„Płacze pani Słowikowa…” – wie dlaczego, gdy odgrzewa po raz trzeci obiad, kiedy samotnie krząta się po mieszkaniu zbierając porozrzucane rzeczy, gdy czyta książkę raz po raz wsłuchując się w ciszę, patrzy w ciemność za oknem i nasłuchuje kojonych obcych kroków. Kiedy rezygnuje, zapada w sen, nagle zjawia się on, pan Słowik. Radosny, przejęty różnymi ważnymi sprawami – staje się wrogiem numer jeden. Wydaje się człowiekiem nieczułym i nieodpowiedzialnym a szybkie uświadomienie mu tego przez panią Słowikową: „Gdzieś ty latał… przecież ja tu płaczę” to najpilniejsze zadanie.
Słowik wraca do domu z głową pełną pomysłów i ciekawych przeżyć, czy to po przeprowadzonej rozmowie, obejrzanym filmie czy po prostu urzeczony pięknem wieczoru i z progu zostaje oblany kubłem zimnej wody. Pani Słowikowa staje się małostkowa, a dom miejscem nieciekawym, przygnębiającym, z którego chce się uciec jak najszybciej i wracać jak najrzadziej. Wtedy zaczyna się konflikt. Kto ma rację? To, że dziś podział obowiązków, nie jest tak jednoznaczny jak w rodzinie Słowików, wcale nie zmienia położenia, bo rolę oblewanego wodą słowika może pełnić raz on raz ona. Są sytuacje, kiedy wspólne gniazdko jest tylko miejscem wykonywania żmudnych obowiązków i wzajemnego obrzucania się wymówkami, a domownicy rozkwitają dopiero w pracy lub w towarzystwie „osobnych” przyjaciół.
Przyjęcie – on sam, bawi się świetnie. Ona została w domu. Nazajutrz skwaszony Słowik nie przypomina siebie z poprzedniego wieczoru. Widocznie „odpokutował” za przyjemności. Niby ten wypad był uzgodniony, a jednak świergot wracającego Słowika do smutnej Słowikowej jakoś tu nie pasuje. Ktoś musi się dostosować albo ona zacznie się śmiać z nim, albo on przyłączy się do płaczu.
Zdarzenia te potęgują gaśnięcie w Słowiku, przed wejściem do domu, wszelkiej radości i już od progu zaczyna narzekać na przemęczanie, choroby i chroniczny brak czasu. Wieczna kara pani Słowikowej powoduje zaniechanie do dzielenia się przeżyciami i skrywania prawdy pana Słowika. Nadchodzi taki moment, kiedy obie strony będą przeżywać czarowne i zajmujące chwile, ale osobno, ukrywając je wzajemnie przed sobą, bojąc się zazdrości partnera. A zazdrość niszczy zaufanie. Skończą się tematy do wspólnych rozmów, zainteresowania zmienią kierunek, nić łącząca związek będzie na tyle krucha, że łatwiej przerwać ją niż łatać.
Dlaczego pani Słowikowa umie dzielić się z mężem tylko kłopotami, nie próbuje przyjmować jego świergotu by jego przeżyciami poszerzać swój świat? Dlaczego pan Słowik rozkwita w towarzystwie a nie umie podjąć domowych trosk i odfruwa coraz dalej?
Kiedy jedno z nich świetnie się bawi, podziwia coś, często zapomina, że gdzieś tam daleko ktoś pełni ich wspólną służbę.


Jeden komentarz do wpisu "Śpiew słowika"
defetystka mówi:
”Na dobre i złe
W zdrowiu i chorobie…”
”Świadomi praw i obowiązków…”
W biznesie niedotrzymanie podpisywanych umów wiąże się z odpowiedzialnością cywilno prawną. Czas byśmy i do związków partnerskich również tak podchodzili. Inaczej mamy dziesiątki rozgoryczonych ptaszków obojga płci, które gorzknieją w powodzi wzajemnego niezrozumienia.
Wyłączność praw do „pilota od telewizora” wzbudza uczucie dyskryminacji, odsunięcia na boczny tor i niepotrzebnego wyłączania tego pudełka na złość partnerowi. Idealnie też nie jest, gdy każdy posiada własny telewizor, bo zupełnie zatracą się we własnym świecie zainteresowań. Dobrze mieć wspólne pasje, ale i możliwość chwilowej ucieczki. Dzieci nie są żadną przeszkodą, aby obydwoje mogli czasami wyjść osobno. Instytucja opiekunek i u nas ma się nieźle.
Jeśli zrozumiemy, że poświęcenie dla kogoś nie oznacza zatracenia się całkowitego i życie tylko cudzym istnieniem, będzie znacznie mniej rozczarowanych i nieszczęśliwych ptic:-).
13/01/2008 godzina 10:11
wenus mówi:
“Jak to jest gdy spadasz bezwładnie?
Pyta chłopiec z iskierkami w oczach
Wiesz czemu śpiewa słowik?
To jest odpowiedź na wszystko
Wkraczam w wyzwolony świat
Wokół wirująmoje marzenia
Uwolniona z pułapki ciążenia
Przysięgam, mam niebo w zasięgu ręki
Tańczę z Geniuszem powietrza
W oceanie tak przejrzystym i wielkim
Kocham się z bóstwami w niebiesiech
W mej śmiałej dziewiczej podróży
Osiadam bezpiecznie na błekitnej lagunie
Na księzycu czy ziemi, nie wiem
Radość życia przestała być pozą
Zapamiętam raj takim jak go poznałam
Odlatuję z kluczem gęsi
W końcu moja dusza znalazła spokój
Nieważne, że nie dano ludziom skrzydeł
Dopóki słyszę śpiew słowika “
(Nightwish )
Dlaczego słowik śpiewa?
13/01/2008 godzina 12:49
Kasia mówi:
nic nie mówić
niczego nie oczekiwać
nie dzielić “pudełka” od tv
kłaść się oddzielnie i wstawać w pośpiechu
milcząc krzyczeć
pragnąć tylko snami
tak niewiele/ a tak wiele zarazem/ by pogubić siebie i nigdy się już nie odnaleźć…
13/01/2008 godzina 13:00
wenus mówi:
“Dlaczego pani Słowikowa umie dzielić się z mężem tylko kłopotami, nie próbuje przyjmować jego świergotu by jego przeżyciami poszerzać swój świat? Dlaczego pan Słowik rozkwita w towarzystwie a nie umie podjąć domowych trosk i odfruwa coraz dalej?
Kiedy jedno z nich świetnie się bawi, podziwia coś, często zapomina, że gdzieś tam daleko ktoś pełni ich wspólną służbę.”
1.Gdyż chce żyć jego światem a nie może, więc żali sie nieboga.
2.Biedaczysko,wystraszony unika wszystkiego co wywołuje poczucie obowiazku. Unika zadań, za które nie ma nagrody. Przywykł do fanfar i uwielbienia, podąża zawsze tam gdzie znajduje miły efekt.
3.Matrycą swej przeszłości są , która niczym fatum ciąży, niczym spuścizna po przodkach na ich barkach, wtłoczona w psychikę.
Czy bez ofiary można zmienić bieg zdartej, już przebrzmialej płyty?
Defetystko proszę rozwin bardziej zdanie:
“Jeśli zrozumiemy, że poświęcenie dla kogoś nie oznacza zatracenia się całkowitego i życie tylko cudzym istnieniem, będzie znacznie mniej rozczarowanych i nieszczęśliwych ptic:-).”
Z chęcią odniosę się do tej myśli.
13/01/2008 godzina 13:30 | Edycja
defetystka mówi:
Najczęstszym zarzutem, a jednocześnie niejako i przeświadczeniem o prawidłowości swojego postępowania jest kaliber z gatunku: poświęcił(am)em się dla twojego dobra, oddał(am)em ci najlepsze lata swojego życia, wszystko robił(am)em z myślą o rodzinie, i.t.p.
To miałam na myśli Wenus pisząc o całkowitym zatraceniu się w imię wydumanego poświęcenia. Nie widzę powodu, aby ofiarą zarówno swoją, jak i partnera obarczać związku brzemieniem cierpiętnictwa. Cenię egoizm, choćby za to, że nie pozwoli nigdy tak niewolniczo poddać się drugiemu człowiekowi.
W przypadku fiaska związku egoista otrząśnie się dość szybko stwierdzając, że oprócz porażki chwilowej ma swoje drugie życie. Cierpiętnik bardzo długo nie będzie potrafił otrząsnąć się z klęski, postawiwszy wszystko ( w tym swoje życie) na szali jednej, niepewnej karty:-).
13/01/2008 godzina 15:04
kadarka mówi:
Defetystko, jaka ranna z Ciebie Ptica
Jak najbardziej, małżeństwo trzeba traktować jak traktat podpisany przez obie stronny w USC. Przynajmniej na tyle ile się da, bo przychodzi moment, gdy kartkując kodeks prawny nie można znaleźć ustawy restrykcyjnie obejmującej nasz problem. Zastanawiamy się wtedy czy podciągnąć naszą sprawę pod podobny paragraf, czy naciągnąć ją na paragraf, który nam bardziej odpowiada. Bo czy wszystkie sprawy cywilne-małżeńskie da się ująć ustawodawczo? Chociażby rozdzielność majątkowa. Nie podpisując intercyzy przedmałżeńskiej stajemy się współwłaścicielami naszej malej firmy. Żyjemy po równo, dzielmy się równo, przynajmniej prawnie. Ale gdy chcemy przyjąć darowiznę od teściowej (teścia), to żona (mąż) nie będą już sobie równi, bo jedno z nich będzie musiało zapłacić podatek od datku (ze wspólnej kieszeni!), ponieważ nie mieści się ona (on) w pierwszej grupie pokrewieństwa przewidzianej ustawą. Jakieś przekłamanie, ale widocznie leżące w dobrym geście prawa.
Państwo wprowadza swoje reguły by uporządkować na silę nasz świat, a każde małżeństwo ma własny kodeks, który dowolnie w czasie koryguje. Zasady zmieniają często jak kanały w telewizji (odkąd mamy, erę pilotów, erę atomowa (!), znacznie szybciej). Z tym ostatnim da się dyskutować, z prawem narzuconym odgórnie – nie. Dobrowolne zakładanie sobie kajdan w postaci małżeństwa, to dla niektórych doskonała ucieczka w święty spokój, nieprzymuszone poddanie się partnerowi, który jest lepszy od rodzinnych tyranów. Po co wiec uciekać we własne pasje, marzyć swoimi marzeniami, urządzać dom po swojemu, skoro łatwiej bazować na kimś, zdawać się na jego opinię i czuć się bezpiecznie, bo on jest najmądrzejszy… Strach pomyśleć co będzie gdy ta istota kiedyś się obudzi i zapragnie swojego świata.
Kasiu, wyrzucić to pudełko, czwarta władza już nie raz i nie jednemu dała się we znaki. Jak to można inaczej nazwać? Środki masowego przekazu, a może środki masowego komunikowania się? Różnica jest ogromna, tak jak pomiędzy jednostkowym przekazem – monologiem, a obustronnym komunikowaniem się – rozmową. Gdyby media rzeczywiście stawiały sobie za cel komunikację międzyludzką, to problem manipulacji by się nie pojawił, bo media przekazywałyby to, co ludzie naprawdę myślą, mówią i robią. Jest jednak inaczej. Media nie tyle chcą porozumieć z odbiorcami, ale same głównie przekazywać (mocą tych z góry) poglądy, racje, czyli uprawiają propagandę. Wpływają na nasze poglądy i nastroje. Podobnie jak za komuny? Często podobnie, tyle, że metody manipulacji świadomością stały się bardziej subtelne i wymyślne, a tym samym bardziej skuteczne.
Dla niektórych to jedyny Bóg. Pogubić się łatwo.
Wenus:
Ubolewanie, jaka to ja jestem biedna, często sprawiedliwa nas przed sobą za błędy, za lenistwo, za bierność w związku.
Odpowiedzialność za obydwoje jest podstawą związku. Kłopoty i radości musi przyjmować jednakowo jedna i druga strona. Czasem da się najpierw wspólnie wykonać prace domowe a potem wspólnie wyjść na spacer. Wychodzenie „na zmianę” to przestawianie bocznicy w przeciwnym kierunku.
Nie da się ukryć, że fundujmy obcemu człowiekowi bagaż z naszych doświadczeń, z którymi on musi się zmagać do końca życia. Ale od pewnego momentu razem budujemy doświadczenia, razem docieramy się, o ile one są wspólne na tyle tworzą więź nas łączącą.
Wenus, pewnie, że można. Trzeba poszukać bocznicy i wskoczyć w końcu na własny tor!
Pozdrawiam śpiewająco
13/01/2008 godzina 15:45
wenus mówi:
Oddanie się w imię cudzego dobra, nie biorąc pod uwagę swojego dobra jest głupotą. Mało tego , że po “fakcie” pozostaje uczucie jakiegos niedosytu, to jakże czesto staje sie przyczyną wzrostu “zła” tejże obadarownej osoby. Ulubienica/niec nieświadoma/y procesu tym rządzącym brnie w przekonaniu o swej doskonałości, w stan egocentryzmu. Potrafi ona (osoba) wykorzystywać “dawcę”, upajając się usłużną miłością. Pewna swej doskonałości pięknieje i emanuje swą chwałą. A może warto poświecic się dla niej, wspaniałej swiecącej na świeczniku, ku jej szczęściu? Ale jak to w życiu bywa, wszystko obarczone jest konsekwencją. Najczęściej wszyscy pozostali, ci obok ją ponoszą. Zgadzam się z Tobą, że egoizm upomni się o swoje, choćby w postaci wyrzutu-poswieciłem/am się i co dalej, co z tego mam? Często jest już za pózno. Czy do egoizmu trzeba dorosnąć? Czy egoizm dostaje się w spadku? Istotną sprawą jest niepowielanie błędów, które przynoszą szkody-komukolwiek. No włąśnie, jakie szkody i dla kogo są one porażką, złem? Nieznane pozostaje nieznanym, barbarzyństwem jest powielać błędy świadomie.
Biorąc za kogoś odpowiedzialność umniejsza się jego odpowiedzialność, automatycznie przyczyniając się do zahamowania rozwoju i myślenia, tejże osoby. Nadal jest tylko automatem, maszyną, której się tylko wydaje, że jest odpowiedzialną.
Wolny związek jest bliższy zdrowym relacjom niż pozornie obwarowany przepisami traktat o obowiązkach i prawach. Wciąż pozostaje jedno jedyne ale…to “ale” to konsekwencje
Prawo, o ile zabezpiecza materialnie, nie zabezpiecza “dobra” w innych kwestiach, tych ukrytych, niewidzialnych gołym okiem, tych zza kulisowych istotnych aspektów życia międzyludzkiego.