• Pętla Pn, 24 grudnia 2007 1 komentarz

    Oplotłam Cię świetlistymi marzeniami
    Jak święte drzewko nadzieją

    Pragnienia spełnione przez Ciebie
    Zapaliłeś w kolorowe lampki

    Oddalam Ci los mój potrącony
    Oczami wypłakanych nocy

    Zaufałam Twemu szczęściu
    Otwartemu oknu Twego bytu

    Uwierzyłam w Twoje łzy
    W znaku smutku i radości

    Uwierzyłam Twemu spojrzeniu
    Zwierciadłu Twej uczciwości

    Dałam wiarę Twoim dłoniom
    Ciepłu brania i dawania

    Uwierzyłam w Twe objęcia
    Szczerą gościnę Twego serca

    Uwierzyłam w Twoje słowo
    Wyraz miłości i nadziei

    Wierzę w Ciebie, przyjacielu,
    Tak po prostu, w drganiu ciszy

    Wierzę Czasie mój wybrany
    W Tobie myśli mej skupienie

    Dla tych, których udało się skupić w tym czasie.

  • Moje podwórko Śr, 19 grudnia 2007 1 komentarz

    Szał zakupów ruszył przedświątecznym kopytem, a we mnie tylko narasta święty gniew na wspomnienie zbieżnych zachowań. Pojechałam zarabiać. Jednym z bagaży, z którym wróciłam po paru miesiącach, był wstręt do wszelkich „promocji”. Nie był to czas ani świąteczny ani żaden szczególny. Był to czas skazańca w życiowej pustce, na szczęście nazbyt krótki by udało mu się zacisnąć pętlę na szyi natręctwem zakupów. Ona była już tam dłuższy czas, znała wszystkie zakamarki architektury, nowinki dotyczące odmiennych kultur, puby do których się nie chadza i dyskoteki gdzie można poznać fajnych ludzi. Jednym słowem – tutejsza dziewczyna. Pracowałyśmy razem, codziennie wychodziłyśmy na podbój nowego świata. Jako zagubiona i samotna nowicjuszka na początku zadawalałam się nieświadomym przymusem bycia z kimś tak różnym ode mnie. Nie zgadzałyśmy się w wielu kwestiach, na które przymykałam samobójczo oko. Zwiedzałyśmy wesołe miasteczka, browary, zamki i ogrody botaniczne, jeździłyśmy nad morze i wałęsałyśmy się po urwiskach, karmiłyśmy owce i jelenie. Wypożyczałyśmy rowery bądź rolki i jeździłyśmy do zmroku po Phoenix Park. Udawało mi się na chwilę zapominać o wielkiej przestrzeni jaka dzieliła mnie od normalności. Trwało do dopóki dopisywała pogoda, kiedy zmieniła się na dobre w deszcz siąpiący niemal co chwila z szarego nieba, mapa naszych pieszych wędrówek obrała inny tor. Skrywany cicho żar mojej towarzyszki niebezpieczne zaiskrzył. I od dnia, kiedy do pracy wpadła Natalia z wypiekami na twarzy wysypując zawartość swojej przepastnej torby, z której to usypało się 6 par obuwia sportowego, nie zdarzały się wypady prawie nigdzie indziej jak do wszelakich świątyń handlu. „W OFFICE rozdają buty, prawie za darmo, kupiłam takie, które podobały mi się od dawna i jeszcze parę innych, też nie gorszych” – wycedziła coś takiego swym perfekcyjnym angielskim z dużą domieszką rosyjskiego. Natalia, nasza współtowarzyszka niedoli podekscytowana łupem, żywo wymachiwała kończynami jakby przepychała się miedzy pułkami z podbijaną promocją. Deszcz lał, studzienki nienadążały z chłeptaniem wody z rynien, wylewające się z nich gigantyczne kałuże moczyły nogi do kostek. Nakładałyśmy kaptury na głowy i biegłyśmy do centrum. Po chwili kaptury przemakały i deszcz zaczął kapać i z włosów. W czasie naszych wędrówek natykałyśmy się na porzucone parasole, nieco zdezelowane, ale już parę drutów trzymających w całości baldachim z lichego materiału chronił przed podmuchami obusiecznego wiatru. Własnych parasoli nie miałyśmy, legły już dawno na deszczowym cmentarzysku przyulicznych bram. Te, które znajdowałyśmy były mniej wyeksploatowane, ale bez żalu zostawiłyśmy je pod pierwszym sklepowym schronem. Jednak zawsze przed parasolowym rozbojem obserwowałam okolicę w nadziei, że nikt nie krzyknie – „My umbrela!” Zaczynały się napady na sklepy, gdzie oferowano jako promocje każdy gniot jaki został wyprodukowany i zaoferowany do sprzedaży. Wiele naszych przekonań, decyzji i działań wywodziło się z zaufania do kompetencji i dobrej woli ludzi, którzy chcieli na silę udzielić nam różnych intratnych informacji. Nie wdziałam w tym nic złego, zachłyśnięcie możliwością taniego ubioru, które po pewnym czasie zmieniło się w drogi fanatyzm, najpierw jej, potem mój, wynikało ze skłonności do obdarzania innych zaufaniem przez to do wiary w promocyjne napisy. Motorem całego interesu były ciągotki snobistyczne potencjalnych klientów, a wizerunek osób inteligentnych i wykształconych wykorzystywali detaliści, którzy dawali im szansę na udowodnienie przynależności do „wyższej klasy”. Wchodząc do następnego sklepu podejmowaliśmy koleiną zabawę we wzajemność. Otwarcie drzwi przez pana w pięknej liberii, wręczenie katalogu czy próbki, a nawet „gratisa” – zobowiązywało by poczuć się zobligowany do dokonania chociażby jednego zakupu. Handlowcy jakby wiedzieli co będziemy kupować dziś, jutro czy za miesiąc, przygotowywali nam gotowy scenariusz – wertykalne rozmieszenie towarów czy implantacje handlowe albo niekontrolowane reagowanie, co było opłakaną słabością mojej towarzyszki. Wizyty w centrum kończyły się totalnym przemoczeniem. Potem tylko łóżko albo miska z gorącą wodą z solą ratowały nas przed chorobą, na co nie mogłyśmy sobie pozwolić. Zakupy były substytutem nudy, na początku nowa zabawka nie pozwalała myśleć obiektywnie, ale narastające rozdrażnienie przystopowały mnie na tyle by zacząć obserwować ludzi w pawilonach. Widziałam jak kobiety z premedytacją wpadają w konsumenckie sidła. Jakiekolwiek racjonalne mechanizmy umysłowe wyłączały się a namysł pojawiał się po fakcie. Po powrocie do domu zapewne oszukiwały swoich mężów czy chłopaków dlaczego spędziły tyle czasu w sklepie i zaopatrywały się w nikomu niepotrzebne badziewie. To kwestia ważności: co dla mężczyzny było stratą czasu i pieniędzy, dla kobiety było ważną aktywnością społeczną. Może lepiej, że kłamały, rzadziej dochodziło do nieporozumień. Najczęściej chadzałyśmy do trzypiętrowego sklepu, gdzie promocje wylewały się drzwiami i oknami, kusząc przepastnymi kałużami, do których my wskakiwałyśmy niczym niepojętne dzieciaki. Co jednego dnia było drogie, drugiego dwa razy tańsze. Szał ludzi bezmyślnie segregujących kolorowe szmatki i naręcza materiałów przy kasach tylko poruszaniem o własnych kończynach zapewniały, że są pod nimi ludzie. Większość kupujących miała wózki i to oni stanowili największe zagrożenie z racji zabierania cennej powierzchni sklepowej a co prowadziło to do licznych kolizji. Innym problemem były kolejki do przymierzalni, gdzie nawet jawne kamery i wieczne ogony nie zniechęciły żadnego zakupoholicza. Czy to ranek czy późny wieczór wymiana handlowa trwała nieprzerwanie. Moja koleżanka dość często przyglądała się paru ciuszkom tego samego kroju o lekko odmiennym odcieniu. Jej zastawianie się nad wagą problemu zdarzało się coraz częściej i trwało coraz dłużej, a we mnie prowokowało trwały uraz. Wstręt był tym większy im jej prośba do odwiedzenia kolejnego działu natarczywsza. Powoli zaczęłam dostawać szału, tym razem z irytacji, widziałam jak czas przelatuje mi zdradziecko pod ścianami ciuchladnowego światka. Wypatrując z nudów kolejnej kamery za wieszakiem, wpadłam w jej dociekliwe oko. Podejrzana o kradzież zostałam wyprowadzona na zaplecze. Po przeszukaniu nas obu, dostałyśmy wilczy bilet na wypadek, gdyby strażnicy musieli znów być na łasce naszej satysfakcji, że nic nie udało się przy nas znaleźć. Wtedy coś we mnie pękło. To, że musiałam znosić zwodniczy gust koleżanki godzinami szperającej w damskim dziale odzieżowym i upokorzenie z racji bezpodstawnej łapanki, była jakimś zadośćuczynieniem za poświecenie mi czasu, ale powiedziałam dość! Od tej pory jeździłam sama nad morze moczyć nogi w lodowatej wodzie, licząc krople deszczu kolorami rozbryzgującymi na moich okularach w prześwicie między chmurami. Dziś już mam rozwiązany problem – facet robi zakupy za mnie, najczęściej wybiera praktyczne prezenty, ale czasem podkusi go, by kupić mi coś do ubrania. Ja nie zżymam się na jego gust, po prostu zakładam czerwone dresy za duże o 2 numery, ale cóż – kochanemu facetowi nie wypomina się manii wielkości.

  • Pętla Pt, 14 grudnia 2007 1 komentarz

    tonaca

    Nie lepiej było na tym łez padole
    Zamknąć się w czarnej skrzyni, w cichości skryć dłonie?
    Nie lepiej na skrzydłach babiego lata
    Nitki plątać we włosy, niż strzelać z cienkiego bata?

    A chciałam poklasku, sceny ręcznie rzeźbionej
    Kolumn strzelistych, poświaty mitycznej
    Zbudować Arkę na szklanym zegarze
    Tam czas zatrzymać w pragnień bezmiarze
    Wiatrom wyjącym na oceanie
    Okrętową toń zmieniać w białą porcelanę
    Spleść dusze dotknięte ustami
    Gonić śmierć kroczącą zmiennymi ścieżkami

    Nie uniosę dziś słów krzykiem wołanych
    Ni myśli moich innym zaprzedanych
    Nie wyszepczę wiatrom najczulszych pieśni
    Nie odwrócę toni, nie uratuję okrętów przedwcześnie
    Nie pofrunę do ciszy w konarach drzew wielkich
    Nie zaplączę śmierci dróg nieludzkich
    Arka zatopiona pod kłamstw kamieniami
    Dryfuje gdzieś po dnie usianym marzeniami

    Teraz, gdy serce na wskroś zbrukane,
    pytam: dokąd podążać dalej?
    Nie ma odwrotu, nikt już nie przyjmie
    Ani ciemna skrzynia brata
    Ni nić we włosach babiego lata

  • Donkiszoteria Cz, 6 grudnia 2007 1 komentarz

    Jest już prawie zima. Ziemia zamarła, nic już się nie urodzi. Życie pulsuje wolno głęboko w jej wnętrzu.

    Mały chłopiec dostrzegł poczwarkę w załamaniu kory drzewa. Jej połyskliwy chitynowy pancerzyk kusił by zobaczyć co jest w środku. Zdziwiony zapytał matkę czy to jakieś stworzenie.

    - Pozwól jej spać – poradziła.

    Chłopiec jednak zaintrygowany zagadką włożył poczwarkę do kieszeni. „Będziesz moim prezentem – pomyślał – będę cię ogrzewał, pielęgnował i karmił, dam ci wszystko abyś urosła, a jak się przeobrazisz nauczę cię latać”.

    Przez wiele dni ogrzewał stworzonko własnym oddechem. Z pudełka po zeszłorocznym podarunku urodzinowym zrobił domek z mięciutkim wacianym łóżkiem, jasnym słonecznym oknem, łąką z kwiatami narysowaną małymi rączkami… Z ogrodu przyniósł sporą grudę ziemi, zasadził w niej zwiędłą już trawę. I czekał na narodziny, na cud.
    Czując ciepło wyszło, porzuciło otoczkę. Przemiana była dużym zaskoczeniem dla chłopca. Cały dzień obserwował wielkie kolorowe skrzydła Motyla. Pomagał mu je osuszać i rozprostowywać. Motyl jednak nie mógł latać.

    „Jutro nauczę cię fruwać, dziś jeszcze za wcześnie” – powiedział przed snem do przyjaciela.

    Pozostawił Motyla na parapecie aby pierwsze ranne promienie słońca pomogły mu urosnąć. Jednak jego skrzydła nie były pełne, na końcach postrzępione utrudniały poruszanie. Mógł tylko bezradnie chodzić wzdłuż zimnej szyby, trwając w nadziei ujrzenia świeżej pachnącej łąki w narodzinach nowego dnia. Było jednak za wcześnie na wiosnę w środku zimy.

    Rano chłopiec znalazł swój upragniony prezent i znalazł też na okiennym parapecie Motyla z połamanymi skrzydłami.

    Chłopiec nigdy nie zapomniał tego poranka, kiedy oczy pełne łez, słowa przyzywające matkę próbowały szukać odpowiedzi na swój czyn. Później, w dorosłym życiu, znajdywał podobne elementy owej porażki z Motylem. Z całego serca starał się jednak nie prowokować niczego do samodzielnego życia, wymuszać na silę uczucia, na które ktoś nie był gotów lub je odrzucał. To co się z tego urodzi będzie kalekie, pośpiech powoduje ułomność, a czasem całkowicie zabija na wstępie życia.

  • Moje podwórko Cz, 29 listopada 2007 1 komentarz

    Na czacie łatwiej kreować siebie, dopasowywać się do własnych wyobrażeń i marzeń, ukrywać tożsamość, łatwiej kłamać nie widząc twarzy, nie patrząc w oczy, łatwiej powiedzieć, że chce się z kimś kochać, że chce się z kimś taki i tak ułożyć osobie życie, w sieci nie ma zobowiązań; czas ulega skróceniu i szybciej dochodzi się do szczerych dialogów, na czacie łatwiej jest poruszyć drażliwi temat już w pierwszej rozmowie.

    Rozmowy bywają przeróżne. Zaczynają się zwykle pospolicie, ale niektóre przeradzają się w wymianę kreatywnych poglądów i dłuższych zażyłości. Bywa i tak, że rozmowa kończy się na: „Co słychać. Dobrze. Cześć – miło było cie spotkać…” i trzaśniecie drzwiami. I bywa tak, że uczuciowe ciepło rozmowy to całkowita suma jego przesłania.

    Są ludzie, którzy niecierpliwią się z powodu pozornej treści rozmowy oceniając proces komunikacji wielkością przesyłanych informacji. Wielość informacji redukuje u słuchającego poczucie niepewności i dlatego jest pozytywna dla drugiej strony. Niektórzy sądzą, że przesłanie pozbawione widoczne treści jest złe – dla mnie to nierozumienie empatycznej wspólnoty i zazwyczaj nie ma na celu niesienia konkretnej treści, lecz ciepła i ludzkiego kontaktu. Implicite zawarte w dialogu to zasygnalizowanie, że oto: „Jestem człowiekiem, częścią tego samego świata”. Dwoje zakochanych nie skupia się nadto na przekazie formalnym zalotów, funkcję rytualną spełnia tu ogromny ładunek uczuciowy słów.

    Ludzie niecierpliwiący się banalną treścią pogawędki trudniej osiągają zamierzony cel. Naleganie na ten rodzaj komunikacji powstrzymuje ich przed budowaniem ciepłych więzi, które oliwią interakcje miedzy ludźmi, co przynosi wtórne korzyści dla obu stron. Nie widzę nic błahego w słuchaniu uczuć głęboko przezywanych przez drugiego człowieka. Mówiący otrzymuje wypełniony sympatią kanał komunikacyjny, przez który może wyrazić głęboko ukryte emocje, a słuchający poznaje drugiego na znacznie głębszym poziomie. Wzajemne relacje wykonują gigantyczny krok z kierunku bliskości. Natykam się przeważnie na ludzi, którzy są dobrzy jedynie w tworzeniu oddzielających mnie od nich zasłon.

    Przypuśćmy, że skarzę się koleżance, którą znam już od jakiegoś czasu, że dręczy mnie samotność.

    „To twoja wina – mówi – niewielu jest mężczyzn umiejących sprostać twoim wymaganiom”. Od razu jawi mi się ona jako nieczuły grubianin; dlaczego mówi mi, że moje uczucia są niewłaściwe? Nic tak szybko nie wysusza wiadra emocji, jak obwinianie.

    Uwaga w stylu: „Jesteś już dorosłą kobieta, czas wyrosnąć z romantycznych wizji” – sugeruje, że u dojrzałej osoby każde silne uczucie jest podejrzane. „Dorośnij” – powinnam się wstydzić?

    Niektórzy poddają moje zwierzenia psychoanalitycznemu badaniu: ”Uczucie osamotnienia jest naturalną reakcją na nasilające się poczucie izolacji w wielkich miastach. Twoja frustracja wynika z pasywności twoich działań…” Takie wyjaśnienie moich błędów przez klinicznych słuchaczy dopiero doprowadza mnie do pasji.

    „Mówisz, że jesteś zła na facetów, bo to oni nie chcą się postarać, szybko się zniechęcają napotykając przeszkody w dotarciu do ciebie. Jesteś przecież dobrą kobietą”. To płaskie zaprzeczanie uczuć drugiego jest najokrutniejsza reakcją ze wszystkich. Tak prosto brać słowa i sprowadzać je do zera.

    „Wiem dokładnie co czujesz. Do niedawna byłam w podobnej sytuacji, myślałam, że świat traktuje mnie marginalnie”. Czy to utożsamianie się z kobietą, która cierpi? Lecz jej uczucia złości i osamotnienia gubią się w takim przesunięciu. Słuchujący wziął moje uczucia i połączył je z własnymi roszczeniami.

    Nie twierdzę, że i mnie nie udaje się wprowadzić co jakiś czas takich wypowiedzi. Ale dlaczego tak trudno słuchać w akceptującej postawie? Gdy ludzie opowiadają o sowich problemach, wiem, że jestem bezradna, nie potrafię pomóc. Tracę panowanie nad sytuacją. Nie ma magicznych słów, by uczynić życie lepszym, wiec aby pozbyć się bezradności wycedzam z siebie niewłaściwe wypowiedzi pozbywając się zagrożenia. Wtedy płci ten drugi.

    Znacznie lepiej jest, gdy nie naprawiam ludzi na siłę. Nie analizuje, nie napominam, nie bronię a staram się usłyszeć to, co mają głęboko w sobie. Czyżby milczenie było bardziej pomocne od rady? Zbyt wiele badających pytań, pytania w stylu: ”dlaczego” są pośrednio naładowane krytycyzmem. Mimo moich fascynacji motywami kierującymi zachowaniem polemisty w pewnych przypadkach lepiej jest ograniczać się do pytań stanu emocjonalnego rozmówcy. Bo to nie ja mam być terapeutą tylko on, to rozmówca ma uporządkować i usystematyzować swoje myśli, przez co postrzega je znacznie precyzyjniej, niż gdy jedynie kłębią się w jego głowie.

  • Moje podwórko Wt, 20 listopada 2007 1 komentarz

    „Rok” nasz, dziwaczny w swej naturze, niby normalny, a nierówny latami, kończył się zalewając niefrasobliwych uczniaków dekadenckimi myślami. Ostatnie odwiedziny w piekarni, ostatnie drożdżówki z serem i ostatni papieros Józka wypalony przed odrapanymi drzwiami.
    Józef (bezpieczny filozof) jak zwykle nie dostrzegał nas, gdy wychodziliśmy roześmiani z chrupiącymi bułkami i dopiero po ostatnim „zaciągnięciu się” udawało się wybudzić go z głębokich myśli. To chyba tamto miejsce nastrajało melancholijnie – Stare Miasto, wieżyczki i ruiny, bruk i smród stęchlizny, małe galerie i małe teatry pochowane w piwnicach. Zapatrzony gdzieś tam powyżej szarości uliczek jakiś ciemny chory ptak krzykiem oznajmiał rozstanie.
    - Józek, co ty tam takiego ciekawego widzisz, cały czas oglądasz to samo miejsce? – zapytałam.
    Zwyczajem sowim uśmiechnął się tylko i zamilkł w odpowiedzią na ustach.
    Poszliśmy na ostatnie zajęcia tego dnia tego „roku”. Wśród roześmianych twarzy z ulgą przyjmujących dar losu, zdawało się niemającej końca mordęgi, widziałam konsternacje, zaskoczenie i strach – co dalej. Niektórzy z nas już od paru miesięcy wiedzieli, że włożą dyplom głęboko do szafy i zapomną o większości ulubionych wykładów i ćwiczeń. Wyjadą i zaczną przedzierać się po szczebelkach drabiny społecznej, głęboko przeświadczeni o tym, że są kimś, a w istocie będą zwykłymi najemnikami. Podobny los czekał pozostających na miejscu, z dyplomem czy bez, paraliśmy się każdej roboty by przeżyć, a doświadczenie nic nieznaczące, bo niezapisane w papierach. Co dalej?
    Podanie dłoni, wymiana adresów, ciche szlochy koleżanek, pan profesor zadziwiony naszym zintegrowaniem, obietnice bez pokrycia i te żółte parasolki. Stare Miasto i Kuźnicza. Rzędy drobnych ławeczek i przedwojenne gruzy, przy których codziennie stroił skrzypce bezdomny grajek. Rzucaliśmy mu parę groszy i pracował dla nas smyczkiem całe popołudnie.
    Rozkładaliśmy bagaże na przedwojennym murku. Wielka przepaść, jaka roztaczała się za nim nadawała temu miejscu urok dziwnych przemyśleń. Wiszące za murkiem nogi zdały się być już w innym świecie. Tu, gdzie czas stanął w miejscu i tam, dokąd rwał z byczym zapałem rozpędzonej maszyny. Nigdy nie chciało mi się stamtąd odchodzić, mogłam tak trwać zawieszona między czasami.
    Józek nagle szturchną mnie na pożegnanie.
    - Już idziesz? – zapytałam.
    - Tak, nie wiem gdzie, ale idę.
    Poplątane losy Józka zalałyby niejedną opasłą księgę, ale on sam nic o sobie nie mówił, nie skarżył się, nie biadolił, tylko trwał, by z niczego uczynić się bogatszym i nadać swemu życiu po raz kolejny jakąś treść.
    - Pytałaś, na co patrzę, gdy nie wiedzę nic wokoło. Codziennie o to samo pytasz, a ja chyba dopiero dziś mogę ci odpowiedzieć… – zamilkł.
    - Patrz – wskazał palcem ponad dachami wysokich biurowców, tam gdzie smog stykał się z niebem, chmury ciasnym kordonem opasywały nagą tarczę słońca, gdzie z pozoru nie było nic, a jednak kryło się ukryte dla chcących zobaczyć.
    - Józek, co mi tu obrazki malowane farbami pokazujesz?
    - To przestrzeń egzystencjalna. Na to patrzę od paru lat i nie mogę od tego uciec.
    Zaśmiałam się nie wiedząc, co odpowiedzieć, bo w tej dali, w tej chwili zobaczyłam tam samą siebie.

  • Donkiszoteria Cz, 1 listopada 2007 1 komentarz

    Ósmy dzień – świt przeplatał się ze zmierzchem.
    Sięgała pod poduszkę sprawdzając czy jeszcze tam jest. Maleńkie zawiniątko. Książeczka do nabożeństwa, odcinek renty, list do syna i dwieście złotych dla salowej, która przywdzieje jej ostatnie ubranie.
    Kilka kropel z dwóch ampułek hydrocortisonu w rozgrzany termos i kaszl łagodniał, łapczywie targane powietrze wracało do równowagi.Ósmy dzień oszukańczego balu z morfiną – migoczących świateł dnia i nocy.

    Kiedy ból tajał próbowała przywołać twarze w korowodzie z przeszłości: chłopca w mundurze idącego polną drogą, dziewczynę w znoszonej sukience odpoczywającej miedzy snopkami pszenicy i małe dziecko biegnące przez las w kierunku bagien. Wołanie, przeciągłe wycie psów, pęd ludzkich stóp miedzy drzewami, zawodzenie starych kobiet bezsilnością leżących na mchu, bezdennie szybki oddech mężczyzn, zapach palonego łuczywa w bezgwiezdna noc na granicy grzęzawiska. Biec na oślep, odnaleźć dziecko zamaskowane pod krzakiem leszczyny przykryte pajęczą siecią. Światło, jasność na głową po godzinach męczącego błądzenia, zmęczenie przesłania źródło radości – maleńka kula szczęścia znika pod powiekami – błogość kochających rąk odrzucających gęstą siatką zapomnienia. Łzy szczęścia pomieszane z gniewem nieopisanej rozkoszy w chłodzie sierpniowej nocy.
    Ten znajomy ciepły blask ognika zwiastującego ocalenie…
    Noc przyniosła podwójną dawkę morfiny, zmysły wyostrzyły się, ból zaczaił się na skraju lóżka.
    Słyszała bójki prusaków załamaniach ścian, śpiewne drżenie pajęczych nici rozpiętych nad drzwiami, wędrówki faraonek kluczących miedzy żelaznymi nogami. Słaby poblask matowej żarówki wabił ćmy, które z rykiem helikoptera odbijały się od rozgrzanego szkła i padały oszołomione na brudny blat stołu. W oknie powleczonym szarością mroku świeciły gwiazdy i przelatywały komety. Potrafiła z niebywałą precyzja odgadywać nazwy, szeregowała i układała je w galaktyki. Bez trudu mogła ocenić krążenie odległych świateł i ustalić konfiguracje ciał niebieskich.
    Nagle jedna z gwiazd rozbłysła w kącie sali, zajaśniała na chwilę ulatując w kierunku wędrówki małych naziemnych stworzeń. Trwała przez chwilę w zawieszeniu i zgasła zabierając ze sobą ową ćmę, która gnała niebezpiecznie do światła z ciekawości, bezradności i tęsknoty.

    Ów ognik, który niegdyś przyniósł wybawienie.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u