Szał zakupów ruszył przedświątecznym kopytem, a we mnie tylko narasta święty gniew na wspomnienie zbieżnych zachowań. Pojechałam zarabiać. Jednym z bagaży, z którym wróciłam po paru miesiącach, był wstręt do wszelkich „promocji”. Nie był to czas ani świąteczny ani żaden szczególny. Był to czas skazańca w życiowej pustce, na szczęście nazbyt krótki by udało mu się zacisnąć pętlę na szyi natręctwem zakupów. Ona była już tam dłuższy czas, znała wszystkie zakamarki architektury, nowinki dotyczące odmiennych kultur, puby do których się nie chadza i dyskoteki gdzie można poznać fajnych ludzi. Jednym słowem – tutejsza dziewczyna. Pracowałyśmy razem, codziennie wychodziłyśmy na podbój nowego świata. Jako zagubiona i samotna nowicjuszka na początku zadawalałam się nieświadomym przymusem bycia z kimś tak różnym ode mnie. Nie zgadzałyśmy się w wielu kwestiach, na które przymykałam samobójczo oko. Zwiedzałyśmy wesołe miasteczka, browary, zamki i ogrody botaniczne, jeździłyśmy nad morze i wałęsałyśmy się po urwiskach, karmiłyśmy owce i jelenie. Wypożyczałyśmy rowery bądź rolki i jeździłyśmy do zmroku po Phoenix Park. Udawało mi się na chwilę zapominać o wielkiej przestrzeni jaka dzieliła mnie od normalności. Trwało do dopóki dopisywała pogoda, kiedy zmieniła się na dobre w deszcz siąpiący niemal co chwila z szarego nieba, mapa naszych pieszych wędrówek obrała inny tor. Skrywany cicho żar mojej towarzyszki niebezpieczne zaiskrzył. I od dnia, kiedy do pracy wpadła Natalia z wypiekami na twarzy wysypując zawartość swojej przepastnej torby, z której to usypało się 6 par obuwia sportowego, nie zdarzały się wypady prawie nigdzie indziej jak do wszelakich świątyń handlu. „W OFFICE rozdają buty, prawie za darmo, kupiłam takie, które podobały mi się od dawna i jeszcze parę innych, też nie gorszych” – wycedziła coś takiego swym perfekcyjnym angielskim z dużą domieszką rosyjskiego. Natalia, nasza współtowarzyszka niedoli podekscytowana łupem, żywo wymachiwała kończynami jakby przepychała się miedzy pułkami z podbijaną promocją. Deszcz lał, studzienki nienadążały z chłeptaniem wody z rynien, wylewające się z nich gigantyczne kałuże moczyły nogi do kostek. Nakładałyśmy kaptury na głowy i biegłyśmy do centrum. Po chwili kaptury przemakały i deszcz zaczął kapać i z włosów. W czasie naszych wędrówek natykałyśmy się na porzucone parasole, nieco zdezelowane, ale już parę drutów trzymających w całości baldachim z lichego materiału chronił przed podmuchami obusiecznego wiatru. Własnych parasoli nie miałyśmy, legły już dawno na deszczowym cmentarzysku przyulicznych bram. Te, które znajdowałyśmy były mniej wyeksploatowane, ale bez żalu zostawiłyśmy je pod pierwszym sklepowym schronem. Jednak zawsze przed parasolowym rozbojem obserwowałam okolicę w nadziei, że nikt nie krzyknie – „My umbrela!” Zaczynały się napady na sklepy, gdzie oferowano jako promocje każdy gniot jaki został wyprodukowany i zaoferowany do sprzedaży. Wiele naszych przekonań, decyzji i działań wywodziło się z zaufania do kompetencji i dobrej woli ludzi, którzy chcieli na silę udzielić nam różnych intratnych informacji. Nie wdziałam w tym nic złego, zachłyśnięcie możliwością taniego ubioru, które po pewnym czasie zmieniło się w drogi fanatyzm, najpierw jej, potem mój, wynikało ze skłonności do obdarzania innych zaufaniem przez to do wiary w promocyjne napisy. Motorem całego interesu były ciągotki snobistyczne potencjalnych klientów, a wizerunek osób inteligentnych i wykształconych wykorzystywali detaliści, którzy dawali im szansę na udowodnienie przynależności do „wyższej klasy”. Wchodząc do następnego sklepu podejmowaliśmy koleiną zabawę we wzajemność. Otwarcie drzwi przez pana w pięknej liberii, wręczenie katalogu czy próbki, a nawet „gratisa” – zobowiązywało by poczuć się zobligowany do dokonania chociażby jednego zakupu. Handlowcy jakby wiedzieli co będziemy kupować dziś, jutro czy za miesiąc, przygotowywali nam gotowy scenariusz – wertykalne rozmieszenie towarów czy implantacje handlowe albo niekontrolowane reagowanie, co było opłakaną słabością mojej towarzyszki. Wizyty w centrum kończyły się totalnym przemoczeniem. Potem tylko łóżko albo miska z gorącą wodą z solą ratowały nas przed chorobą, na co nie mogłyśmy sobie pozwolić. Zakupy były substytutem nudy, na początku nowa zabawka nie pozwalała myśleć obiektywnie, ale narastające rozdrażnienie przystopowały mnie na tyle by zacząć obserwować ludzi w pawilonach. Widziałam jak kobiety z premedytacją wpadają w konsumenckie sidła. Jakiekolwiek racjonalne mechanizmy umysłowe wyłączały się a namysł pojawiał się po fakcie. Po powrocie do domu zapewne oszukiwały swoich mężów czy chłopaków dlaczego spędziły tyle czasu w sklepie i zaopatrywały się w nikomu niepotrzebne badziewie. To kwestia ważności: co dla mężczyzny było stratą czasu i pieniędzy, dla kobiety było ważną aktywnością społeczną. Może lepiej, że kłamały, rzadziej dochodziło do nieporozumień. Najczęściej chadzałyśmy do trzypiętrowego sklepu, gdzie promocje wylewały się drzwiami i oknami, kusząc przepastnymi kałużami, do których my wskakiwałyśmy niczym niepojętne dzieciaki. Co jednego dnia było drogie, drugiego dwa razy tańsze. Szał ludzi bezmyślnie segregujących kolorowe szmatki i naręcza materiałów przy kasach tylko poruszaniem o własnych kończynach zapewniały, że są pod nimi ludzie. Większość kupujących miała wózki i to oni stanowili największe zagrożenie z racji zabierania cennej powierzchni sklepowej a co prowadziło to do licznych kolizji. Innym problemem były kolejki do przymierzalni, gdzie nawet jawne kamery i wieczne ogony nie zniechęciły żadnego zakupoholicza. Czy to ranek czy późny wieczór wymiana handlowa trwała nieprzerwanie. Moja koleżanka dość często przyglądała się paru ciuszkom tego samego kroju o lekko odmiennym odcieniu. Jej zastawianie się nad wagą problemu zdarzało się coraz częściej i trwało coraz dłużej, a we mnie prowokowało trwały uraz. Wstręt był tym większy im jej prośba do odwiedzenia kolejnego działu natarczywsza. Powoli zaczęłam dostawać szału, tym razem z irytacji, widziałam jak czas przelatuje mi zdradziecko pod ścianami ciuchladnowego światka. Wypatrując z nudów kolejnej kamery za wieszakiem, wpadłam w jej dociekliwe oko. Podejrzana o kradzież zostałam wyprowadzona na zaplecze. Po przeszukaniu nas obu, dostałyśmy wilczy bilet na wypadek, gdyby strażnicy musieli znów być na łasce naszej satysfakcji, że nic nie udało się przy nas znaleźć. Wtedy coś we mnie pękło. To, że musiałam znosić zwodniczy gust koleżanki godzinami szperającej w damskim dziale odzieżowym i upokorzenie z racji bezpodstawnej łapanki, była jakimś zadośćuczynieniem za poświecenie mi czasu, ale powiedziałam dość! Od tej pory jeździłam sama nad morze moczyć nogi w lodowatej wodzie, licząc krople deszczu kolorami rozbryzgującymi na moich okularach w prześwicie między chmurami. Dziś już mam rozwiązany problem – facet robi zakupy za mnie, najczęściej wybiera praktyczne prezenty, ale czasem podkusi go, by kupić mi coś do ubrania. Ja nie zżymam się na jego gust, po prostu zakładam czerwone dresy za duże o 2 numery, ale cóż – kochanemu facetowi nie wypomina się manii wielkości.