Kiedyś, gdzieś w dziwnych i nieprawdziwych okolicznościach niefizycznego świata poznałam człowieka, pogadaliśmy chwilkę i nasze drogi rozeszły się. Potem widywaliśmy się w przelocie i rozmawialiśmy pobieżnie. Mieliśmy wspólnych nickowch znajomych i to oni dopowadzili do skrzyżowania się naszych dróg, a my wpadliśmy na pomysł nadania innej treści naszym celom. Myślę, że słowo “zdynamizować” w różnym tego słowa znaczeniu to sens naszych opowiadań, wymiany poglądów, choć różnych a budujących, tasowania myśli niczyich a naszych, ale czy prawdziwych? Wirtualnych czy rzeczywistych historii, które mogą zdarzyć się na każdym rogu zapomnianej ulicy życia, drobiazgów, których samodzielnie nie zauważylibyśmy i dziwnych pomysłów, na które czasem strach się porywać. Pierwszy wpis będzie eksperymentem, spojrzeniem na ten sam temat dwóch różnych osób: kobiety i mężczyzny. Na naszych blogach opiszemy o tym samym, ale nie to samo. Nie będziemy przeformułowywać naszych tekstów. Łączy je tytuł, a czy coś więcej? Opinia należy do czytających.W notce pt. “Ból fantomowy” z 13 października możecie przeczytać wyznania mojego polemisty na jego blogu:
http://www.damskomeski-punkt-widzenia.blog.onet.pl/
Szedłeś tym samym parkiem, gdzie kiedyś twoje niesforne chłopięctwo brało kąpiel w zabytkowej fontannie, drwiąc sobie z przechodniów. Rozbryzgane krople wody w kolorowej tęczy znów odbijały znajomą postać, ale koło ciebie stał ktoś jeszcze – kobieta z wózkiem. Podbiegł do was malutki chłopczyk, wziąłeś go na ręce i zawirowałeś w powietrzu. Złudzenia – wciąż je miałam. Na tej ławce w ukryciu utknęło teraz całe życie, degradacja przeszłości w najwyższym wymiarze. Nie miałam odwagi wstać i przywitać się, nie miałam dość siły, by przejrzeć na oczy. Trwanie w uczuciowej próżni tak zadawalało, że nie czułam krzywdy jaka sobie wyrządzam. Przez 10 lat. Dziś zrozumiałam, że liczyłeś się tylko ty. Dziś – kiedy byłeś z inną kobietą, żoną i matką swoich dzieci. To do ciebie wysyłałam nie napisane listy bez adresu na kopercie, o tobie były wiersze na popiół popalone, twój telefon był na pierwszym miejscu na liście kontaktów, a mail…
Bardzo łatwo przychodziło zapominanie o co w tym wszystkim chodzi, co tak naprawdę boli. W nawale pracy i karuzeli obowiązków, między delegacją, a pracowniczym rautem, nie było czasu na dłuższe przemyślenia. Niezapełniona pustka zapychana była pobieżnie krótkimi znajomościami z przypadkowymi partnerami. Fizyczność. Bezemocjonalna parada rozkoszy, taniec na linie i nagła przepaść w środku nocy. Budziłam się często z pytaniem – bezradnie szukając podpowiedzi – jaki cel ma owo pędzenie na przód, gdzie meta, gdzie głębsze doznania, gdzie słodka granica uczuciowej błogości?
Lata szczenięce spędziliśmy razem grając w piłkę na pobliskich polach, tłukąc szyby w starym zakładzie pogrzebowym, kradnąc winogrona z pobliskiej plantacji… Pochodziliśmy z takich samych robotniczych rodzin, nasi rodzice codziennie wstawali przed świtem, robili nam kanapki do szkoły i szli na 6 do pracy, by w hucie nie siąść nawet na minutę i nadgodzinami dorabiać do skromnych pensji.
Kiedy zaczęłam patrzeć na ciebie jak dorastająca kobieta na dorastającego mężczyznę? Dość późno. Tego lata kiedy skończyłam wakacyjną przygodę z moją pierwszą pracą, zacząłeś interesować mnie jako niepospolita osobowość. Chłodna a zarazem przyjazna i miła w dotyku. Sprawcza huśtawka uczuć, będąca nieodłącznym pierwiastkiem ludzkiej natury, zebrała swoje żniwo i w tym niespełnionym związku. Byłam dumna, a fakt, że nie chciałeś zobaczyć we mnie kobiety, widząc jedynie dziewczynę ze szkółki niedzielnej, napędził jedynie motor zdobycia nieosiągalnego. To stało się wielkim wyzwaniem mojego młodzieńczego świata.
Wiedziałam, iż podobam się wielu, zaczęłam więc walkę, choć nie byłam wcale pewna czy zdołam czegokolwiek dokonać. Byłeś prawdziwym ważniakiem, a znajomość ze mną nic nie znaczyła. Lubiłeś się tylko w książki i polityczne wiece. Potyczka stała się długą batalią między twoimi kolegami a moimi bezkrytycznymi zabiegami, im większy entuzjazm, tym mniejsze zaangażowanie z przeciwnej strony. Odsuwałam wszystkich, którzy starali się „pomóc” w moich zabiegach, traciłam przyjaciół i szanse na udane związki. Napływ hormonów i chęć przewagi nad tobą przesłoniły wszystko dookoła. Przełom nastąpił, kiedy straciliśmy siebie z oczu na pół roku. Przed twoim wyjazdem zdecydowałam się na ostateczną szczerą, ale i podchwytliwą rozmowę. Wyznałam co czułam, lecz nie dałam gwarancji, że będę cierpliwe czekała, możliwe też, że każde pójdzie inną drogą, bez żalu i złości. Twoja reakcja sprawiła, że wszelkie emocje których doświadczałam skostniały na parę lat, a może je odrąbałam? Miałam ochotę przytulić się i zacząć płakać, a usłyszałam tylko stalowe słowa: masz rację, spotykajmy się z innymi, dajmy jeszcze sobie czas. Ze stoickim spokojem zamknęłam drzwi swojego domu i płakałam do rana.
Zmieniłam się. Kiedy wróciłeś byłam już przewodniczącą samorządu i czynną członkinią jednego z najbardziej radykalnych frakcji w kraju. Najbardziej lubianą dziewczyną na roku. Chyba popatrzyłeś na mnie zupełnie inaczej. Teraz stałam się atrakcyjna i godna starań, bo dzwoniłeś do mnie codziennie wypytując z kim się spotykam, jakie mam plany i marzenia. Starałeś się nawet moralizować. Sytuacja odwróciła się, ale odłamane uczucia nie powróciły: znikł gdzieś element wyzwania, który napędzał mnie parę miesięcy wcześniej. Kim był ten facet? Jeszcze jednym mężczyzną, który wali w szyby mojego domu, by uchylić dla niego chociażby firankę? Zacząłeś mnie nachodzić, co jeszcze bardziej nastawiało mnie wrogo. Dostawałam codziennie listy z płomiennymi wyznaniami i miałam serdecznie dość, bo na przekór sobie nie chciałam przyznać się, że również kocham. Przeczyłam uparcie uznając za kłam całe swoje życie. Zagrałam tą samą grą – pogardą i lekceważeniem, ale nie czułam już szacunku do samej siebie.
Nie byłam jeszcze świadoma, że nie ma wielkiej różnicy miedzy ranami fizycznymi, a psychicznymi.
Postrzał wcale nie musi boleć w czasie jego zadawania, przyczaja się cicho, na początku jest to tępe uczucie zapowiadające wybuch, tak jakby wnętrze brało oddech przed krzykiem. Dusza zanurza się w bezdenną czeluść, by stamtąd wydać swój bezgłośny przeraźliwy wrzask. Dusiłam się. Wybawieniem zdawał się wyjazd na upragnione studia – daleko, z dala od chorych układów i sprzedajnych ludzi, z dala od walki o dominację i braku porozumienia. Dostawałam jeszcze przez jakiś czas listy. Pozostały bez odzewu, więc ustały. Wracałam do nich, gdy los podcinał mi po raz kolejny nogi, kiedy rozstawałam się z kolejnym “facetem mojego życia” i kiedy nie wiodło mi się w kolejnych awansach. Z listów czerpałam ciepło, siłę aby wstać kolejnego ranka i brnąć naprzód, zdawać kolejne egzaminy, plątać się w tłumaczeniach o niepewności interesów, stawać przed licznym audytorium i wygłaszać nudne tyrady na nieciekawie zorganizowanych posiedzeniach zarządu. Sił mi starczało do momentu, gdy zobaczyłam cię w parku, z żoną i dziećmi. Byliście tacy szczęśliwi. Wrócił dawny ból spopielonych uczyć, ale czy nie jest za późno na walkę? Nieświadoma przez tyle lat zabijałam to co najpiękniejsze i co wskrzeszone niemal z martwych rozkwitło ze zdwojoną mocą. Teraz już nie miałam szans na wygraną…
Wydawało mi się, że odcięłam wszelkie uczucia żywione do ciebie, pozostał jednak fantom – zagnieżdżony gdzieś głęboko, zaplątany nerwami, okalający to, czego pragnęłam najbardziej – miłości.