Uczestniczę w tej uroczej zabawie na co dzień. Chyba na tym polega nasza niepisana zgoda miedzy płciami, jakaś dziwna równowaga pomiędzy całowaniem w rączki a chamskimi docinkami, brutalnymi zagraniami i głupimi uśmieszkami.
Repertuar podobny – jestem w mieszanym towarzystwie, gdzie powinien panować wyrównane zasady i wspólne podejmowanie decyzji. Co prawda, obyczaj nakazuje kobietom mówić rzadziej, z mniejszym przekonaniem do własnych słów. Ale jakoś się przebijam ze sowim zdaniem. I nagle w ten wyrównanej grze pada z męskich ust element żartu. Jest on o tyle wyszukany, że polega na upokorzeniu kobiet, przy ich cichym lub głośnym przyzwoleniu, przy czym brak przyzwolenia nie obciąża autora dowcipu, ale kobietę, której zabrakło poczucia humoru. Humor seksistowski tworzy pewną wspólnotę śmiechu, a powstaje ona dzięki wykluczaniu grupy wyśmiewanej. Jeśli zareaguję negatywnie, wywoła to ogólną zaskoczenie, a ja sama poczuje się nieswojo, jakbym popełniła niewybaczalny błąd.
Owe żarty wypowiadane przy mnie, ze słodkim wyrazem twarzy, w celach rewiowych, niosą dziwny przekaz: pośmiej się z nami, to nie o tobie, to o tamtych innych. Problem jednak w tym, że tamci “inni” to ja, to do mnie i o mnie. W dowcipach nie ma równości, nie ma kawałów o blondynkach. Na przykład w pracy – kolega, który powie kobiecie, że jest nerwowa, bo ma napięcie przedmiesiączkowe, mieści się w swojej normie. Kobieta próbująca mu się odgryźć, że jego żart jest wynikiem spuchnięcia jąder, w tych przepisach się już nie mieści. Żartują o nas mężczyźni i dlatego gdy próbuję się odciąć dochodzą jedynie do stwierdzenia: ale masz beznadziejne poczucie humoru.
Dowcip seksistowski stanowi rodzaj przemocy – w ten sposób pokazuje się kobietom, gdzie ich miejsce w ludzkim stadzie. To może lęk przed śmiesznością powoduje, że konkurując z mężczyznami czują się tak nieswojo, wolą być lubiane niż ambitne.
Idę, nie ma sensu się denerwować. Oni mają o nas zawsze takie samo zdanie: kobiety są absurdalne, trochę obrzydliwe, trochę głupawe, no i niepoważne. A skoro panowie to ustalą mogą przejść go “męskich rozmów” i podejmować “twarde decyzje”, a panie niech wysłuchają dwuznacznych komplementów i pochichoczą miedzy sobą.
-
-
O swojej chorobie Anna dowiedziała się przypadkowo. Skrywana przez rodziców tajemnica wydostała się incydentalnie poprzez uchylone drzwi. Ania uśmiechnęła się ulgą – nareszcie. Od wczesnego dzieciństwa była owładnięta obsesyjną myślą o śmierci, głęboko skrywana samotność nikomu nie zdradzała myśli samobójczych. Jedynie w śmierci widziała jedyną drogę ucieczki przez czymś, co ją przerażało.
W końcu ciało podchwyciło to, co sugerował rozum. Była to rzadka i wyjątkowo złośliwa postać raka. Przez całe swoje życie Anna czuła się tak wyobcowana w tym świecie, że pragnęła ukojenia jedynie w śmieci. Jej osobowość utkana z delikatnej pajęczej sieci była esencją specyficznego rodzaju kobiecości nie należącej do tego świata.
Pochodziła z krainy czarów i magii, legend i mitów, w których duchowość, dziwy i osobliwości grały pierwsze skrzypce. Podzieliła los wielu kobiet, które będąc dziewczynkami cierpiały katusze rozdarcia wewnętrznego, a potem, kiedy dojrzewały zapadły na raka i umierały w pełnym rozkwicie.
Ania nie radziła sobie z wyzwaniami dzisiejszego świata, usychała powoli przywołując ostateczne gorzkie ukojenie. Uduchowione kobiety umierają bez miłości i poczucia, ze zdarzają się cuda. Spotykając się z masową wrogością umierają młodo, bo nie chcą przebywać dłużej na tym świecie aniżeli jest to konieczne. Gdzieś w głębi duszy, jeszcze jako małe dziewczynki, wiedzą, że tak naprawdę nie chcą umierać, to świat, w którym się narodziły jest żywym trupem.
Anna śpieszyła w pierwszym szeregu pielgrzymki zgłodniałych dusz do źródeł pokarmu duchowego.
U jej boku stał dzielnie chłopak. Trzymał wychudzoną bezsilną dłoń opartą o poduszki. Trwał śmiało przy każdym zabiegu, docierał do dziewczyny przez skorupę niewyobrażalnego bólu, pokonywał wielorakie impasy.
Kiedy ludzkie dusze trwają przy sobie, przysięgają wiarę, częstują się bólem, zdarzają się cuda.
Zabrała ją z jego objęć tuż przez północą. Widział, jak odrywa się powoli jej ziemska powłoka od utkanych nici wrażliwości i podąża za swym jedynym wybawieniem, za wieczną miłością. Anna nie musi już więcej pytać o to kim jest, kim jest jej bliźni, nie musi szukać sposobów uzdrawiania siebie i jaki jest jej cel wizyty na tym świecie. -

Granica prawdy i fałszu w oparach istoty cienka,
Zanika, nie odróżniona jedna od drugiej
Krążą w niej zmory realnego świata,
absurdy nonsensu -
W każdym z nich trącana za sznurek gram dla potrzeb teatru
Co dnia nowa odsłona, co dzień nowe przedstawienie
Wzory zapomnianych treści wciskane w żebra kuksańcem -
krzyczą: Graj!
Reżyser nielitościwy ciągnie za uprzęże,
szarpie słowami
Póki spod strzemion nie tryśnie krew,
dopóki nie trzaśnie drewniany krzyżyk pod ciężarem bezwładnego ciała
Padam – kurtyna opada,
Podnieść się nie daje rady;
złamane ręce, złamane nogi, złamane serce
Jutro znów świtem zerwana w blasku rosy rześka wstanę,
Zapomnę, co to krzywdy, co złego czynił bliźni
Z uśmiechem powitam pantomimę, moją małą scenę
-
Dziś masz urodziny. Od jakiegoś już czasu te same – dwudzieste siódme. Na torcie palą się świeczki, obok prezenty, kartka z nieprzeczytanymi życzeniami i dwie lampki czerwonego wina.
Co roku powielasz utarty schemat; obchodzisz rocznice, święta i urodziny – siedmiodniowy tydzień, trzydziestodniowy miesiąc, dwunastomiesięczny rok – masz prawo mieć własny zegar tykający wyłącznie dla Ciebie, a nawet kalendarz z pięcioma wrześniami jeśli potrzebujesz pięciu miesięcy kolorowych liści.
Tegoroczna uroczystość przebiega inaczej. Nawiedził Cię Anioł z ważkiego departamentu niebiańskiej kontroli, chroniąc przed tragicznymi skutkami płynącymi z jednopłaszczyznowego patrzenia na świat.
Tym razem jednak to Ty upijasz swojego nie ochrzczonego Stróża, który mianem Yehuiah rości sobie prawa do opieki nad Tobą. Ale czy Los nie zdaje się być pijany i bez tego? Twój na pewno będzie miał jutro kaca.Anioł zapada się leniwie w miękkim fotelu, figlarnym uśmiechem próbuje wytłumaczyć racjonalność swoich podszeptów. Yehuiah to kobieta o groteskowej twarzy czerwonych włosach wplątanych w skrzydła, szaleńczym cieniu w oczach i wielkiej mocy w ramionach.
Butelka opróżnia się z wolna, milczenie przestaje być już zagadką, prawda wylewa się bez szepnięcia – w ciszy was obu. Nagle słyszysz szelest skrzydeł, pewnik, którego nie mogłaś się nigdy doprosić:“Warunkiem twojego przeżycia jest brak stałego miejsca zameldowania. Nie wolno ci mieć schronienia, musisz płynąć wraz z życiem. Zmuszona jesteś ciągle szukać szczęścia, a to niesie ciągłe zmiany, wiec nie oglądaj się za sobie, nie żyj przeszłością, nie przywieraj do teraźniejszości. Idź ciągle naprzód, tylko to cię uratuje. Czy chcesz cieszyć się jakąś melodią? Nie zatrzymuj ucha na kilku zaledwie nutach – pozwól im przeminąć, pozwól im płynąć. Gdyby jakiś konkretny fragment skupił twoją uwagę, tak, że krzyknęłabyś: Grajcie wciąż to samo; to nie byłaby to już symfonia. Radość ze słuchania symfonii zależy od twej gotowości do tego, czy pozwolisz jej przeminąć”.
Bredzi – pomyślisz zabierając mu kieliszek niedopitego wina.
Yehuiah osuwa się na podłogę, broczy krwią czerwonych loków, na twarzy wyryte cierpienie ze zmęczeniem pooplatane
Podrywa się szybko łopocząc skrzydłami, wyfruwa przez okno. Na fotelu zostawia prezent – niebieskie pióro w kształcie litery V.Zwycięstwo? – pytasz ciemności – Do zobaczenia za rok.
