• Moje podwórko Cz, 29 listopada 2007 1 komentarz

    Na czacie łatwiej kreować siebie, dopasowywać się do własnych wyobrażeń i marzeń, ukrywać tożsamość, łatwiej kłamać nie widząc twarzy, nie patrząc w oczy, łatwiej powiedzieć, że chce się z kimś kochać, że chce się z kimś taki i tak ułożyć osobie życie, w sieci nie ma zobowiązań; czas ulega skróceniu i szybciej dochodzi się do szczerych dialogów, na czacie łatwiej jest poruszyć drażliwi temat już w pierwszej rozmowie.

    Rozmowy bywają przeróżne. Zaczynają się zwykle pospolicie, ale niektóre przeradzają się w wymianę kreatywnych poglądów i dłuższych zażyłości. Bywa i tak, że rozmowa kończy się na: „Co słychać. Dobrze. Cześć – miło było cie spotkać…” i trzaśniecie drzwiami. I bywa tak, że uczuciowe ciepło rozmowy to całkowita suma jego przesłania.

    Są ludzie, którzy niecierpliwią się z powodu pozornej treści rozmowy oceniając proces komunikacji wielkością przesyłanych informacji. Wielość informacji redukuje u słuchającego poczucie niepewności i dlatego jest pozytywna dla drugiej strony. Niektórzy sądzą, że przesłanie pozbawione widoczne treści jest złe – dla mnie to nierozumienie empatycznej wspólnoty i zazwyczaj nie ma na celu niesienia konkretnej treści, lecz ciepła i ludzkiego kontaktu. Implicite zawarte w dialogu to zasygnalizowanie, że oto: „Jestem człowiekiem, częścią tego samego świata”. Dwoje zakochanych nie skupia się nadto na przekazie formalnym zalotów, funkcję rytualną spełnia tu ogromny ładunek uczuciowy słów.

    Ludzie niecierpliwiący się banalną treścią pogawędki trudniej osiągają zamierzony cel. Naleganie na ten rodzaj komunikacji powstrzymuje ich przed budowaniem ciepłych więzi, które oliwią interakcje miedzy ludźmi, co przynosi wtórne korzyści dla obu stron. Nie widzę nic błahego w słuchaniu uczuć głęboko przezywanych przez drugiego człowieka. Mówiący otrzymuje wypełniony sympatią kanał komunikacyjny, przez który może wyrazić głęboko ukryte emocje, a słuchający poznaje drugiego na znacznie głębszym poziomie. Wzajemne relacje wykonują gigantyczny krok z kierunku bliskości. Natykam się przeważnie na ludzi, którzy są dobrzy jedynie w tworzeniu oddzielających mnie od nich zasłon.

    Przypuśćmy, że skarzę się koleżance, którą znam już od jakiegoś czasu, że dręczy mnie samotność.

    „To twoja wina – mówi – niewielu jest mężczyzn umiejących sprostać twoim wymaganiom”. Od razu jawi mi się ona jako nieczuły grubianin; dlaczego mówi mi, że moje uczucia są niewłaściwe? Nic tak szybko nie wysusza wiadra emocji, jak obwinianie.

    Uwaga w stylu: „Jesteś już dorosłą kobieta, czas wyrosnąć z romantycznych wizji” – sugeruje, że u dojrzałej osoby każde silne uczucie jest podejrzane. „Dorośnij” – powinnam się wstydzić?

    Niektórzy poddają moje zwierzenia psychoanalitycznemu badaniu: ”Uczucie osamotnienia jest naturalną reakcją na nasilające się poczucie izolacji w wielkich miastach. Twoja frustracja wynika z pasywności twoich działań…” Takie wyjaśnienie moich błędów przez klinicznych słuchaczy dopiero doprowadza mnie do pasji.

    „Mówisz, że jesteś zła na facetów, bo to oni nie chcą się postarać, szybko się zniechęcają napotykając przeszkody w dotarciu do ciebie. Jesteś przecież dobrą kobietą”. To płaskie zaprzeczanie uczuć drugiego jest najokrutniejsza reakcją ze wszystkich. Tak prosto brać słowa i sprowadzać je do zera.

    „Wiem dokładnie co czujesz. Do niedawna byłam w podobnej sytuacji, myślałam, że świat traktuje mnie marginalnie”. Czy to utożsamianie się z kobietą, która cierpi? Lecz jej uczucia złości i osamotnienia gubią się w takim przesunięciu. Słuchujący wziął moje uczucia i połączył je z własnymi roszczeniami.

    Nie twierdzę, że i mnie nie udaje się wprowadzić co jakiś czas takich wypowiedzi. Ale dlaczego tak trudno słuchać w akceptującej postawie? Gdy ludzie opowiadają o sowich problemach, wiem, że jestem bezradna, nie potrafię pomóc. Tracę panowanie nad sytuacją. Nie ma magicznych słów, by uczynić życie lepszym, wiec aby pozbyć się bezradności wycedzam z siebie niewłaściwe wypowiedzi pozbywając się zagrożenia. Wtedy płci ten drugi.

    Znacznie lepiej jest, gdy nie naprawiam ludzi na siłę. Nie analizuje, nie napominam, nie bronię a staram się usłyszeć to, co mają głęboko w sobie. Czyżby milczenie było bardziej pomocne od rady? Zbyt wiele badających pytań, pytania w stylu: ”dlaczego” są pośrednio naładowane krytycyzmem. Mimo moich fascynacji motywami kierującymi zachowaniem polemisty w pewnych przypadkach lepiej jest ograniczać się do pytań stanu emocjonalnego rozmówcy. Bo to nie ja mam być terapeutą tylko on, to rozmówca ma uporządkować i usystematyzować swoje myśli, przez co postrzega je znacznie precyzyjniej, niż gdy jedynie kłębią się w jego głowie.

  • Moje podwórko Wt, 20 listopada 2007 1 komentarz

    „Rok” nasz, dziwaczny w swej naturze, niby normalny, a nierówny latami, kończył się zalewając niefrasobliwych uczniaków dekadenckimi myślami. Ostatnie odwiedziny w piekarni, ostatnie drożdżówki z serem i ostatni papieros Józka wypalony przed odrapanymi drzwiami.
    Józef (bezpieczny filozof) jak zwykle nie dostrzegał nas, gdy wychodziliśmy roześmiani z chrupiącymi bułkami i dopiero po ostatnim „zaciągnięciu się” udawało się wybudzić go z głębokich myśli. To chyba tamto miejsce nastrajało melancholijnie – Stare Miasto, wieżyczki i ruiny, bruk i smród stęchlizny, małe galerie i małe teatry pochowane w piwnicach. Zapatrzony gdzieś tam powyżej szarości uliczek jakiś ciemny chory ptak krzykiem oznajmiał rozstanie.
    - Józek, co ty tam takiego ciekawego widzisz, cały czas oglądasz to samo miejsce? – zapytałam.
    Zwyczajem sowim uśmiechnął się tylko i zamilkł w odpowiedzią na ustach.
    Poszliśmy na ostatnie zajęcia tego dnia tego „roku”. Wśród roześmianych twarzy z ulgą przyjmujących dar losu, zdawało się niemającej końca mordęgi, widziałam konsternacje, zaskoczenie i strach – co dalej. Niektórzy z nas już od paru miesięcy wiedzieli, że włożą dyplom głęboko do szafy i zapomną o większości ulubionych wykładów i ćwiczeń. Wyjadą i zaczną przedzierać się po szczebelkach drabiny społecznej, głęboko przeświadczeni o tym, że są kimś, a w istocie będą zwykłymi najemnikami. Podobny los czekał pozostających na miejscu, z dyplomem czy bez, paraliśmy się każdej roboty by przeżyć, a doświadczenie nic nieznaczące, bo niezapisane w papierach. Co dalej?
    Podanie dłoni, wymiana adresów, ciche szlochy koleżanek, pan profesor zadziwiony naszym zintegrowaniem, obietnice bez pokrycia i te żółte parasolki. Stare Miasto i Kuźnicza. Rzędy drobnych ławeczek i przedwojenne gruzy, przy których codziennie stroił skrzypce bezdomny grajek. Rzucaliśmy mu parę groszy i pracował dla nas smyczkiem całe popołudnie.
    Rozkładaliśmy bagaże na przedwojennym murku. Wielka przepaść, jaka roztaczała się za nim nadawała temu miejscu urok dziwnych przemyśleń. Wiszące za murkiem nogi zdały się być już w innym świecie. Tu, gdzie czas stanął w miejscu i tam, dokąd rwał z byczym zapałem rozpędzonej maszyny. Nigdy nie chciało mi się stamtąd odchodzić, mogłam tak trwać zawieszona między czasami.
    Józek nagle szturchną mnie na pożegnanie.
    - Już idziesz? – zapytałam.
    - Tak, nie wiem gdzie, ale idę.
    Poplątane losy Józka zalałyby niejedną opasłą księgę, ale on sam nic o sobie nie mówił, nie skarżył się, nie biadolił, tylko trwał, by z niczego uczynić się bogatszym i nadać swemu życiu po raz kolejny jakąś treść.
    - Pytałaś, na co patrzę, gdy nie wiedzę nic wokoło. Codziennie o to samo pytasz, a ja chyba dopiero dziś mogę ci odpowiedzieć… – zamilkł.
    - Patrz – wskazał palcem ponad dachami wysokich biurowców, tam gdzie smog stykał się z niebem, chmury ciasnym kordonem opasywały nagą tarczę słońca, gdzie z pozoru nie było nic, a jednak kryło się ukryte dla chcących zobaczyć.
    - Józek, co mi tu obrazki malowane farbami pokazujesz?
    - To przestrzeń egzystencjalna. Na to patrzę od paru lat i nie mogę od tego uciec.
    Zaśmiałam się nie wiedząc, co odpowiedzieć, bo w tej dali, w tej chwili zobaczyłam tam samą siebie.

  • Donkiszoteria Cz, 1 listopada 2007 1 komentarz

    Ósmy dzień – świt przeplatał się ze zmierzchem.
    Sięgała pod poduszkę sprawdzając czy jeszcze tam jest. Maleńkie zawiniątko. Książeczka do nabożeństwa, odcinek renty, list do syna i dwieście złotych dla salowej, która przywdzieje jej ostatnie ubranie.
    Kilka kropel z dwóch ampułek hydrocortisonu w rozgrzany termos i kaszl łagodniał, łapczywie targane powietrze wracało do równowagi.Ósmy dzień oszukańczego balu z morfiną – migoczących świateł dnia i nocy.

    Kiedy ból tajał próbowała przywołać twarze w korowodzie z przeszłości: chłopca w mundurze idącego polną drogą, dziewczynę w znoszonej sukience odpoczywającej miedzy snopkami pszenicy i małe dziecko biegnące przez las w kierunku bagien. Wołanie, przeciągłe wycie psów, pęd ludzkich stóp miedzy drzewami, zawodzenie starych kobiet bezsilnością leżących na mchu, bezdennie szybki oddech mężczyzn, zapach palonego łuczywa w bezgwiezdna noc na granicy grzęzawiska. Biec na oślep, odnaleźć dziecko zamaskowane pod krzakiem leszczyny przykryte pajęczą siecią. Światło, jasność na głową po godzinach męczącego błądzenia, zmęczenie przesłania źródło radości – maleńka kula szczęścia znika pod powiekami – błogość kochających rąk odrzucających gęstą siatką zapomnienia. Łzy szczęścia pomieszane z gniewem nieopisanej rozkoszy w chłodzie sierpniowej nocy.
    Ten znajomy ciepły blask ognika zwiastującego ocalenie…
    Noc przyniosła podwójną dawkę morfiny, zmysły wyostrzyły się, ból zaczaił się na skraju lóżka.
    Słyszała bójki prusaków załamaniach ścian, śpiewne drżenie pajęczych nici rozpiętych nad drzwiami, wędrówki faraonek kluczących miedzy żelaznymi nogami. Słaby poblask matowej żarówki wabił ćmy, które z rykiem helikoptera odbijały się od rozgrzanego szkła i padały oszołomione na brudny blat stołu. W oknie powleczonym szarością mroku świeciły gwiazdy i przelatywały komety. Potrafiła z niebywałą precyzja odgadywać nazwy, szeregowała i układała je w galaktyki. Bez trudu mogła ocenić krążenie odległych świateł i ustalić konfiguracje ciał niebieskich.
    Nagle jedna z gwiazd rozbłysła w kącie sali, zajaśniała na chwilę ulatując w kierunku wędrówki małych naziemnych stworzeń. Trwała przez chwilę w zawieszeniu i zgasła zabierając ze sobą ową ćmę, która gnała niebezpiecznie do światła z ciekawości, bezradności i tęsknoty.

    Ów ognik, który niegdyś przyniósł wybawienie.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

listopad 2007
P W Ś C P S N
« października   grudnia »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u