Tym razem stało się, zdarza się zresztą co parę lat. Cierpię na cykliczne napady przestępnego Sylwestra.
Jest zimno. W gruncie rzeczy tego najbardziej się obawiam. Reszta jest niczym – brak wygód, brzydota, nawet głód. Kocham to, co estetyczne, wygodne, i niemal wszystko to, co jadalne. A wy nie? Ale jeśli zaistniałaby taka potrzeba mogłabym się bez tego wszystkiego obejść, wytrzymać krańcowe warunki. Z wyjątkiem niskiej temperatury i braku łóżka, które się z nią poniekąd wiąże. Kiedy spada temperatura, staję przed straszliwym niebezpieczeństwem utraty najmniejszej… każdej komórki. Jeśli pozwolę zimnu się objąć, a powietrzu zmrozić ciało, może nawet więcej niż ciało, ono się obkurcza, zanurza w ciemna sferę, w bezruchu najgorszego unicestwienia.
Stop! Miałam się obudzić w szampańskich humorze!
Szukam klucza, chce otworzyć oczy, ale to tylko pogłębia mój stan zagubienia, które zwykle towarzyszy moim pobudkom. A wiem, że są ludzie, którzy natychmiast po przebudzeniu, w ułamku sekundy odnajdują swój świat; dlaczego ja wciąż stoję przed zamkniętymi drzwiami i tłukę pięściami w żelazne podwoje? Odkąd pamiętam zawsze niedosypiałam, wieczne wagary od snu towarzyszyły pogłębiającej się wielotorowości budzenia. O poranku świat jest niekompletny, przybliżony i niedokończony, ma jakieś fragmenty z poprzedniej nocy, jakieś urywki pogubionych rebusów, jeden po drugim odnajdujące swoje miejsce we własnym rytmie by umożliwić jakąś kontrolę nad tą obczyzną. Próbowałam wszystkiego. Zawsze gdy się budzę, mój świat pojawia się źle uczesany. To jest świat „brudnopisowy”, pokreślony, źle uzgodniony, beztęczowy, czasem niezwykły i bzdurny. Ale jest mój.
Wszystko jest czarno-białe, dal spowija mgła a na szyldach mniej sprecyzowanych reklam mienią się nierozszyfrowanym alfabetem – po chińsku, tybetańsku, a może po tamilsku – napisy strzałek z kolejnymi rozwiązaniami problemów. Stare odległości nagle się zmieniają, kontury zacierają, dźwięki brzmią inaczej, jak przez watę. Tego dnia, pomimo mgły, niewyrażalnych napisów, bezbarwności filmu i jakiegoś huku w oddali wiem, że muszę w końcu znaleźć rozwiązanie na omamienie powiek by zapragnęły światła.
Straszliwa słabość do ciepła lóżka… Łóżko, jest jedną ze struktur mojego świata – to nie tylko drewniane listwy i metalowa rama. Łóżko i jego świat położony, nie jest ani materacem ani lichą konstrukcją. Nie zamieszkujemy tego samego świata, gdy leżymy i stoimy. W łóżku zmienia się stosunek przestrzeni i czasu. Czy myślimy tam i tu tak samo? Czy mamy takie same uczucia leżąc i stojąc? Czy ktoś może mi odpowiedzieć „tak”, czy „nie” w sposób równoznaczny i sprecyzowany? Nie wyobrażam sobie ulokowania się do spania w miejscu pracy. Stamtąd sufit i podłoga wyglądają inaczej, to nie ten sam świat. Mój świat to ciepły mikrokosmos – łóżko, z którym ciężko się rozstać, zwłaszcza po takiej nocy jak Ta.
Jest zimno. Zimne stopy, ale nie moje. Chłodzą moje łydki, wyrywają kołdrę, spychają na podłogę. Szybkie drganie powiek i chłód styczniowego południa wyrwa mnie z REM. Stary dziadek wpycha mi klucz w dłoń i pokazuje zamek. Otwieram drzwi… a tak stoi On, całkiem nowiutki, zaskakujący nowy model Nowego Roku.
To tylko sen. Naciągam kołdrę i wtulam błogo we wcześniejszą fazę snu. Może jeszcze Go dogonię…

