Grzeczne dziewczynki odkurzają półki z książkami

Grzeczne dziewczynki odkurzają półki z książkami

Ile mamy na półkach nieprzeczytanych książek? Podarowane, pożyczone (nasze, przez zasiedzenie), znalezione albo kupione. Moje półki uginają się od tzw. okazji, książek ze styczniowych wyprzedaży i letnich kiermaszy. Nie oznacza to, że zakup był przypadkowy. Jeśli nic mi nie mówi nazwisko autora, informacje z okładki, nie kupuję. I gromadzę, przekonując się, że znajdę czas na przeczytanie. Chyba przyszedł czas na czyszczenie półek z zapomnianych lektur. W swej decyzji utwierdziła mnie zabawa blogowa – 12 książek na 2015 rok. Wytrwam? Nie wiem, czy będę wierna mojemu książkowemu nosowi :).

Moje 12 zaplanowanych książek na 2015 rok
Moje 12  książek na 2015 rok

Nie mogę sobie przypomnieć, gdzie i jak dawno kupiłam dziś porzuconą, okurzoną książkę „Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne idą tam, gdzie chcą”. Urzekła mnie okładką (kolory – biel, czerwień, szarość) i tytułem – czerwone szpilki i intrygujący tytuł. Informacja z tyłu zachęcała do łamania stereotypów. Zapowiadała się lektura rozwojowa. Rok wydania polskiego to 2010. Możliwe, że pierwsze niemieckie wydanie tej książki sięga 1994 roku (nie znalazłam aż takich starych wydań, ale niektóre są z 1999), więc nie jest to pozycja najmłodsza. Czemu mnie to zainteresowało? Książka napisana jest prostym językiem, ale są momenty, gdzie ociera się o infantylizm (nie autora), a niektóre postawy są mocno nieaktualne. Ale nie jest to lektura, która całkowicie nudzi i nic nie wnosi do życia czytelnika.

Grzeczne dziewczynki

Nie znam niezawodnego sposobu na sukces, ale znam sposób na nieuchronną porażkę – starać się każdemu dogodzić

– tą myślą Platona Ute Ehrhardt zaczyna swoją książkę.

Kim są grzeczne dziewczynki? To kobiety wychowane do zaspakajania potrzeb męża, szefa, zagłuszające własne pragnienia i emocje, poświęcające się dla świata. Kobiety zdominowane, nie zdające sobie sprawy z własnych wartości, zupełnie nie asertywne. Są jeszcze wśród nas takie? Myślę, że tak, chociaż pędzący z oszałamiającą prędkością świat niedługo naturalnie zmieni świadomość kobiet.

Tym razem robi to Ute jakby z zamierzchłych czasów.

Niegrzeczna dziewczynka, według autorki, to kobieta umiejąca wyrazić własne zdanie, niezależna, dbająca o siebie, ale szanująca potrzeby innych. Są to kobiety spełnione, kobiety sukcesu, jakich dziś coraz więcej.

Autorka pokazuje stereotypy i zjawiska dotyczące kobiet – mechanizm wyuczonej bezradności, tłumiona agresja, czyli wrodzona łagodność, mająca swe odzwierciedlenie w nawracających migrenach i depresjach, czy lęk przed utratą kobiecości z powodu kariery. A także komunikaty niewerbalne – wygląd, niepewny uśmiech, postawę ciała, głos. Przedstawia kobiety, jako ofiary, które z powodu wychowania i doświadczeń, braku swojego zdania i ambicji, nie umieją walczyć o własne szczęście.

Ute do znudzenia przytacza przykłady braku asertywności kobiet, jakie są bezbronne i wątłe, i jak zdominowane przez mężczyzn. Jej porady i ćwiczenia są trafne i mogłaby powiesić je w swoim pokoju niejedna zalękniona kobieta. Ale czasem męczy. Powtarzała do znudzenia błędny myślowe kobiet. A może taki jest jej plan – by obrzydzić problem poddaństwa i podstawić pierwsze kroki w walce o sobie?

Zwróciłam uwagę zwrócił rozdział na temat roli kobiety-szefa. Chyba każda kobieta obejmująca wyższe stanowisko, stająca się liderem, ma wątpliwości, czy to naprawdę powinna otwierać drzwi do władzy i uznania, czy ta zmiana nie jest przypadkiem niewiernością, jej jako kobiety-matki, jak ją będą odbierać koleżanki (zostające piętro niżej)? Ute zręcznie wyjaśnia na licznych przykładach, że człowiek najlepiej czyje się grupie, która ma ze sobą dużo wspólnego i nie uda się żadnej zwierzchniczce zachować dawnych kontaktów z koleżankami zza biurka. Przełożona nie może należeć do grupy podwładnych, jest to konieczność narzucona przez sytuację. I ta kobieta ma wyrzuty, że zdradziła, czasami chce się wycofać, i jeśli się nie przestraszy zostanie niegrzeczną dziewczynką. Kobiety niechętnie wymagają od innych, tego co i dla nich jest niemiłe. Na wyższym stanowisku musi się z tym uporać.

A czy kobiety nie blokują same siebie? To one stworzyły kanon smukłej sylwetki i dążą do ideału. To one kreują wzorce urody. Oczywiście robią to dla mężczyzn, którzy nie przejmują się tym tak bardzo jak one.

Książka daje do myślenia, chociaż niektóre rzeczy są dla czytelnika oczywiste. Przede wszystkim przypomina o drobnostkach, które dla nas kobiet są ważne, a drobiazgi te zaniedbane z czasem urastają do rangi dużego problemu. Niejednokrotnie przez kobiety właśnie.

Jeszcze jedna lekcja

Jeszcze jedna lekcja

Wrócę jeszcze do książki „Bóg zawsze znajdzie Ci pracę” Reginy Brett.

zakładka do książki

Lekcja 4

 Świat jest pełen krytyków. Wydaje mi się, że są nimi ci sami ludzie, którzy zdradzili swoje marzenia i cierpią za każdym razem, kiedy ktoś inny zostaje wierny własnym (…).

Ludzie będą ci mówić, że świat jest pełen pisarzy, ale większość z nich trwoni słowa i pomysły na nienapisane powieści, wychylając w barze kieliszek za kieliszkiem z obawy przez porażką. Wolą uwierzyć w swoje wątpliwości, niż spróbować spełnić swoje marzenia.

Żeby sięgnąć po to, czego chcesz od życia, musisz uciszyć swoich krytyków, zaczynając od tego największego – siebie.

A żeby uciszyć tego wewnętrznego krytyka trzeba otaczać się osobami, które potrzebują tego, co masz do zaoferowania. Ludźmi który cię szanują, na których można liczyć.

Czytając ten tekst przypomina mi się ostatnia rozmowa z moją pracodawczynią. Nie krytykowała mnie, tylko moją decyzję odejścia z pracy. I dała do zrozumienia, że była szansa uratowania tej posady, gdybym porozmawiała z nią indywidualnie. Niestety, ludzie, którzy odeszli wraz ze mną byli cenniejsi. A praca de facto już nie była ukochaną sprzed paru lat.

Parę nieprzespanych nocy…

Nadszedł czas by pokazać, ze każdy ma własne życie i spróbować spełniać swoje marzenia. Staram się zapomnieć o mojej pracodawczyni. Czy sama pisała scenariusz swojego życia? Czy miała marzenia skoro próbowała wycierać buty o życie innych ludzi?

Ile razy dzieje się tak, że robimy coś, co pasuje innym. Machamy ręką, zmieniamy zdanie chociażby dla świętego spokoju. Czasami trzeba, ale jak często?

*

Dzisiaj nie chcę rozpamiętywać mocno przeszłości

Odpoczywam od męczących ludzi i chorych sytuacji

Tworzę eco drobiazgi

Czytam zaległe książki (które gdzieś, kiedyś kupiłam)

Nadrabiam wszystko, na co nie miałam wcześniej czasu

I powoli realizuję marzenia.

 

Będzie inaczej

Będzie inaczej

Przeglądając liczne strony, blogi natykam się na posumowania, postanowienia i obietnice. Nowy rok nie jest niestety dobrym czasem, który sprzyja realizacji planów. Można podsumowywać, bo umownie skończył się jakiś etap i musimy kupić nowy kalendarz. Ale czy nagonka na już i teraz, na radykalne zmiany w życiu wraz z początkiem stycznia mają sens? Czy obligują do tego świąteczne/noworoczne życzenia, karnet do siłowni, seria z książek pod choinką? Jeśli tak, to na ile? Jeśli chodzi o mnie, to daje sobie miesiąc i ze wstydem wyrwę z kalendarza kartkę z moimi deklaracjami.

Dlaczego?

  • dostając karnet na siłownię cieszyłam się jak głupia, ale już po drugiej wizycie na „rozbiegu” nie chciało mi się pokonywać samotnie drogi w ciemnościach; było zimno i daleko. Narzekałam też na zakwasy, nie pasował mi trener. Wszystko było na nie, wiec rzuciłam siłownię, pomimo wachlarzu możliwości, jakie przede mną roztaczał.
  • trzymając w ręku stosik popularnej książkowej trylogii nie mogłam się doczekać, kiedy zacznę czytać. Książki mały się stać zaczątkiem regularnego czytelnictwa. Po paru solidnych podejściach do lektury, musiałam zrezygnować – zupełnie nie trafiły w mój gust. Nie jestem typem męczennika.
  • i tak dalej…

kopalnia

Dla wielu ludzi nowy rok jest nowym porządkiem. Chcą pozbyć się złych, niezdrowych nawyków, zastępując je deklaracjami i dobrymi planami. NOWYM. Ale tak się chyba nie da. Bo to, co cenne dla nas dojrzewa długo, parę lat, całe życie.

Zdarza mi się marnować czas na bezcelowe gadanie, ale długoterminowe obietnice, nie wchodzą w grę. Wybucham gorzkim śmiechem przeglądając planer sprzed 12 miesięcy i lustrując poprzedni rok tak zaskakujący i brzemienny w skutkach. Nie, nie był zły, był dobrym kopniakiem od życia, wspaniałą wskazówką dokąd iść. Dziękuję mu za to, że zostawił mnie w zdrowiu fizycznym i psychicznym.

Planuję, robię postanowienia, nie zarzekam się, że nie. Muszę być jednak ostrożna w składaniu sobie obietnic. Te najłatwiej złamać, kiedy ma się tendencje do odkładania, „zapomiania” i nie kończenia w trakcie :).

Początek mojego nowego roku zaczął się wraz z grudniem i brzmi pod hasłem motywacja i doświadczenie. Hasła – rzeki. Dla mnie przekładają się na konkrety. Już w Nowy Rok dostałam do wypełnienia dwa harmonogramy na warsztaty teatralne i trenerskie. Jeśli przejdzie mój projekt będą też warsztaty rękodzielnicze. Ten rok będzie wyzwaniem, jakiego nie mogłam się spodziewać zostając w mojej ciepłej pracowni. Cieszę się i trochę boję, nie wiem co konkretnie mnie czeka. I nie da się tego zaplanować.

Będzie inaczej.

Spełnienia w życiu życzę!

Kartki

Kartki

karty świąteczneCzy dziś dostajemy kartki ze świątecznymi lub noworocznymi życzeniami?

Mało kto otrzymuje życzenia na papierze. Najczęściej jest to sms albo email. Tak chyba łatwiej, a przede wszystkim szybciej. W dzisiejszym zabieganym świecie czas jest towarem deficytowym.

W urzędzie pocztowym niewiele jest ludzi naklejających znaczki na pocztówki, a ci, którzy postanowili wysłać kupione karty, mają już gotowe życzenia. Wystarczy podpisać.

Mój proces własnoręcznie zrobionych kart skończył się wraz końcem liceum. Przez dłuższy czas przechowywałam w piwnicy pudła ze wszystkimi pocztówkami. Czasami oglądałam moje „skarby”, a mama opowiadała mi jaka pociotka czy prababka kryje się pod przybladłym podpisem. Odkrywałam historie rodzinne, dowiadywałam się o bliskich ludziach, których nigdy nie poznałam. Karty świąteczne były wiążąca nas nicią.

Od paru lat znów robię kartki ręcznie. Jest to proces czasochłonny, zwłaszcza, jeśli nie ma się wielu materiałów, bo jak zrobić coś z niczego? Mogę zapewnić, że można. Wystarczy wysilić wyobraźnię, która zapodziała się gdzieś w szarej rzeczywistości. Nie potrzeba ozdobnych dziurkaczy, falistych nożyczek, fantazyjnego papieru….

Są to rzeczy proste, niewymagające prawie żadnych umiejętności, a jak satysfakcjonujące. Zbliżający człowieka do człowieka, a to chyba w święta najważniejsze.

Do napisania tych paru słów zachęciła mnie Edyta i jej projekt „Bliskość”. W projekcie chce odświeżyć stare, świąteczne tradycje i pogłębić relacje z najbliższymi (z tymi dalszymi również).

Lekcje Reginy

Lekcje Reginy

Nie pisałam tak długo, że obawiam się czy nie zapomniałam jak to się robi…

Zacznę od mojej deklaracji dotyczącej 30 pozycji książkowych z poprzedniego posta. Nie udało mi się przeczytać większości książek – albo nie mogłam ich zdobyć, albo nie tafiły do mnie szczególnie i przerywałam czytanie. Przenoszę postanowienia na następny rok, co nie znaczy, że na liście nie znajdą się zupełnie nowe czytadła.

Tak się też stało, kiedy wybierałam Mikołajkowe prezenty. Książka „Bóg zawsze znajdzie ci pracę” mrugała do mnie pomarańczową, minimalistyczną okładką i została u mnie, na półce (a miała trafić w inne ręce). Znalazła w idealny czas – czas bez pracy.

Tak właśnie, niby przypadkiem potykamy się o to, co nas nurtuje, co ma nam pomóc w rozwiązaniu problemów. Np. bez przerwy widzimy kobiety w ciąży, mając domniemanie, że i my możemy być, widzimy potencjalnych kochanków, kiedy źle się dzieje w naszym związku…

Przyciągamy rozwiązanie problemu. Niekoniecznie in plus.

Książka Reginy Brett „Bóg zawsze znajdzie ci pracę” nawiązuje w tytule do Boga, co może odstraszyć niektórych czytelników. Treści w niej zawarte są jednak na tyle uniwersalne, że słowo „Bóg” bez problemu zamienimy na np. los czy przeznaczenie. Autorka podzieliła książkę na 50 felietonów – mini inspiracji przeciw kryzysom codziennego życia. Dzieli się doświadczeniem wielu zmienianych bardzo często prac, by odnaleźć tę, która zatrzymała ją na kilkadziesiąt lat. Każdy z nas mógłby napisać podobną książkę – zbiór lekcji, jakie dało mu życie i wielu sposobów ich interpretacji oraz rozwiązań.

Bóg zawsze znajdzie ci pracę

„Bóg zawsze znajdzie ci pracę” trąci ciut amerykanizmem, chociaż autorka starała się przekazywać bardzo życiowe treści. Trochę mnie to kłuje. Po jej przeczytaniu pozostaje niedosyt… naszej polskiej rzeczywistości.

Ale od początku…

Rzeczy, które w jakiś sposób do mnie przemawiają:

 Lekcja 1

Praca może być stabilna i bezpieczna, ale równocześnie jest nudna. Robisz to, czego się od ciebie oczekują, a potem wracasz do domu. Idziesz na zwolnienie, kiedy tylko nadarzy się okazja, bo tak naprawdę chciałabyś zwolnić się na dobre.

Dzięki pracy zarabiasz na życie. Dzięki karierze możesz je kształtować. Praca oznacza wypłatę. Kariera oznacza wyższą wypłatę. Kariera wymaga wykształcenia, kwalifikacji i gotowości do podejmowania ryzyka (…).

Mówią się, że życie to coś, co upływa, kiedy ty jesteś zajęty snuciem planów na przyszłość. Niektórzy próbują wytyczyć swoja ścieżkę kariery i zaplanować każdy krok, ale rzeczywistość jest dużo bardziej szczodra. Ślepy zaułek tak naprawdę prowadzi okrężną drogą na nową trasę, którą nie planowałeś iść.

Ten fragment jest jak najbardziej mój.

Jakiś czas temu usłyszałam pukanie – coś tu nie gra. Zagłuszałam je, aż zaczęło walić tak mocno, że wywoływało częste bóle. U mnie zaawansowanym stadium „coś tu nie gra” była migrena, na szczęście wiedziałam już co trzeba zmienić. Pracę.

Brałam zwolnienia, na których intensywnie myślałam – co dalej robić. Obalałam wszystko – za, a nawet przeciw, cierpiałam i czekałam.

Przypomniał mi się mój wyczyn na pierwszym roku studiów. Po dwóch miesiącach zajęć zdałam sobie sprawę, że pomyliłam kierunki. Strasznie się nudziłam, a wyobrażenie siebie za parę lat na stanowisku, który miał mi ten kierunek zapewnić, przyspieszyło decyzję – czas uciekać.  Był koniec grudnia dostałam pozytywną decyzję od dziekana, mogłam zaliczać ogrom materiału… z anatomii, fizjologii i innych obcych przedmiotów. Gdybym wiedziała na jaka harówkę się narażam, fanaberię włożyłabym głęboko do kieszeni. Nowy kierunek zapewnił mi taką tęczę atrakcji, że do dzisiaj wspominam wykładowców i przedmioty. Od euforii po murawę boiska, z której nie mogłam się podnieść, bo bolało mnie wszystko, łącznie z pacami u stóp. Byłam szczęśliwa, wiedziałam, że żyję.

Nuda do jedna z rzeczy, która uszkadza mnie od środka. W moim życiu muszą zachodzić ciągłe zmiany, inaczej wypalam się od środka niszcząc najbliższe otoczenie. Paradoksalnie – na zewnątrz nie widać wielkiego „ruchu”.

Bezpieczeństwo to jedna z podstawowych rzeczy, która nas odwodzi od zmiany. Wyścieliliśmy sobie gniazdko, mamy wokół siebie zaufanych ludzi, i zasiedzieliśmy się w dobrobycie. Jest tak dobrze, że nie widzimy ludzi kopiących pod nami dołki, przymykamy oko na zaniedbania, machamy ręką „niech jej będzie”, problemy czynimy niewidzialnymi. Aby było bezpiecznie. Pozornie.

Lekcja 2

Wiele osób w głębi duszy zna swoje przeznaczenie. Wiedzą, co chciałyby robić w życiu, ale są zbyt przerażeni, aby faktycznie się tym zająć, bo to oznacza ryzyko porażki. Wolimy ukrywać ten talent głęboko w sobie, bo tam jest bezpieczny, nietknięty i niewykorzystany. Dużo łatwej jest o czymś marzyć i śnić, niż naprawdę zacząć działać narażając się na klęskę i odrzucenie.

Na świecie są całe zastępy ludzi, który zdają sobie sprawę (może też cichaczem), że praca, jaką wykonują nie jest szczytem ich marzeń. Trzymają się jej kurczowo, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, gdzie tylko tak mogą zapewnić rodzinie stabilizację finansową i bezpieczeństwo. Co z marzeniami i talentem, które dały o sobie znać już w liceum, na studiach i było tak nowatorskie i nierealne, że racje bytu znalazły jedynie w zapomnianym, sekretnym zeszycie? One wciąż tam są, nieważne ile mamy lat – 30 czy 50.

Kiedyś urząd pracy, na prośbę mojego pracodawcy, zatrudnił panią do sprzątania. Była po pięćdziesiątce. Przepracowała całe życie w archiwum. Zwolnili ją z racji redukcji etatów, o przeniesieniu nie było mowy, ponieważ nie miała wyższego wykształcenia. Nie myślała o dokształcaniu się w czasie kariery zawodowej. Rozmawiałam z nią parę razy i zawsze odnosiłam wrażenie, że jest świadomą, oczytaną kobietą. Zapytana jaki zawód chciałaby wykonywać – nie umiała odpowiedzieć nawet abstrakcyjnie. Nie wiem, na ile była marionetką swoich czasów, stając się bezbronna ofiarą dzisiejszej pogoni szczurów, na ile zdezorientowaną i zdesperowaną kobieciną.

Żałowała tylko, że nie ma konkretnego zawodu. Chciałam jej powiedzieć, że często zawód wyuczony a wykonywany ma ze sobą niewiele wspólnego, a żeby robić coś wartościowego bez przerwy trzeba „studiować”. Nie zdążyłam jej nawet podtrzymać na duchu.

Dziś człowiek kończąc studia miota się, czy to rzeczywiście moja droga. A co mówiąc o maturzyście, który jest zupełnie zagubiony.

Skończyłam moje, ciężko fizycznie odkupione studia i… nigdy nie podjęłam pracy w zawodzie. Aż do teraz, kiedy nie pracuję na etacie. Wymagało to ode mnie odgruzowania notatek i sięgnięcie do literatury nieco młodszej od tej z zamierzchłych czasów. Nie wspomnę ile nauczyłam i uczę się po drodze. Zdaję sobie sprawę, że jest to okres przejściowy, niteczka do celu głównego. Nie nudzę się :).

Z racji mojej długiej tyrady wiecej „lekcji” z książki przedstawię w następnych postach.

Książki tego roku

Książki tego roku

Moja zmorą jest tendencja do odkładania, czy to będą książki, czy inne sprawki. Zaplanuję – w miarę upływu czasu – nie wykonam w 100%. Ciągle szukam motywatorów – małych bodźców do działania – do robienia zdjęć, do pracy kreatywnej, a czasem do wstania z łóżka. Napoleon Hill napisał kiedyś, że potężnym motywatorem jest nadzieja połączona z oczekiwaniem i wiara w realizację marzeń. Do działań napędzają: instynkt samozachowawczy, miłość, gniew, korzyści materialne, czy chęć życia po śmieci. Zastanawiałam się nad swoimi motywami działania. Źródłem ich są ludzie, jak i potrzeba samorealizacji.

Z kolei inspiracją stał się internet. W życiu mijamy się z osobami, które podzielają nasze pasje. Tu zwiększają się szanse znalezienia kogoś w małej części podobnego i zabrania tego, czego potrzebujemy.

Ja potrzebowałam motywatora, jak również „rozliczeniowca” działań, które podejmę.

Od jakiegoś czasu śledzę różne akcje na stronach internatowych. Zainteresowały mnie przede wszystkich blogi, bo na nich dzieje się naprawdę wiele fajnego, a przez politykę autorów ludzie są w miarę zdyscyplinowani, można też liczyć na szybką odpowiedź.

Są wśród nich takie, które motywują i zachęcają do zmian, wysilenia się i zobaczenia innego punktu widzenia. Ludzie tworzą listy rzeczy do wykonania, publikują wyniki i sami rozliczają się z wyzwaniami. Czasem na siłę. Tak, bo tendencja do odkładania np. czytania książek, i niedokańczania czegoś mocno przytłacza.

Dlatego chwalę sobie wszelkie działania, które mobilizują, przyciskają do muru, zawstydzają brakiem wyników w określonym czasie.

 ksiazki-do-przeczytania

Jednym z takich wyzwań jest akcja czytelnicza Edyty Zając. Wraz z czytelnikami stworzyła listę książek do przeczytania na rok obecny. Lektur jest 30 o tematyce zgodnej z preferencjami 30 różnych ludzi.

Oto lista:

  1. „Paradoks czasu” P. Zimbardo i J. Boyd
  2. „Do zobaczenia na szczycie” Zig Ziglar
  3. „Grunt to pewność siebie” Paul McKenna
  4. „Jak stać się szczęśliwym człowiekiem” Anna Kęska
  5. „Potęga podświadomości” Joseph Murphy
  6. „Inteligencja emocjonalna” Daniel Golemana
  7. „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins
  8. „Człowiek w poszukiwaniu sensu” Viktor E. Frankl
  9. „Martin Eden” Jack London
  10. „Oskar i Pani Róża” Eric-Emmanuel Schmitt
  11. „Zatrzymaj się” Wojciech Eichelberger w rozmowie z Renatą Dziurdzikowską
  12. „Czarodziejska góra” Tomasz Mann
  13. „Widmokrąg” Wojciech Kuczok –
  14. „Zupa z granatów” Marsha Mehran
  15. „Woda różana i chleb na sodzie” Marsha Mehran
  16. „Miasto utrapienia” Jerzy Pilch
  17. „Przyjaciółka z młodości” Alice Munro
  18. „Literatura od kuchni” Bogusław Deptuła
  19. „Ja” Tadeusz Niwiński
  20. „My” Tadeusz Niwiński
  21. „Sekret” Rhonda Byrne
  22. „Sztuka spania i wstawania” Mateusz Karbowski
  23. „Twoje urzekające serce” John & Stasi Edlegre
  24. „Urzekająca” John & Stasi Edlegre
  25. „Bogaty ojciec, biedny ojciec” Robert Kiyosaki
  26. „Odrodzenie Feniksa” Nikodem Marszałek
  27. „Księga Est” Luke Rhinehart
  28. „W dżungli podświadomości” Beata Pawlikowska
  29. „The Go-Giver” Bob Burg i John David Mann
  30. „Obudź w sobie olbrzyma” Anthony Robbins

Można prychnąć – po co sobie narzucać coś, co nie przypadnie mi do gustu? Na pewno znajdzie się książka, której nie będziemy mogli strawić, będzie i takie warta zachodu jej zdobycia. Znajdą się wśród nich te, które zmienią nasz stosunek do małych, codziennych bolączek i staniemy przed faktem niemożności oddania jej do biblioteki z powodu licznych notatek na marginesie, i te, z którymi walczyliśmy przez miesiąc i z satysfakcją zamykamy 666 stronę.

Jestem w trakcie tej batalii i wszystko byłoby ok, gdyby akcja u Edyty opierała się tylko na przeczytaniu książek. Drugim wyzwaniem związanym nierozerwalnie z pierwszym, jest zanotowanie 10 rzeczy, które warto z każdej z nich zapamiętać. Są plusy i minusy; plusy o ile w ogóle chce nam się notować. Niektóre z książek pisane są dosłownie w punktach, w innych porywy akcji są tak niedościgłe, że nie ma o czym pisać. Sztuką jest znaleźć to coś, cokolwiek.

Do akcji podeszłam poważnie i trwam w niej do dziś, wiec postanowiłam na blogu notować wyniki moich działań. Niech pozostanie ślad.  Może zainspiruję innych?

Urlop od pracy

Urlop od pracy

Zrobiłam sobie urlop. Wiem, wiem, dopiero był długi weekend, lecz skorzystałam z nawracającego zapalenia zatok. Mogłam jednak jakoś leczyć je popołudniami, ale niesprzyjająca aura „ogrodników” groziłaby czymś poważniejszym.

Ukrywam się pod pierzynką choroby, potrafię jednak nazwać problem po imieniu – nie mam ochoty wracać do pracy. Jak sobie z tym radzić?

Jak ważna jest atmosfera pracy, do której się codziennie biega, nie muszę mówić. Wybrałam w życiu opcję najbardziej optymalną – pracę, którą lubię. Udaje mi się w niej spełniać i rozwijać. Szczęściara ze mnie, ale nie w formie finansowej. Niestety…

Dzisiejsza niechęć nie odnosi się bezpośrednio do osób, z którymi pracuję. Problem leży w kręgu osób zarządzających placówką.

Jak to się zwykle zaczyna

Mając już umowę, zakres obowiązków i ukochanych ludzi, skakałam pod sufit z radości. Szczęście dopełniła własna sala, a na drzwiach tabliczka z moim nazwiskiem. Myślałam – lepiej być nie może. Radość umie zamydlić oczy i zasznurować usta, jednak nie jest to proces stały. Przez te lata starałam się robić więcej niż musiałam, bo w niczym mi to nie przeszkadzało, ponadto rozwijałam się sama. Organ nadzorczy dwa razy zadawał mi pytanie: czy zdaje sobie pani sprawę, że się pani tu marnuje? Zadziwiałam ją różnymi pomysłami: a to hodowałam warzywa w skrzynkach (nie pozwoliła przeorać ziemi na terenie zielonym), robiłam dziwne sesje zdjęciowe, happeningi, niecodzienne prezenty dla dzieci, których wykonanie trwało miesiąc… Uśmiechałam się tylko, przecież nie mogłam powiedzieć o swoim idealizmie, to nie ten typ, który zrozumie. Zresztą, niewiele osób by zrozumiało, bo zatracili tą ciągotę wraz ze szkołą średnia lub studiami. Ja mam ją do dziś i szukałam osób, które myślą podobnie. Nie czułabym się tak dobrze w moje pracy, gdyby nie moi najbliżsi współpracownicy. Przyświecała im podobna utopia, więc zaczęliśmy snuć plany. Pierwsze z nich sięgają dwóch lat wstecz.

Praca, jak miłość, kiedy opada woalka zauroczenia, kiedy nie słyszy się dobrego słowa, warunki pracy nie idą na korzyść pracownika, przewija się niechęć za nowatorstwem, uczestniczeniem w szkoleniach, konieczności zmian (świat nam ucieka!), to tylko krok do rozpadu związku. Trochę jednak to trwa, bo czy nie dać szansy komuś, kto dał nam na początku tak wiele, gdy nie mieliśmy nic? Rozmowy z zarządem nie przyniosły żadnych rezultatów, próby podawania na tacy rozwiązań – tylko niechęć i zakrzyczenie. Kiedy wychodziłam z takiego spotkania myślałam, że przeniosłam się do średniowiecza i oglądałam się za szubienicą dla wiedźm szerzących herezje. W dobie daleko posuniętego marketingu, wielokanałowej informacji, w dobie XXI pracuję w ciemnogrodzie. Nie boję się tego napisać. i nawet nie jest mi wstyd, bo widzę to i mam szansę się odbić. Wiele w firmie przeszłam i nauczyłam się wiele, wbrew kadrze zarządzającej.

Kruszymy się – pierwsza zwolniła się bezpośrednia przełożona, nie umiała znieść codziennych walk o wszystko. Zadbała o siebie – dobry człowiek. Na jej miejsce przyszedł typowy urzędas, którego hasło przewodnie brzmiało – „ma być wszystko, jak w papierach”. Czy jest to możliwe, kiedy pracuje się z chorymi ludźmi? Cechy osobowości kwalifikują do pewnych zawodów. Gdy podejmujemy pracę niezgonnie z nimi, tracimy, a po drodze tracą ludzie, o których się potykamy. Tak jest w przypadku obecnej pani. Nie muszę opisywać atmosfery i niechęci pracowników do miejsca, jakim stała się nasza praca.

Diabły

Historia ta smutna, ale ma też wątek poboczny. Nie zapeszając – idealistyczny, ale i realistyczny.