
- Zaraz wrócę kochanie, kończę piwo – facet po mojej prawej stronie łagodnie przemawiał do aparatu, spojrzał na zegarek. – Film już się skończył?
Od strony słuchawki rozległ się dłuższy pisk.
- Już idę, chyba poradzisz sobie beze mnie przez 10 min!
Znów pisk i ktoś nagle wyłączył się z tamtej strony.
- Proszę jeszcze jedno – rzucił do barmana. – Widzisz Zenek, one nawet chcą mieć nas pod pantoflem w czasie oglądania najukochańszego serialu, żeby rzucać oko na naszą wątłą moralność. Szlag je trafia jak nie robimy tego, co same uznają za słuszne – powiedział do kolegi, który uraczony taką samą dyspensą upajał się hukiem bufetu.
- Wolę ten serial, dla niektórych rachityczny, a ja mam przynajmniej coś tu do powiedzenia.
Było ich trzech. Usiedli przy kontuarze. Jeden z nich grzecznie zapytał, uśmiechając się szeroko, czy może się przysiąść. Pewnie – zacisnęłam zęby w sztucznym uśmiechu.
Znali się z Przemkiem. Jednego właśnie opuściła kobieta, dwaj jego towarzysze łamali się z samotnością od dłuższego czasu, ratując pustkę w nadziei poznania kogoś w lokalu. Opowiadając sobie koleje swych smutnych losów, błagali niemal namacalnie barmana o porady lub chociażby przyznanie racji w pewnych kolejach związkowych perypetii. Ten zajęty robieniem następnego drinka nie miał zamiaru przeistaczać się w chusteczkę do nosa zbłąkanych dusz a i nie w smak mu było rozdrapywani starych ran. Towarzysz koło mnie niby przypadkiem zapytał o zdanie w kwestii wierności kobiet.
- Po trzech latach narzeczeństwa zaproponowałem jej małżeństwo. Nalegałem już wcześniej a teraz chciałem, by się w końcu zdecydowała. I wybrała – wolność. Teraz jest szczęśliwa z kimś innym. Mam do niej straszny uraz.
- Postawiłeś jej ultimatum? Może nie była jeszcze gotowa? Nie wykazałeś się zbytnią cierpliwością – zaśmiałam się ciut za głośno. – A nawet gdyby po dłuższym czasie i tak nic z tego nie wyszło to przynajmniej zachowalibyście do siebie więcej szacunku. Teraz rozpamiętujesz jedynie atmosferę nacisku i odrazy.
Nie miałam ochoty zabawiać się w pocieszyciela
Autoanaliza – codzienna moja straż; zadręczać się czyimiś problemami? Dla mnie one były śmieszne, ale ludzie często nie mają nawet wyobrażeń jakie niespodzianki niesie ze przyszłość, po których nierzadko ciężko z godnością spojrzeć sobie w oczy. Credo tego wieczora brzmiało „ciesz się chwilą” a dygresja chłopaka trafiała mnie batem po łydkach.
Dał mi w końcu spokój, kwitując moje milczenie brakiem zainteresowania tematem. Co za spostrzegawczość…
Trzej kolegów ponownie zaczęło rozpamiętywać dawne czasu, analizując przypadek każdego z osobna.
Analitycznemu mózgowi ciężko zrozumieć intuicyjny. Niedługo znów spotkają kobiety swojego życia i będą się zastanawiać czemu ona jest tak różna i ma tak odmienne oczekiwania. Może się ożenią i znów będą uciekać do baru przed kolejną kłótnią o nie wyrzucone śmieci, przed pretensjami, że nie zajmują się dziećmi. Po co to wszystko? Po co scalać się z wyobrażeniem, które szybko rozwiewa się w fasadę. Nie lepiej być niezależnym niż z własnego lenistwa wiązać sobie ręce, by coś niby tworzyć? Na pewno późniejsze niezadowolenie, coraz częstszą ucieczkę przed ukochaną osobą w swoje wnętrze, którego tak naprawdę nikt obcy nie zrozumie.
Panowie prześledziwszy swoje pechowe życie zaczęli zabawę komórkami. Serenady zakłócały tony radia, niuansem wgryzając fałszywe nuty ballad „Dżemu”. Przemek podkręcił radio a koledzy poczęli grać jeszcze bardziej nieczysto. Czy to kocia muzyka, czy miłosna pieśń słowika? Nieważne, krew i tak zaczynała szybciej krążyć do wtóru miłosnej pieśni, podobnie jak przy dźwiękach hymnu narodowego.
- Nalej panom jeszcze jednego Lodołamacza, to się uspokoją.
- A ty? Nie chcesz?
- Chcę! – puściłam do niego oko.
Facet miał coś w sobie, nie poglądowo, promieniało to z jego wnętrza. Jakbym słyszała słowa: droga do serca kobiety prowadzi przez twój umysł. Przemek umiał to wykorzystać.
- Proszę, tylko proszę nie upij się, nie chcę abyś smęciła, jak ci kolesie. Nie pragnę mieć tu kolejnej męczennicy, nie dziś.
Podając mi trunek przechylił się tak bardzo w moją stronę, że dotknął delikatnie moich włosów, poczułam jego oddech na szyi.
- Nie ma obawy, nie chcę ci robić przykrości – szepnęłam mu z tkliwością niemal do ucha.
Czułam jak płoną mi policzki. Jakiś dreszcz pukał w każdą cząstkę ciała. Ciepło i zimno, pytanie i zaprzeczanie. Czyżbym się pomyliła? Zaczęła śmieszyć mnie ta sytuacja, a w niej nietrudno o spłoszone chichotanie. Wyczuwałam mezalians zastanych tu okoliczności, ale nadaj w nie brnęłam.
Koktajl był strasznie mocny, co zwolniło czas posiłku – jeden łyk na 10 min.
- Zamówię ci coś do jedzenia – oznajmił. – Mamy dobrą pizzę.
- Wolę coś lżejszego, może lody?
- Tutaj nie da rady nic takiego zrobić, wszystko kaloryczne i ciężkostrawne… – uśmiechnął się porozumiewawczo jakby mówił: Poczekaj na mnie, jak skończę pracę nadrobimy stracony czas i pozbędziemy się treściwych przystawek, zastawimy tylko danie główne.
On płaci, ona wie, że jest hołubiona. Trudno o najbardziej powszechny zalotny manewr w nadziei na seksualną rekompensatę. Miałam się spłoszyć? Przemek jednak powinien wymyśleć coś, co może mnie bardziej zaintrygować.
Wcześniej obserwowane przeze mnie towarzystwo dwóch mężczyzna i trzech kobiet połączyło siły. Siedzieli przy wspólnym stoliku i popijali tęczowe napoje. Badali się nawzajem, na ile są sobą zainteresowani. Czy przypadkowe muśnięcie, delikatne napieranie na siebie, zapatrzenie w oczy nie spłoszy przeciwnika, czy odpowie on rozmyślnym dotknięciem, nachyleniem ciała by przekroczyć niewidzialną i główną barierę przyzwolenia na umizgi.
Zamówili spaghetti. Balansowali jeszcze na granicy niepewności i kokietowania. W rolę wchodziły widelce i łyżki, znad których się sobie przyglądali. Z czasem każde z nich stawało się lustrzanym odbiciem potencjalnego partnera. Owa synchronizacja była tym pełniejsza, im głębiej spoglądali sobie w oczy. Na dobrą sprawę mogłabym dyrygować symfonią rozmowy i jedzenia. Rytm podkreślany wyakcentowanymi sylabami, ale i momenty ciszy nie pojawiały się bezładnie: kiedy jedna osoba nabiera makaron, druga sięgała po sos – jak w partyturze. Pauzy i chwile ożywienia, ściszanie głosy i jego podnoszenie, w takim rytmie upływa życie.
Przemek wyłączył radio. Z parkietu niosła się miłosna melodia. „Grajcież, jeśli muzyka stanie się pokarmem miłości”.
Jedna para wstała znad stolika. Weszła na parkiet i w naturalny sposób zsynchronizowała swe ciała w toku intymnych pląsów. Wpadli we wspólny rytm. Ehh… melodie ludzkich umizgów są tylko echem śpiewów rozbrzmiewających w całym zwierzęcym świecie.
Gdzie zaczyna się flit a gdzie miłość? Kiedy on lub ona powie coś wymuskanego, rzuci trafną uwagę na temat znanego polityka czy skomentuje kolejne spotkanie popularnej drużyny piłki ręcznej. Genezą jest coś zabawnego i inteligentnego. A może to początek miłości – przelotne spojrzenia, delikatne muśnięcia, niedopowiedziane słowa, wspólna kolacja czy szept podczas tańca. I wtedy odpowiada ciało, rozum pozostaje bezsilny wobec nieznanej fali i pytania: Dlaczego właśnie on, dlaczego ona?
Trudno było przewidzieć jak skończy się dzisiejszy wieczór dla tej piątki. Każde z nich odegrało właściwie przyjęte na tym etapie role. Kto z nich był myśliwym, a kto zdobyczą, kto uwodzicielem, a kto uwiedzionym?
Z zamyślenia ocknął mnie talerzyk z szarlotką.
- Wymodliłem dla ciebie coś stosownego.
- Dzięki – wyszperałam bilon z torebki.
- Nie trzeba – jego wzrok był nadzwyczaj poważny.
- Nie chcę mieć u ciebie kredytu.
Podałam mu pieniądze. Dotknął niby przypadkiem mojej dłoni, w sposób naturalny a zarazem nader wykalkulowany. Gest zewnętrznie nieistotny, w rzeczywistości niebagatelny. Zakończenia nerwów czuciowych w skórze było tak wrażliwe, że nawet to najlżejsze podrażnienie utrwaliło w mózgu obraz tej chwili. Nie cofnęłam dłoni. Zaczęliśmy przyglądać się sobie w milczeniu, badaliśmy każdy szczegół naszej anatomami, odgadując dość oczywiście intymne myśli. Dotyk – matka wszystkich zmysłów , w każdej ludzkiej kulturze występują prawidła, określające kogo można dotykać, gdzie i jak – teraz był jak najbardziej pożądany.
Scenariusz wieczoru rysował się dość jasno. Dla Przemka. Może za bardzo dałam ponieść się alkoholowi i nastojowi, a jego niepotrzebnie dręczyłam nadzieją na kolejną krótka przygodę. Było mi przyjemnie, doznałam ciepła jakiego dawno nie odczuwałam i odmiany jakiej potrzebowałam. Choć chwila była krótka, chciałam ją powtórzyć gdziekolwiek indziej.
Przy szarlotce Przemek dalej robił na mnie „dobre wrażenie” – był opanowany, troskliwy, wiarygodny i dowcipny, a co najważniejsze – dostępny, co akurat mnie trochę niepokoiło. Przy barze zrobiło się trochę luźniej, klienci zajęci sobą nie podchodzili po piwo. Przemek wykorzystując moment zaczął opowiadać o swoich studiach.
Sygnał w moim telefonie. Spojrzałam na zegarek – 22-ga.
- Muszę już lecieć.
- Już? Jeszcze wcześnie – był wyraźnie rozczarowany.
- Siedzę to od paru godzin – roześmiałam się.
Drzwi lokalu z hukiem rozwarły się zwracając uwagę większości gości. Wysoka blondynka w kremowym długim kożuchu rozglądając się podeszłą do baru.
- Tu jesteś! Nie mogłam wcześniej wyrwać się z tego nudnego firmowego posiedzenia. Myślałam, że będziesz na mnie czekała w domu – nachyliła się nade mną i obejmując za ramiona pocałowała mocno w usta.
Gest nie pozostawiał żadnej wątpliwości dla nikogo, kto był świadkiem tej sceny. Przemek w nieopisanym zdumieniu szukał jakiegokolwiek wytłumaczenia dla zaistniałej sytuacji.
- Chodź! – podała mi płaszcz.
W pośpiechu udało mi się rzucić w stronę Przemka spojrzenie z niewypowiedzianymi słowami: PRZEPRASZAM.