
Na czacie łatwiej kreować siebie, dopasowywać się do własnych wyobrażeń i marzeń, ukrywać tożsamość, łatwiej kłamać nie widząc twarzy, nie patrząc w oczy, łatwiej powiedzieć, że chce się z kimś kochać, że chce się z kimś taki i tak ułożyć osobie życie, w sieci nie ma zobowiązań; czas ulega skróceniu i szybciej dochodzi się do szczerych dialogów, na czacie łatwiej jest poruszyć drażliwi temat już w pierwszej rozmowie.
Rozmowy bywają przeróżne. Zaczynają się zwykle pospolicie, ale niektóre przeradzają się w wymianę kreatywnych poglądów i dłuższych zażyłości. Bywa i tak, że rozmowa kończy się na: „Co słychać. Dobrze. Cześć – miło było cie spotkać…” i trzaśniecie drzwiami. I bywa tak, że uczuciowe ciepło rozmowy to całkowita suma jego przesłania.
Są ludzie, którzy niecierpliwią się z powodu pozornej treści rozmowy oceniając proces komunikacji wielkością przesyłanych informacji. Wielość informacji redukuje u słuchającego poczucie niepewności i dlatego jest pozytywna dla drugiej strony. Niektórzy sądzą, że przesłanie pozbawione widoczne treści jest złe – dla mnie to nierozumienie empatycznej wspólnoty i zazwyczaj nie ma na celu niesienia konkretnej treści, lecz ciepła i ludzkiego kontaktu. Implicite zawarte w dialogu to zasygnalizowanie, że oto: „Jestem człowiekiem, częścią tego samego świata”. Dwoje zakochanych nie skupia się nadto na przekazie formalnym zalotów, funkcję rytualną spełnia tu ogromny ładunek uczuciowy słów.
Ludzie niecierpliwiący się banalną treścią pogawędki trudniej osiągają zamierzony cel. Naleganie na ten rodzaj komunikacji powstrzymuje ich przed budowaniem ciepłych więzi, które oliwią interakcje miedzy ludźmi, co przynosi wtórne korzyści dla obu stron. Nie widzę nic błahego w słuchaniu uczuć głęboko przezywanych przez drugiego człowieka. Mówiący otrzymuje wypełniony sympatią kanał komunikacyjny, przez który może wyrazić głęboko ukryte emocje, a słuchający poznaje drugiego na znacznie głębszym poziomie. Wzajemne relacje wykonują gigantyczny krok z kierunku bliskości. Natykam się przeważnie na ludzi, którzy są dobrzy jedynie w tworzeniu oddzielających mnie od nich zasłon.
Przypuśćmy, że skarzę się koleżance, którą znam już od jakiegoś czasu, że dręczy mnie samotność.
„To twoja wina – mówi – niewielu jest mężczyzn umiejących sprostać twoim wymaganiom”. Od razu jawi mi się ona jako nieczuły grubianin; dlaczego mówi mi, że moje uczucia są niewłaściwe? Nic tak szybko nie wysusza wiadra emocji, jak obwinianie.
Uwaga w stylu: „Jesteś już dorosłą kobieta, czas wyrosnąć z romantycznych wizji” – sugeruje, że u dojrzałej osoby każde silne uczucie jest podejrzane. „Dorośnij” – powinnam się wstydzić?
Niektórzy poddają moje zwierzenia psychoanalitycznemu badaniu: ”Uczucie osamotnienia jest naturalną reakcją na nasilające się poczucie izolacji w wielkich miastach. Twoja frustracja wynika z pasywności twoich działań…” Takie wyjaśnienie moich błędów przez klinicznych słuchaczy dopiero doprowadza mnie do pasji.
„Mówisz, że jesteś zła na facetów, bo to oni nie chcą się postarać, szybko się zniechęcają napotykając przeszkody w dotarciu do ciebie. Jesteś przecież dobrą kobietą”. To płaskie zaprzeczanie uczuć drugiego jest najokrutniejsza reakcją ze wszystkich. Tak prosto brać słowa i sprowadzać je do zera.
„Wiem dokładnie co czujesz. Do niedawna byłam w podobnej sytuacji, myślałam, że świat traktuje mnie marginalnie”. Czy to utożsamianie się z kobietą, która cierpi? Lecz jej uczucia złości i osamotnienia gubią się w takim przesunięciu. Słuchujący wziął moje uczucia i połączył je z własnymi roszczeniami.
Nie twierdzę, że i mnie nie udaje się wprowadzić co jakiś czas takich wypowiedzi. Ale dlaczego tak trudno słuchać w akceptującej postawie? Gdy ludzie opowiadają o sowich problemach, wiem, że jestem bezradna, nie potrafię pomóc. Tracę panowanie nad sytuacją. Nie ma magicznych słów, by uczynić życie lepszym, wiec aby pozbyć się bezradności wycedzam z siebie niewłaściwe wypowiedzi pozbywając się zagrożenia. Wtedy płci ten drugi.
Znacznie lepiej jest, gdy nie naprawiam ludzi na siłę. Nie analizuje, nie napominam, nie bronię a staram się usłyszeć to, co mają głęboko w sobie. Czyżby milczenie było bardziej pomocne od rady? Zbyt wiele badających pytań, pytania w stylu: ”dlaczego” są pośrednio naładowane krytycyzmem. Mimo moich fascynacji motywami kierującymi zachowaniem polemisty w pewnych przypadkach lepiej jest ograniczać się do pytań stanu emocjonalnego rozmówcy. Bo to nie ja mam być terapeutą tylko on, to rozmówca ma uporządkować i usystematyzować swoje myśli, przez co postrzega je znacznie precyzyjniej, niż gdy jedynie kłębią się w jego głowie.