• Pętla So, 27 października 2007 1 komentarz

    Ślubne zdjęcie kpi sobie dziś,
    poorane zmarszczkami na ścianie.
    Z tych, którzy postanowili się więcej nie dotykać.
    Zagubieni w sobie za barykadą prozy życia,
    autostradą dotyków i fortyfikacją słów,
    ciężkich cegieł obowiązku, gonitwą za wielkim szyldem miłości
    Zapomnieli się… między pierwszym krokiem najmłodszego syna,
    a egzaminem dojrzałości najstarszej córki.
    Próbując rozwiązać kawałek nici zaciskali ją coraz mocniej.
    Widzieli tylko swoje JA.
    Dwa jabłka wyschłe na jednym bezlistny drzewie
    Wtedy, po pysznej nocy, chciał wyrazić
    jak obawia się śmierci
    Wyszeptał jedynie coś o pięknie jej piersi.
    Skulona w poduszkę
    krzyczała w ciemność
    - kim jesteś?!
    Spał głucho snem niedźwiedzim w głębokiej zimie.
    Ona szukała ukojenia w farbach na płótnie,
    wrażliwości męskiej w minionych epokach.
    On wznosił mauzoleum na stosie bitów,
    za murem czytelników, w całunie alogicznych oblicz.
    Żyli za zimną taflą pustego lustra,
    obustronny dotyk w głaz zamieniony.
    On i jego wyobrażenia o niej.
    Ona i jej wyobraźnia o nim.

    Kiedy miłość kona nie czas na wściekłe potyczki.
    gdy płomienne ciała trwonią swój ogień.
    Miłość leży pod zwałem gruzu, przybita dogasa
    sama na spodzie
    po gładkiej ścianie nie mogąc się wydobyć.

  • Cybertaniec So, 13 października 2007 1 komentarz

    Kiedyś, gdzieś w dziwnych i nieprawdziwych okolicznościach niefizycznego świata poznałam człowieka, pogadaliśmy chwilkę i nasze drogi rozeszły się. Potem widywaliśmy się w przelocie i rozmawialiśmy pobieżnie. Mieliśmy wspólnych nickowch znajomych i to oni dopowadzili do skrzyżowania się naszych dróg, a my wpadliśmy na pomysł nadania innej treści naszym celom. Myślę, że słowo “zdynamizować” w różnym tego słowa znaczeniu to sens naszych opowiadań, wymiany poglądów, choć różnych a budujących, tasowania myśli niczyich a naszych, ale czy prawdziwych? Wirtualnych czy rzeczywistych historii, które mogą zdarzyć się na każdym rogu zapomnianej ulicy życia, drobiazgów, których samodzielnie nie zauważylibyśmy i dziwnych pomysłów, na które czasem strach się porywać. Pierwszy wpis będzie eksperymentem, spojrzeniem na ten sam temat dwóch różnych osób: kobiety i mężczyzny. Na naszych blogach opiszemy o tym samym, ale nie to samo. Nie będziemy przeformułowywać naszych tekstów. Łączy je tytuł, a czy coś więcej? Opinia należy do czytających.W notce pt. “Ból fantomowy” z 13 października możecie przeczytać wyznania mojego polemisty na jego blogu:

    http://www.damskomeski-punkt-widzenia.blog.onet.pl/

    Szedłeś tym samym parkiem, gdzie kiedyś twoje niesforne chłopięctwo brało kąpiel w zabytkowej fontannie, drwiąc sobie z przechodniów. Rozbryzgane krople wody w kolorowej tęczy znów odbijały znajomą postać, ale koło ciebie stał ktoś jeszcze – kobieta z wózkiem. Podbiegł do was malutki chłopczyk, wziąłeś go na ręce i zawirowałeś w powietrzu. Złudzenia – wciąż je miałam. Na tej ławce w ukryciu utknęło teraz całe życie, degradacja przeszłości w najwyższym wymiarze. Nie miałam odwagi wstać i przywitać się, nie miałam dość siły, by przejrzeć na oczy. Trwanie w uczuciowej próżni tak zadawalało, że nie czułam krzywdy jaka sobie wyrządzam. Przez 10 lat. Dziś zrozumiałam, że liczyłeś się tylko ty. Dziś – kiedy byłeś z inną kobietą, żoną i matką swoich dzieci. To do ciebie wysyłałam nie napisane listy bez adresu na kopercie, o tobie były wiersze na popiół popalone, twój telefon był na pierwszym miejscu na liście kontaktów, a mail…

    Bardzo łatwo przychodziło zapominanie o co w tym wszystkim chodzi, co tak naprawdę boli. W nawale pracy i karuzeli obowiązków, między delegacją, a pracowniczym rautem, nie było czasu na dłuższe przemyślenia. Niezapełniona pustka zapychana była pobieżnie krótkimi znajomościami z przypadkowymi partnerami. Fizyczność. Bezemocjonalna parada rozkoszy, taniec na linie i nagła przepaść w środku nocy. Budziłam się często z pytaniem – bezradnie szukając podpowiedzi – jaki cel ma owo pędzenie na przód, gdzie meta, gdzie głębsze doznania, gdzie słodka granica uczuciowej błogości?

    Lata szczenięce spędziliśmy razem grając w piłkę na pobliskich polach, tłukąc szyby w starym zakładzie pogrzebowym, kradnąc winogrona z pobliskiej plantacji… Pochodziliśmy z takich samych robotniczych rodzin, nasi rodzice codziennie wstawali przed świtem, robili nam kanapki do szkoły i szli na 6 do pracy, by w hucie nie siąść nawet na minutę i nadgodzinami dorabiać do skromnych pensji.

    Kiedy zaczęłam patrzeć na ciebie jak dorastająca kobieta na dorastającego mężczyznę? Dość późno. Tego lata kiedy skończyłam wakacyjną przygodę z moją pierwszą pracą, zacząłeś interesować mnie jako niepospolita osobowość. Chłodna a zarazem przyjazna i miła w dotyku. Sprawcza huśtawka uczuć, będąca nieodłącznym pierwiastkiem ludzkiej natury, zebrała swoje żniwo i w tym niespełnionym związku. Byłam dumna, a fakt, że nie chciałeś zobaczyć we mnie kobiety, widząc jedynie dziewczynę ze szkółki niedzielnej, napędził jedynie motor zdobycia nieosiągalnego. To stało się wielkim wyzwaniem mojego młodzieńczego świata.

    Wiedziałam, iż podobam się wielu, zaczęłam więc walkę, choć nie byłam wcale pewna czy zdołam czegokolwiek dokonać. Byłeś prawdziwym ważniakiem, a znajomość ze mną nic nie znaczyła. Lubiłeś się tylko w książki i polityczne wiece. Potyczka stała się długą batalią między twoimi kolegami a moimi bezkrytycznymi zabiegami, im większy entuzjazm, tym mniejsze zaangażowanie z przeciwnej strony. Odsuwałam wszystkich, którzy starali się „pomóc” w moich zabiegach, traciłam przyjaciół i szanse na udane związki. Napływ hormonów i chęć przewagi nad tobą przesłoniły wszystko dookoła. Przełom nastąpił, kiedy straciliśmy siebie z oczu na pół roku. Przed twoim wyjazdem zdecydowałam się na ostateczną szczerą, ale i podchwytliwą rozmowę. Wyznałam co czułam, lecz nie dałam gwarancji, że będę cierpliwe czekała, możliwe też, że każde pójdzie inną drogą, bez żalu i złości. Twoja reakcja sprawiła, że wszelkie emocje których doświadczałam skostniały na parę lat, a może je odrąbałam? Miałam ochotę przytulić się i zacząć płakać, a usłyszałam tylko stalowe słowa: masz rację, spotykajmy się z innymi, dajmy jeszcze sobie czas. Ze stoickim spokojem zamknęłam drzwi swojego domu i płakałam do rana.

    Zmieniłam się. Kiedy wróciłeś byłam już przewodniczącą samorządu i czynną członkinią jednego z najbardziej radykalnych frakcji w kraju. Najbardziej lubianą dziewczyną na roku. Chyba popatrzyłeś na mnie zupełnie inaczej. Teraz stałam się atrakcyjna i godna starań, bo dzwoniłeś do mnie codziennie wypytując z kim się spotykam, jakie mam plany i marzenia. Starałeś się nawet moralizować. Sytuacja odwróciła się, ale odłamane uczucia nie powróciły: znikł gdzieś element wyzwania, który napędzał mnie parę miesięcy wcześniej. Kim był ten facet? Jeszcze jednym mężczyzną, który wali w szyby mojego domu, by uchylić dla niego chociażby firankę? Zacząłeś mnie nachodzić, co jeszcze bardziej nastawiało mnie wrogo. Dostawałam codziennie listy z płomiennymi wyznaniami i miałam serdecznie dość, bo na przekór sobie nie chciałam przyznać się, że również kocham. Przeczyłam uparcie uznając za kłam całe swoje życie. Zagrałam tą samą grą – pogardą i lekceważeniem, ale nie czułam już szacunku do samej siebie.

    Nie byłam jeszcze świadoma, że nie ma wielkiej różnicy miedzy ranami fizycznymi, a psychicznymi.

    Postrzał wcale nie musi boleć w czasie jego zadawania, przyczaja się cicho, na początku jest to tępe uczucie zapowiadające wybuch, tak jakby wnętrze brało oddech przed krzykiem. Dusza zanurza się w bezdenną czeluść, by stamtąd wydać swój bezgłośny przeraźliwy wrzask. Dusiłam się. Wybawieniem zdawał się wyjazd na upragnione studia – daleko, z dala od chorych układów i sprzedajnych ludzi, z dala od walki o dominację i braku porozumienia. Dostawałam jeszcze przez jakiś czas listy. Pozostały bez odzewu, więc ustały. Wracałam do nich, gdy los podcinał mi po raz kolejny nogi, kiedy rozstawałam się z kolejnym “facetem mojego życia” i kiedy nie wiodło mi się w kolejnych awansach. Z listów czerpałam ciepło, siłę aby wstać kolejnego ranka i brnąć naprzód, zdawać kolejne egzaminy, plątać się w tłumaczeniach o niepewności interesów, stawać przed licznym audytorium i wygłaszać nudne tyrady na nieciekawie zorganizowanych posiedzeniach zarządu. Sił mi starczało do momentu, gdy zobaczyłam cię w parku, z żoną i dziećmi. Byliście tacy szczęśliwi. Wrócił dawny ból spopielonych uczyć, ale czy nie jest za późno na walkę? Nieświadoma przez tyle lat zabijałam to co najpiękniejsze i co wskrzeszone niemal z martwych rozkwitło ze zdwojoną mocą. Teraz już nie miałam szans na wygraną…

    Wydawało mi się, że odcięłam wszelkie uczucia żywione do ciebie, pozostał jednak fantom – zagnieżdżony gdzieś głęboko, zaplątany nerwami, okalający to, czego pragnęłam najbardziej – miłości.

  • Listy Pn, 8 października 2007 Brak komentarzy

    Czuła zakłopotanie i zawstydzenie, gdy pozostawiona przez ojca w wielkiej sali treningowej razem z bratem przyglądała się ogromnemu atlasowi. Jego gładkie zimne brzegi i czarne szale kpiły wielkością z małego człowieka. Łzy napłynęły jej do oczu, gdy nagle zjawił się on – ciemny pan o dobrotliwej twarzy. Zacisnęła pięści w ferworze walki, ale zdała się na los, na człowieka, który miał zaopiekować się nimi w tej niebezpiecznej chwili. Podała mu dłoń. Zaprowadził ich na ławkę przy drabinkach. Mogła teraz z bezpiecznej odległości obserwować grę mięśni obręczy barkowej przysadzistych mężczyzn, czarne sztangi przesuwające się nad głowami i rozbieganych sprinterów na regulowanej taśmie. Bała się tego wysokiego pana, którego nie znała na tyle by powierzyć mu swoje położenie i małego braciszka. Przykląkł koło nich, zaczął żartować, rozbawiać grymasami, szukając skrawka uśmiechu na pobladłych twarzyczkach. W końcu wciągnął z kieszeni dwa lizaki i wręczył brzdącom. Chłopiec uśmiechnął się i wziął lizaka, ona wahała się dość długo by od niechcenia, jakby przypadkiem odebrać upragniona słodycz. Otarła łzy ukradkiem i cichutko w kątku przeczekała do końca zajęć. Ile to lat temu?

    Zaufała temu chłopcu, który przez długi czas jej dzieciństwa oprowadzał ją przez długie korytarze świetlicy, opowiadając o zajęciach w tajemnych salach. Pokazywał świat od innej strony, badał na ile może nauczyć ją mądrości.

    Teraz znów czekała na lekcje, na ławce w słoneczne październikowe popołudnie. Przyszedł, zamiast lizaka wręczył jej różę. Nie był juz dużym czarnym panem, był dorosłym mężczyzną, podobnym temu, którego poznała parę lat temu na siłowni. Czemu nalegał na spotkanie, po tych wszystkich listach, gorzkich słowach płynących z komunikatora, braku szacunku dla uczuć innych ludzi. Ale dziś był taki sam – dobrotliwy nauczyciel, ona jednak nie była tą zagubioną dziewczynką, nie wpajała ślepo każdych usłyszanych treści. Stała się małą kobietką inaczej patrzącą na świat. Róża z kolcami – zaproszenie do pachnącej drogi usłanej kolcami. Czy mogła zaufać jak dawniej? Patrzyła na niego powątpiewaniem. Nie był już tym samym człowiekiem co kiedyś, zmieniło go życie, a może to jej zdziecinniałe oczy przekształciły ów obraz w dorosłe postrzeganie? Bez wątpienia stał się dla niej mężczyzną, nie ojcem, nie bratem, ale kimś, z kim mogłaby zapomnieć się w słodkiej mądrości słowa. Pomony tego co ich kiedyś łączyło dawne zaufanie gdzieś znikło.

    Bała się, a jednak pociągała ją ta sytuacja. Czy to randka czy przyjacielskie spotkanie?

    Wziął ją za rękę, jak kiedyś tam na salce. Może znów poprowadzi ją przez kręte życia wyboje?

  • Moje podwórko Pn, 1 października 2007 1 komentarz

    - Dzień dobry! Oooo… jak ładnie pachnie.
    Do kuchni wszedł Kornel i począł buszować po garnkach. Za chwilę zobaczyłam umorusany pyszczek Kasi.
    - To gołąbki? wykrzyczał mój syn słodko uśmiechając się do mnie.
    Kolejny raz to samo – goście w czasie obiadu. Wszystko mieściło się w granicach normy do czasu, gdy wizyta nie przeciągała się do kolacji.
    Odkąd moje pociechy zaczęły wykazywać odrębność, dom nasz zaczęła nawiedzać gromadka cichych wyjadaczy cudzych stołów. Zapomniane stworzenia błądziły miedzy kuchnią a pokojami spijając wodę ze szklanek, którą im serwowałam z nadzieją, że zapiją swój niepohamowany apetyt. Nic to jednak nie dawało. Kiedy zapach głównego posiłku stawał się nie do wytrzymania, a dymiący półmisek z pierogami nie do ukrycia, sprawa stawała się jasna.
    Nie musiałam dopytywać się, one same pytały grantowymi źrenicami:
    - Czy możemy się poczęstować? – a potem – czy możemy dokładkę?
    Jak tu nie dać dziecku jeść? Nawet całkiem obcemu, które węchem, wzorkiem poszukuje czegoś co ukoi pomruk ciała podczas zajmującej zabawy.
    Odmowa była niemożliwa zważywszy na fakt dobrych relacji miedzy dziećmi moimi a dziećmi sąsiadów. Zasiadaliśmy wszyscy razem, przy okrągłym stole w jadalni, ponieważ dodatkowe parę nakryć niweczyło wszelkie próby usadowienia się przy kuchennym blacie. Pobrzękiwały sztućce o gładkie talerze, szklanki o małe ząbki biesiadników, szurały krzesła kołysząc się w rytm przedszkolnej piosenki. O dziwo nikt nigdy nie grymasił, nie było wybredzania i mechanicznego przebierania w dojrzałej marchewce czy nadziewanym schabie.
    Lubiłam tamte wspólne małe obiadki. Radosne śmiechy dziewcząt karmiących lalki i chłopców tworzących sobie tor wyścigowy dla samochodów miedzy wazą, półmiskiem z ziemniakami, a serwetkami w białe misie. Małe przyjęcia kończyły się wraz z przełknięciem ostatniego kawałka. Dzieci wracały do zabaw gnane chęcią wystawienia mnie na jeszcze jedną próbę ciszy; cierpliwości w układaniu puzzli, rozwiązywaniu łamigłówek słownych, graniu w “chińczyka” i w karty.
    Z czasem wzrosła liczba ucztujących z nami przy jednym stole. Podobnie jak wzrósł ich apetyt. I przyszedł dzień, kiedy powiedziałam – DOŚĆ. Koniec z gratisowymi posiłkami, wycieraniem cudzych nosów, wiązaniem butów i reperowania zabawek, tamowania krwotoków z kolan i pompowania małych dętek.
    Koniec, bo dzieci dorosły i każde zamieniło kolorowe “kręciołki” na patyku na postawne spodnie lub smukłą kolorową sukienkę, bo zmyślone wierszydła zamieniły się w obowiązek, bo słodkie lizaki oddano młodszym dzieciom, a kolorowe książeczki zamieniono na opasłe tomiska…

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

październik 2007
P W Ś C P S N
« września   listopada »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u