałam inicjatywę. Teraz wiem, że nie zauważając cię dałam tylko dowód, że byłeś brakującym parametrem w moim drogowskazie miłości.

    Myślisz, że to działanie w afekcie? Możliwe, przecież nietrudno o niespójności w doborze idealnego wzorca – miłość jest ślepa.

    Euforia i udręka. Bezsenne noce, nerwowe dni, skórcz ciała, ciarki gorączki, kołatanie serca, ból w głowie. Pogrążona w ekstazie nie wiem jak upłynął kolejny dzień, jak wsiadłam do autobusu i jak odnalazłam klucz w przepastnej torbie, jak minęłam sąsiada i jak ktoś podał mi dłoń. Czekanie przy aparacie, wymyślanie scenariusza na dialog, na wyśnione spotkanie. Idealna maskę mojego „ja”, a jednak na wskroś wątła. W końcu nadchodzi ta nieśmiertelna chwila i oto najmniejszy twój gest zatrzymuje mi oddech, zawraca krew, brakuje tlenu, w oczach ciemnieje. Omdlewam. Wygaduję głupstwa, śmieję się na całe gardło, ujawniam ci najtajniejsze sekrety, nie przestaje mówić, spacerujemy przez całą noc. A potem obejmujesz mnie i całujesz – od nowa zapomniałam o świecie przeniknięta dreszczem, owładnięta upojeniem.

    Tysiące lat spisanych historii miłosnych – poematy, pieśni, opery, hymny, dramaty i mity. Pośród niezliczonych tłumów mężczyzn i kobiet jestem i ja, która opuszczę rodzinę i przyjaciół, popełnię samobójstwo, dopuszczę się morderstwa, zaczaruję cię wyrywszy na skórze miłosne czakry, uschnę poprzecinanymi tętnicami, będę kłamać, wstąpię do klasztoru, by być ci niedostępną, upodlę się, bo jestem kobietą fatalną a potem zacznę ćpać i kraść, zaszantażuję cię w mym szaleństwie wiecznie zakochanej kobiety. Po moście będziesz biegł do biblii mojego haremu, pomazany krwią nienarodzonego dziecka w szale twojego życia. Omotam cię błogim sznurem skrzypiec czarownego grajka z romansu Beethovena, muskającego najdelikatniej wysokie dźwięki w minorowej gamie.

    Kim jestem? „Seksem połączonym z przyjaźnią”, czasowym zahamowaniem bądź odroczonym pożądaniem seksualnym? Jestem mistyką, mającą wiele cech świętości, i jako taka wymykam się prawom przyrodniczym, jak i naukowej drobiazgowości.

    Zjawiskowo dotkniesz płatków moich uszu i wyszepczesz: To tylko meskalina – otwórz oczy. I codziennie w wyrachowany sposób zdradzisz mnie, jak Judasz, zaprzesz się, jak Piotr, złamiesz, jak Kajfasz i podle sprzedasz tłumowi, jak Piłat.

    Jestem potwornie zmęczona.

    Diagnoza: nieokiełznany pociąg do skrajności, zamroczenie, ekstaza. Zalanie emocjonalnego centrum mózgu amfetaminą – bezustanny doping. Miłosny odpad.

    - Zbyt mocno chcesz związać się z inną osobą; zakładam, że wyborem są nieodpowiedni partnerzy. Kiedy ci wkrótce odchodzą spadasz z wyżyn szczęścia w odmęty rozpaczy – aż do następnej próby. Cierpisz na zakłócenia miłosnych zwojów mózgowych, a w szczególności na potrzebę PEA.

    Leczenie: neutralizator MAO.

    - Ile będzie to trwało?

    - To zależy czy poradzisz sobie bez neutralizatorów, czy wystarczy jedynie wiedza o zbyt silnych emocjonalnych reakcjach twojego organizmu.

  • Moje podwórko Pt, 22 lutego 2008 Komentarzy: 4

    - Zaraz wrócę kochanie, kończę piwo – facet po mojej prawej stronie łagodnie przemawiał do aparatu, spojrzał na zegarek. – Film już się skończył?

    Od strony słuchawki rozległ się dłuższy pisk.

    - Już idę, chyba poradzisz sobie beze mnie przez 10 min!

    Znów pisk i ktoś nagle wyłączył się z tamtej strony.

    - Proszę jeszcze jedno – rzucił do barmana. – Widzisz Zenek, one nawet chcą mieć nas pod pantoflem w czasie oglądania najukochańszego serialu, żeby rzucać oko na naszą wątłą moralność. Szlag je trafia jak nie robimy tego, co same uznają za słuszne – powiedział do kolegi, który uraczony taką samą dyspensą upajał się hukiem bufetu.

    - Wolę ten serial, dla niektórych rachityczny, a ja mam przynajmniej coś tu do powiedzenia.

    Było ich trzech. Usiedli przy kontuarze. Jeden z nich grzecznie zapytał, uśmiechając się szeroko, czy może się przysiąść. Pewnie – zacisnęłam zęby w sztucznym uśmiechu.

    Znali się z Przemkiem. Jednego właśnie opuściła kobieta, dwaj jego towarzysze łamali się z samotnością od dłuższego czasu, ratując pustkę w nadziei poznania kogoś w lokalu. Opowiadając sobie koleje swych smutnych losów, błagali niemal namacalnie barmana o porady lub chociażby przyznanie racji w pewnych kolejach związkowych perypetii. Ten zajęty robieniem następnego drinka nie miał zamiaru przeistaczać się w chusteczkę do nosa zbłąkanych dusz a i nie w smak mu było rozdrapywani starych ran. Towarzysz koło mnie niby przypadkiem zapytał o zdanie w kwestii wierności kobiet.

    - Po trzech latach narzeczeństwa zaproponowałem jej małżeństwo. Nalegałem już wcześniej a teraz chciałem, by się w końcu zdecydowała. I wybrała – wolność. Teraz jest szczęśliwa z kimś innym. Mam do niej straszny uraz.

    - Postawiłeś jej ultimatum? Może nie była jeszcze gotowa? Nie wykazałeś się zbytnią cierpliwością – zaśmiałam się ciut za głośno. – A nawet gdyby po dłuższym czasie i tak nic z tego nie wyszło to przynajmniej zachowalibyście do siebie więcej szacunku. Teraz rozpamiętujesz jedynie atmosferę nacisku i odrazy.

    Nie miałam ochoty zabawiać się w pocieszyciela

    Autoanaliza – codzienna moja straż; zadręczać się czyimiś problemami? Dla mnie one były śmieszne, ale ludzie często nie mają nawet wyobrażeń jakie niespodzianki niesie ze przyszłość, po których nierzadko ciężko z godnością spojrzeć sobie w oczy. Credo tego wieczora brzmiało „ciesz się chwilą” a dygresja chłopaka trafiała mnie batem po łydkach.

    Dał mi w końcu spokój, kwitując moje milczenie brakiem zainteresowania tematem. Co za spostrzegawczość…

    Trzej kolegów ponownie zaczęło rozpamiętywać dawne czasu, analizując przypadek każdego z osobna.

    Analitycznemu mózgowi ciężko zrozumieć intuicyjny. Niedługo znów spotkają kobiety swojego życia i będą się zastanawiać czemu ona jest tak różna i ma tak odmienne oczekiwania. Może się ożenią i znów będą uciekać do baru przed kolejną kłótnią o nie wyrzucone śmieci, przed pretensjami, że nie zajmują się dziećmi. Po co to wszystko? Po co scalać się z wyobrażeniem, które szybko rozwiewa się w fasadę. Nie lepiej być niezależnym niż z własnego lenistwa wiązać sobie ręce, by coś niby tworzyć? Na pewno późniejsze niezadowolenie, coraz częstszą ucieczkę przed ukochaną osobą w swoje wnętrze, którego tak naprawdę nikt obcy nie zrozumie.

    Panowie prześledziwszy swoje pechowe życie zaczęli zabawę komórkami. Serenady zakłócały tony radia, niuansem wgryzając fałszywe nuty ballad „Dżemu”. Przemek podkręcił radio a koledzy poczęli grać jeszcze bardziej nieczysto. Czy to kocia muzyka, czy miłosna pieśń słowika? Nieważne, krew i tak zaczynała szybciej krążyć do wtóru miłosnej pieśni, podobnie jak przy dźwiękach hymnu narodowego.

    - Nalej panom jeszcze jednego Lodołamacza, to się uspokoją.

    - A ty? Nie chcesz?

    - Chcę! – puściłam do niego oko.

    Facet miał coś w sobie, nie poglądowo, promieniało to z jego wnętrza. Jakbym słyszała słowa: droga do serca kobiety prowadzi przez twój umysł. Przemek umiał to wykorzystać.

    - Proszę, tylko proszę nie upij się, nie chcę abyś smęciła, jak ci kolesie. Nie pragnę mieć tu kolejnej męczennicy, nie dziś.

    Podając mi trunek przechylił się tak bardzo w moją stronę, że dotknął delikatnie moich włosów, poczułam jego oddech na szyi.

    - Nie ma obawy, nie chcę ci robić przykrości – szepnęłam mu z tkliwością niemal do ucha.

    Czułam jak płoną mi policzki. Jakiś dreszcz pukał w każdą cząstkę ciała. Ciepło i zimno, pytanie i zaprzeczanie. Czyżbym się pomyliła? Zaczęła śmieszyć mnie ta sytuacja, a w niej nietrudno o spłoszone chichotanie. Wyczuwałam mezalians zastanych tu okoliczności, ale nadaj w nie brnęłam.

    Koktajl był strasznie mocny, co zwolniło czas posiłku – jeden łyk na 10 min.

    - Zamówię ci coś do jedzenia – oznajmił. – Mamy dobrą pizzę.

    - Wolę coś lżejszego, może lody?

    - Tutaj nie da rady nic takiego zrobić, wszystko kaloryczne i ciężkostrawne… – uśmiechnął się porozumiewawczo jakby mówił: Poczekaj na mnie, jak skończę pracę nadrobimy stracony czas i pozbędziemy się treściwych przystawek, zastawimy tylko danie główne.

    On płaci, ona wie, że jest hołubiona. Trudno o najbardziej powszechny zalotny manewr w nadziei na seksualną rekompensatę. Miałam się spłoszyć? Przemek jednak powinien wymyśleć coś, co może mnie bardziej zaintrygować.

    Wcześniej obserwowane przeze mnie towarzystwo dwóch mężczyzna i trzech kobiet połączyło siły. Siedzieli przy wspólnym stoliku i popijali tęczowe napoje. Badali się nawzajem, na ile są sobą zainteresowani. Czy przypadkowe muśnięcie, delikatne napieranie na siebie, zapatrzenie w oczy nie spłoszy przeciwnika, czy odpowie on rozmyślnym dotknięciem, nachyleniem ciała by przekroczyć niewidzialną i główną barierę przyzwolenia na umizgi.

    Zamówili spaghetti. Balansowali jeszcze na granicy niepewności i kokietowania. W rolę wchodziły widelce i łyżki, znad których się sobie przyglądali. Z czasem każde z nich stawało się lustrzanym odbiciem potencjalnego partnera. Owa synchronizacja była tym pełniejsza, im głębiej spoglądali sobie w oczy. Na dobrą sprawę mogłabym dyrygować symfonią rozmowy i jedzenia. Rytm podkreślany wyakcentowanymi sylabami, ale i momenty ciszy nie pojawiały się bezładnie: kiedy jedna osoba nabiera makaron, druga sięgała po sos – jak w partyturze. Pauzy i chwile ożywienia, ściszanie głosy i jego podnoszenie, w takim rytmie upływa życie.

    Przemek wyłączył radio. Z parkietu niosła się miłosna melodia. „Grajcież, jeśli muzyka stanie się pokarmem miłości”.

    Jedna para wstała znad stolika. Weszła na parkiet i w naturalny sposób zsynchronizowała swe ciała w toku intymnych pląsów. Wpadli we wspólny rytm. Ehh… melodie ludzkich umizgów są tylko echem śpiewów rozbrzmiewających w całym zwierzęcym świecie.

    Gdzie zaczyna się flit a gdzie miłość? Kiedy on lub ona powie coś wymuskanego, rzuci trafną uwagę na temat znanego polityka czy skomentuje kolejne spotkanie popularnej drużyny piłki ręcznej. Genezą jest coś zabawnego i inteligentnego. A może to początek miłości – przelotne spojrzenia, delikatne muśnięcia, niedopowiedziane słowa, wspólna kolacja czy szept podczas tańca. I wtedy odpowiada ciało, rozum pozostaje bezsilny wobec nieznanej fali i pytania: Dlaczego właśnie on, dlaczego ona?

    Trudno było przewidzieć jak skończy się dzisiejszy wieczór dla tej piątki. Każde z nich odegrało właściwie przyjęte na tym etapie role. Kto z nich był myśliwym, a kto zdobyczą, kto uwodzicielem, a kto uwiedzionym?

    Z zamyślenia ocknął mnie talerzyk z szarlotką.

    - Wymodliłem dla ciebie coś stosownego.

    - Dzięki – wyszperałam bilon z torebki.

    - Nie trzeba – jego wzrok był nadzwyczaj poważny.

    - Nie chcę mieć u ciebie kredytu.

    Podałam mu pieniądze. Dotknął niby przypadkiem mojej dłoni, w sposób naturalny a zarazem nader wykalkulowany. Gest zewnętrznie nieistotny, w rzeczywistości niebagatelny. Zakończenia nerwów czuciowych w skórze było tak wrażliwe, że nawet to najlżejsze podrażnienie utrwaliło w mózgu obraz tej chwili. Nie cofnęłam dłoni. Zaczęliśmy przyglądać się sobie w milczeniu, badaliśmy każdy szczegół naszej anatomami, odgadując dość oczywiście intymne myśli. Dotyk – matka wszystkich zmysłów , w każdej ludzkiej kulturze występują prawidła, określające kogo można dotykać, gdzie i jak – teraz był jak najbardziej pożądany.

    Scenariusz wieczoru rysował się dość jasno. Dla Przemka. Może za bardzo dałam ponieść się alkoholowi i nastojowi, a jego niepotrzebnie dręczyłam nadzieją na kolejną krótka przygodę. Było mi przyjemnie, doznałam ciepła jakiego dawno nie odczuwałam i odmiany jakiej potrzebowałam. Choć chwila była krótka, chciałam ją powtórzyć gdziekolwiek indziej.

    Przy szarlotce Przemek dalej robił na mnie „dobre wrażenie” – był opanowany, troskliwy, wiarygodny i dowcipny, a co najważniejsze – dostępny, co akurat mnie trochę niepokoiło. Przy barze zrobiło się trochę luźniej, klienci zajęci sobą nie podchodzili po piwo. Przemek wykorzystując moment zaczął opowiadać o swoich studiach.

    Sygnał w moim telefonie. Spojrzałam na zegarek – 22-ga.

    - Muszę już lecieć.

    - Już? Jeszcze wcześnie – był wyraźnie rozczarowany.

    - Siedzę to od paru godzin – roześmiałam się.

    Drzwi lokalu z hukiem rozwarły się zwracając uwagę większości gości. Wysoka blondynka w kremowym długim kożuchu rozglądając się podeszłą do baru.

    - Tu jesteś! Nie mogłam wcześniej wyrwać się z tego nudnego firmowego posiedzenia. Myślałam, że będziesz na mnie czekała w domu – nachyliła się nade mną i obejmując za ramiona pocałowała mocno w usta.

    Gest nie pozostawiał żadnej wątpliwości dla nikogo, kto był świadkiem tej sceny. Przemek w nieopisanym zdumieniu szukał jakiegokolwiek wytłumaczenia dla zaistniałej sytuacji.

    - Chodź! – podała mi płaszcz.

    W pośpiechu udało mi się rzucić w stronę Przemka spojrzenie z niewypowiedzianymi słowami: PRZEPRASZAM.

  • Moje podwórko So, 16 lutego 2008 1 komentarz

    50 ml ginu, 50 ml malibu, Blue Curacao, sok pomarańczowy, bananowy i cytrynka… Krawędź ciężkiej szklanki powleczona cukrem stała na ladzie baru. Umówiłyśmy się wcześniej, na 17 tą, kiedy stoliki jeszcze puste i można spokojnie porozmawiać. Przyszłam wcześniej.
    - Coco Beach, proszę, drink dla pań – sympatyczny barman uśmiechnął się szeroko.

    Usiadłam przy środkowym, pustym stoliku. Z głośników leciała klubowa nuta francuskiego radia. Rampa skąpana w neonowym świetle oddzielała mnie od maleńkiego parkietu. Był pusty, tak jak barek. Tylko my – barman i ja. Ciche zaciskanie krtani asystujące przy pobieraniu trunku; przelewa się niemal bez zatrzymania przez ciało, wchłonięty alkohol pogrywa na tysiąc wariacji.

    Piąta. Zegarek nad barową lodówką nie kłamał.
    Piętnaście po. Skończyłam Coco. Zadzwonił telefon…
    Wstałam, kierując się do wyjścia.

    - Nie przyszedł? – barman złapał mnie niemal przy drzwiach.
    - Nie. Mogłam się umówić z kimś innym – rzuciłam na odchodne.
    - Postawię ci sok, jak chcesz żeby randka mała ręce i nogi żywego człowieka.
    - Nie mała to być randka, nie w takich kategoriach…
    - Tak się tylko mówi, wdziałem wiele par, które maiły początek przy tym stoliku.
    - Przy tym? – wskazałam na ten, od którego dopiero wstałam.
    - Przy każdym związki formują się inaczej, tamten na przykład jest dla odważnych. Jestem Przemek – podał mi dłoń.
    - A przy barze? – podałam kokieteryjnie swoją.

    Kontakt wzrokowy z barmanem przyniósł natychmiastowy efekt. Przyjrzałam się mu dokładniej, wydał się ciekawym człowiekiem. Przez chwilkę nawet zastanawiałam się czy nie salwować się ucieczką. Zdecydowałam się na zbliżenie. Nie sposób zlekceważyć mojego wścibskiego spojrzenia; musiał na nie odpowiedzieć. Jego źrenice rozszerzyły się na ułamek sekundy. Może w ostatnim momencie stchórzył, bo uciekł oczyma na puste kufle, jakby chciał je powtórnie umyć i cofnąć za próg wypowiedziane przed chwilą słowa. Po salwie nadprogramowych i bezcelowych ruchów, dając sobie czas na zastanowienie, ukazał białe, górne zęby w geście pozytywnych zamiarów i demonstracyjnego zainteresowania.

    - Usiądź przy ścianie, stąd będziesz miała dokładny widok na salę, chciałbym ci coś pokazać – nakazał, jak do niesfornego dziecka głosem znoszącym wszelkie sporne kwestie.
    Zaskoczona spoczęłam przy kontuarze.
    Wytworny kunszt Przemka pozwolił mi na kosztowanie kolorowych mieszańców. Bawił mnie z uporem swoim krótką, acz ciekawą biografią, jak gdyby nasze szczęście mało zależeć od dzisiejszego wieczoru. Prześledziłam pół jego życia – student czwartego roku Politechniki, wolny, do wzięcia od zaraz. Przed miesiącem rzuciła go dziewczyna, z domowego zabawiacza stał się wytwornym myśliwym wszczepiającym się bezbłędnie w mowę ciała kobiety. Techniki męskie opanował do perfekcji. Wyczułam, że czarowanie Przemka tumaniło już niejedną kobietę. Zaczęliśmy się siłować.

    Sympatia barmana wyzierała z każdej strony. Otwarty, taktowny, błyskotliwy, inteligentny. Jakie cechy powinien mieć facet podający piwo? Sugestywny? To jak mieszał trunki, jak je podawał i jak rozmawiał z klientami, jak zbierał i segregował naczynia. Doradzał, wtrącał żarciki, wyrażał opinie, zniesmaczał komplementy na swój temat, dywagował o niczym, śmiał się na wzór kiepskich kabareciarzy i delikatnie przepraszał za nietakt innych. Te nieznaczące słowa dodawały aury jego towarzyszom. Mówił słowem i ciałem, prym wiodły oczy i uśmiech; wypięta pierś i pewne ruchy – ciąg kokieteryjnych gestów, schemat ukształtowany przez tysiąclecia zwodziły na pokuszenie nie tylko mnie. Gra niewinna, z drugim dnem.

    - „Lek” to teren, na którym ptasie samce i samice oglądają się, komunikują i wiążą w pary. Obszarem takim są głownie statyczne miejsca w lokalu. Potencjalny łowczy wybiera sobie terytorium – stolik w rogu, przy barze, gdzie można się oprzeć, albo koło parkietu skąd wszystkich można doskonale obserwować. Miejsca na środku są raczej dla wiarusów, którym gierki jedynie w piwie strzelają. Albo dla starszych panów, prezentujących cała krasę swej klasy.

    Lokal powoli zapełniał się. Przemek regularnie lał piwo z kija i mieszał drinki. Miedzy myciem kolejnych szklanek zdążył mi opowiedzieć parę historyjek.
    Do lady podeszło starsze małżeństwo, on wziął piwo, ona usiadła zaraz przy stoliku. „Niech pan doleje setkę Żołądkowej” – zamówił po cichu. Wódka nie mieściła się. Przemek dolewał 3 razy czekając zanim mężczyzna opróżni lekko kufel. Po niedługim czasie żona wyprowadziła małżonka słaniającego się na nogach.
    - On tak co tydzień – szepnął nachylając się do mnie.
    Jakiś facet solił piwo. Trunek zaczął buzować, właściciel łapczywie łapał pianę – „Sól to antyseptyk, nie chcę podrażnić gardła” – skwitował kilka pytających spojrzeń.
    - To gra w ściąganie uwagi – mrugną porozumiewawczo. – Taktyki są różne. Mężczyźni prostują się, patrzą na otoczenie z wysoka, wzruszają ramionami i rytmicznie przystępują z nogi na nogę, przesadnie akcentując swoje ruchy.
    Facet przy stoliku pod ścianą całą ręką mieszał drinka jakby mięsił ciasto. Potem przesadnym gestem całego przedramienia zgasił zapałkę, którą przypalał papierosa.
    Dwaj młodzi mężczyźni rozmawiający obok parkietu zaznaczali teren drobnymi kroczkami, wykonując niezrozumiałe samopielęgnacyjne gesty, jak samce pawianów z Afryki Wschodniej w obliczu niepewnego współżycia seksualnego. Spacerki aktywizacyjne przeznaczone były dla dziewcząt z przeciwległego końca sali, które co chwilę kontrolowały swój wygład, zmieniały ułożenia ciał, akcentując okolicznościowe fryzury i bezustannie chichotały. Jedna z nich kołysząc zalotnie biodrami i strzelając fleczkami podeszła do baru. Zamówiła kolorowego drinka, odchodząc zmarszczyła brwi rzucając wstydliwe rumiane spojrzenie w kierunku mężczyzn. Libretto brzmiało – „Tu jestem, choć do mnie!”.

    Przemek zauważył moje zainteresowanie klasyczną scenką. Poufale szepnął zaglądając szczerze w oczy:
    - Dojrzalsi stosują inne środki zachwalania swej osoby. Zobacz na faceta przy czwartym stoliku. Obnosi się ze swoimi sygnetami i wytwornym ubraniem. Taki prestiżowy bajer. Babki lecą na ten niesłowny komunikat – „To ja, ważny i nieszkodliwy”.
    - No tak, lepiej żeby się na ciebie gapili, niż przeoczyli – wydobyłam swój estetyczny uśmiech z paszportem pełnego uzębienia.
    Barman jednak wypłoszył mój wzrok w chusteczkę – dym z papierosów podrażnił mi spojówki.

    Bardzo możliwe, iż to oczy, nie serce, nie mózg, są tym organem, dzięki któremu rozpoczyna się romans, poniekąd to spojrzenie – miłe, przyjacielskie wyzwala ludzki uśmiech.

    Ciągnący się koniec w nastepnym wpisie.

  • Listy N, 10 lutego 2008 Komentarzy: 3

    Pamiętam erę papierowych łańcuszków, widokówek, wysyłanych do szkolnych koleżanek, a potem dalej – koleżankom koleżanek pod groźbą nieprzerwanego ciągu. Nie tak dawno, te niekoniecznie oczekiwane, znajdywałam i na poczcie i w okienku komunikatora. Łańcuszki sieciowe. Czas łańcuszków szczęśliwie kończy się, chyba, że natykam się na ludzi, którzy nie potrafią brać ich na poważnie. Podróbki dzieł wielkich mędrców, naprędce klecone, rymy cechowały się stylem, o który nie podejrzewałam żadnego znajomego Pustelnika. Były słabo napisane, nacechowane strachem i polityką przymusowego obdarowywania. Bądź dobry dla ludzi, dziel się tym, co masz, uśmiechnij się do 10 osób i wyślij ten list do 20 zaufanych znajomych. Na końcu groźba – jeśli nie tego nie spełnisz – spodziewaj się wszelkiego złego.

    Zastanawiam się, co kusiło ludzi to przesyłania takich listów. Zdaje się, słały je całkiem poważne osoby, a na pewno były dojrzałe i zajęte zbyt sowim życiem, by bawić się w takie kombinacje. O co im chodziło? Jaki ja odczytywałam interes, gdy przesyłam łańcuszek dalej? Podejrzenie padło na strach. Niektóre z łańcuszków były takie sugestywne, piękne, a na końcu wielka zimna miłości w nieszczęście – WYŚLIJ, bo za rogiem ktoś cię napadnie, złamiesz nogę schodząc z parteru, wszyscy święci cię opuszczą (co już jest podejrzane). Pozytywne przesłanie łańcuszka, zamieniało się w pogrom psychiczny, groźbę karalną; czego tego autor łańcuszka mi życzy? Czy można być dobrym ze strachu przed czymś? Czy to nie będzie dobroć fałszywa, wymuszona i nieszczera? Teraz pozostaje mi tylko uśmiechnąć się do tych 10 osób, ale nie dlatego, że zerwanie łańcuszka grozi opuszczeniem przyjaciela, lecz dlatego, że mam taki kaprys.

    Za sprawą łańcuszków ciągnie się inny lichota, która jakby łączy oba tematy. Parę razy zdarzyło mi się dostawać pisemne informacje w dość poważnych sprawach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby rozmówca nie był na wyciągniecie ręki. Skrupulatnie unikając dialogu ułatwiał sobie zadanie. Kartka nie sprzeciwi się, nie będzie miła pytań… Odpisałam, powiedziałam tak, potem nie. Reakcja była natychmiastowa – w ruch poszło więcej kartek. Z zebrana dokumentacją poszłam do związków z pisemnym donosem, zapisałam się w niemej księdze „skarg i wniosków” i odzewu nie było. Kartka przyjmie wszystko i nie odda, nawet zasłużonej sprawiedliwości!

    Teraz nie preferuję takich informacji. Zwrotów nie będzie, jeśli ktoś chce pogadać to proszę szczerze – online.

  • Moje podwórko Pn, 4 lutego 2008 1 komentarz

    Filigranowy Książę – zamiast rączych rumaków pływał w białej pościeli, zamiast kolorowych rysunków patrzył w politurę sterylnych ścian, zamiast wielkich przestrzeni zamknięto go w świecie niemych bezuczuciowych zabawek. W zastępstwie rodziców przyszedł do niego pożyczony Stróż, z którym próbowali dociec dlaczego Bóg tworzy bezwłose dzieci biegnące tropem dorosłego człowieka. Czyżby to dodatkowa kara; czemu On, zachowując chronologię – z dziecka stworzyć dorosłego – postąpił wręcz odwrotnie?

    Zamienianie Księcia w nową zabawkę stało się tradycją jego opiekunów. Instrukcje nieprzebytych gier, innowacyjny interaktywny miś, bezmózgie mechaniczne figurki, kilkutysięczne puzzle, nowy trybik to kolejna szansa na wyzdrowienie. Po ich wizycie powiększała się góra starych talizmanów, które można było adoptować, bo nikt już ich nie chciał. Tylko Książę wiedział, co się z nimi stanie – umrą. Jeśli nie śmiercią naturalną to rodzice im w tym pomogą i sprawią sobie nowego Księcia. Ale Książę znalazł odpowiedz, „jeśli będę zajmował się tym, co myślą głupcy, nie będę miał czasu na to, co myślą ludzie inteligentni”.

    A on tylko chciał bawić się w byt. „Dla życia jest kilka rozwiązań, a wiec nie ma żadnego. A ja myślę, że dla życia nie ma innego rozwiązania niż żyć”.

    Rodzina strachem przed nieznanym bezprogramowo zadawała ciosy chłopcu, przerażała ich myśl o wielkiej otchłani, która niedługo będzie domem ich syna. Lepiej pozostawić dziecko w nieświadomości. Znacznie łatwiej niż być mu przyjacielem, powiernikiem nocnych lęków, uczyć go, a przede wszystkim uczyć się od niego życia w przyspieszonym wymiarze godzin.

    Książę bardzo chciał żyć, a oswojenie z postrzałem śmierci pozwoliło mu przyjąć to za fakt, nie za karę. Stróż powiedział: „bez was świat nie byłby taki piękny”. I świat skurczył się dla Księcia w ciasną harmonikę. Każdy dzień stał się dekadą z całą powagą lat, jakie jej przypisywano.

    Jako, że miał już 10 lat wszedł wielkim galopem w okres młodzieńczy przeżywszy burzę, porywów serca, upadki i przekleństwa. W kolejnym dniu brnął hardo „do przodu i naprzód” – ożenił się z Błękitną Księżniczką, ale nie zdecydowali się na dzieci, „bo fakt, że nie sztuka mieć dzieci, ale trzeba mieć jeszcze czas, żeby je wychować”. Trzecia dekada przyniosła kolejne wzloty i potknięcia, troski i radości i operacje żony, której błękitna krew zmieniła barwę. W czwartym dziesięcioleciu narobił przez to wiele głupstw, gdy dopadły go „demony południa” i dał upust swojej męskości. Kiedy ma się 50 lat i jest się człowiekiem po przejściach docenia się najbliższe osoby. Chociaż Błękitna Księżniczka zrobiła się różowa, to jednak „fajne jest życie we dwoje. Pierwszy związek jest zawsze kruchy, podatny na różne wstrząsy, ale jeśli jest dobry, trzeba walczyć o jego zachowanie”. I nadchodziły kolejne lata płacenia rachunków za wczorajsze sukcesy, i końcowe refleksje – „… życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć”.

    Czy Książę był na tyle silny by udźwignąć ciężar śmierci, czy Stróż przygotował go do innej rzeczywistości. Czy nam udałoby się rozumieć, że trzeba już odejść, bez żalu i strachu, że tu, bez nas sobie poradzą. Nie rościć praw do niczego, pozostawić ziemi jej sprawy i tak, jak Książę gasnąc z karteczką: „Tylko On może mnie obudzić”.

    Nie sądzę by komukolwiek ukontentowanie udała się ta sztuka.

    A jednak…

    Kiedy zmieniałam po raz kolejny opatrunek babci, kobiece statecznej, której życie było pędzone za trzech, ona nie wierzyła, że rana w końcu zacznie się goić. Nie była świadoma, że ma w sobie raka gotowego w każdej osłabionej chwili do zmasakrowanego ataku. I nie wie do tej pory. Ranę oczyszczono, ale nie było pewności czy starcze ciało nie nasiąkło patogenami. Babcia, myśląc jedynie, że to niegroźne znamię, zaczęła coś podejrzewać i postawiła Bogu ultimatum: jeśli nie wydobrzeje do Bożego Narodzenia swoje przypuszczenia – poniekąd prawdziwe – wykrzyczy na całą zakłamaną rodzinę. I oni musieliby jej powiedzieć prawdę. A gdyby wiedziała czy miałaby w sobie tyle sił, by przeciwstawić się chorobie? Obawiam się, że nie. Poddałaby się, pomimo, że nie mała już nic do stracenia – spełniła swoje role przypisane przez życie, żal tylko odchodzić wiedząc, co się zostawia, i ten strach przed nieznanym. Może dzieci są silniejsze? Są w stanie wierzyć bajki i tylko one umieją bezspornie przyjąć opowieści o lepszym życiu po drugiej stronie otchłani. My, dorośli nie mamy ani mocy, ani tyle fantazji.

    ********************************

    Cytaty pochodzą z książki Erica Schmitta Oskar i pani Róża.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2008
P W Ś C P S N
« stycznia   marca »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
2526272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u